Misery, czyli rzecz o potędze kiczu

Dlaczego „Misery” i czemu akurat teraz? Z kilku powodów. Najbardziej oczywisty to śnieg, a przecież ten film – bo powieść Kinga mimo wszystko w mniejszym stopniu – cały aż skrzy od zimy. Są teksty kultury, które najlepiej smakują w określonych porach roku – albo dlatego, że panuje w nich dokładnie taka sama pogoda, albo wprost przeciwnie. Są ludzie, którzy właśnie w ten sposób dobierają sobie repertuar. Przyznam, że nigdy tego nie próbowałem. W każdym razie niezupełnie świadomie, choć o ile dobrze sobie przypominam, „Misery” po raz pierwszy widziałem ponad dwadzieścia lat temu właśnie w okolicach grudnia lub stycznia.

Poza tym od dawna chodził mi po głowie cykl poświęcony filmom (a może też i książkom – się zobaczy) o pisarzach. Zgodnie z zasadą, że koszula bliższa ciału, a każdy ciągnie w swoją stronę, lubię tego rodzaju produkcje. Na przykład powieści, których głównym bohaterem jest pisarz, a zwłaszcza te mniej lub bardziej podszyte autobiografizmem, wydają mi się o wiele uczciwsze i, jakkolwiek podejrzanie to brzmi, prawdziwsze niż te, w których autor sili się na udawanie, że zna cokolwiek poza sobą. Cykl miałem rozpocząć innym tytułem, a też już na wstępie łamię tu własną zasadę, że każdą z omawianych rzeczy sobie odświeżam, ale wyszło, jak wyszło.

Co prowadzi do trzeciego powodu – być może najważniejszego. Otóż tydzień temu odbyła się w teatrze Kwadrat premiera spektaklu „Misery” na bazie oryginalnego scenariusza Williama Goldmana do filmu z 1990 roku. Był to zarazem debiut Sceny Kameralnej. Zbyt duży ze mnie leń, by się tam wybrać, mimo iż kreacje Piotra Polka jako Paula Sheldona i Ewy Wencel jako Annie Wilkes brzmią interesująco. Szczególnie – jak czytałem w jednej z recenzji – ta druga, która podobno całkowicie wywraca na nice zakorzenione powszechnie wyobrażenie o „fance numer jeden” bestsellerowych romansów Sheldona. Rzeczywiście trudno mi sobie wyobrazić bardziej odległe fizjonomie niż Kathy Bates i Ewa Wencel.

„Misery” jest nie tylko fabułą o wyjątkowo teatralnym potencjale. To również jeden z owych nielicznych przypadków, kiedy adaptacja kinowa dorównuje literackiemu pierwowzorowi, a pod pewnymi względami być może go prześciga. Książkę poznałem już po filmie Rainera i w zestawieniu z nim sprawiła na mnie wrażenie jakby tu i ówdzie przegadanej – z jednej strony niby konkretyzującej to, czego na ekranie możemy się w znacznej mierze domyślać, jednak z drugiej niepotrzebnie rozdymającej wątki i miejscami, chyba niezamierzenie, ocierającej się o nadmierną groteskę.

Ale jest to też historia, która – że się tak wyrażę – dorasta wraz z tobą. Jako nastolatek przede wszystkim zwracałem uwagę na klaustrofobiczny klimat i potęgowaną przez niego atmosferę grozy. Do dziś pamiętam scenę, w której Paul odkrywa, że telefon, do którego resztką sił się doczołgał, by wezwać pomoc, to jedynie wierzchnia skorupa. Ta sekwencja mnie zmiażdżyła! Nawet bardziej niż wybuchy furii Annie. Potem na pierwszy plan wysunął się psychologizm. Kluczowa stała się niejednoznaczna gra między walczącym o życie, okaleczonym fizycznie i duchowo Paulem i naprawdę mocno zaburzoną wariatką, która – jak się zdaje – w tej samej chwili pragnęłaby zaciągnąć go do łóżka – bo jednak jakieś niewyrażone wprost napięcie tam strzela – i zarąbać go siekierą, a zwłoki zaserwować na obiad swojej świni.

King pisał, że „Misery” to historia o tym, jaką władzę może mieć nad czytelnikiem literatura. Annie, zwłaszcza w filmie, faktycznie jawi się jako zahukana wieśniaczka, której w pewnym momencie zaciera się granica między fikcją a rzeczywistością, lecz przede wszystkim – zanim na dobre puściły jej bezpieczniki – jako po prostu samotna, odrzucona przez zbyt brutalny i za skomplikowany świat kobieta, nocami poszukująca ukojenia, tudzież idealnej miłości, której personifikacją ma być Paul, w szmirowatych romansidłach. Boimy się jej, ale jednocześnie jej żałujemy. O ironio, również wtedy, gdy Paul musi ją zabić.

Znamienne dla tego, jak „Misery” postrzegam dziś, jest jeszcze coś, co King ujawnił na temat kulis powstawania książki, a co, nawiasem mówiąc, wyjaśniałoby ową jej psującą dramatyzm groteskowość. Twierdził mianowicie, że w pierwotnym zamyśle to Annie po napisaniu przez Paula ostatniego rozdziału miała go zabić, a oprawiony w jego skórę manuskrypt wystawić na ołtarzyku wśród zapalonych świec. Ktoś z otoczenia Kinga – nie pamiętam już, czy wydawca, agent, czy może on sam – uznał takie zakończenie za przeszarżowane. A ja żałuję, bo dałoby niepozostawiającą niedomówień wykładnie tego, o czym „Misery” tak naprawdę jest, i czego być może również King nie dostrzegał lub – jako inteligentny facet – nie chciał dostrzec.

Bo „Misery”, tak jak ją interpretuję dziś, jest, ni mniej, ni więcej, powieścią o konstytuującym kulturę masową kiczu. O destrukcyjnym wpływie, jaki wywiera na tejże kultury odbiorców. Ale również o artyście, który trwoni swój talent i zaprzedaje się rynkowi. Oraz o karze, jaka go za to spotyka, kiedy okazuje się, że to, co taśmowo tworzy dla pieniędzy, dla kogoś może stać się tak ważne, że aż doprowadza do szaleństwa. I wreszcie o tym, że gdy raz pozwolisz się temu przemysłowi zaprząc w kierat zysków, rankingów i mód, na zawsze zostaniesz jego więźniem.

Domyślamy się, że na początku naprawdę chodziło o sztukę, że być może pierwsza powieść o Misery Chastain naprawdę wypłynęła z serca Paula. Wciąż trzyma on starą aktówkę, w której – jak z wyraźnym rozrzewnieniem tłumaczy agentce – trzymał maszynopis, chodząc z nim po wydawnictwach. Gdy jednak mówi, że jest już zmęczony, że chciałby wreszcie stworzyć coś, za co zostanie zapamiętany, agentka błyskawicznie przywraca go do pionu, przypominając, że to dzięki Misery zbudował dom i wykształcił dzieci. Jednak Paul, w którym najwyraźniej pod warstwą rzemieślnika tli się jeszcze resztka prawdziwego pisarza, nie daje za wygraną. Jedzie do ustronnego pensjonatu, w którym zawsze pisze swoje książki, i wystukuje na maszynie to „coś”, co uczyni go godnym znalezienia się obok Updike’a czy Rotha.

Tylko że kogo interesuje, co naprawdę ma do powiedzenia autor wiktoriańskich harlequinów? Z pewnością nie jego czytelniczkę numer jeden. To niegodne ciebie, Paul! To brudne, Paul! Spal to! Niech płomienie oczyszczą twój umysł! I Paul rzuca zapałkę na nasączony paliwem do kominka papier. Spróbowałby nie. Annie już pokazała, jak skutecznie potrafi egzekwować posłuszeństwo. Jej dziki, ekstatyczny taniec wśród fruwających po całym pokoju zwęglonych strzępów dzieła Paula to metaforyczna kapitulacja sztuki przed komercją. Widać skrzywioną grymasem – nie tylko, jak się zdaje, fizycznego bólu i strachu – twarz Paula i cierpimy razem z nim. A potem Annie przynosi maszynę i nową ryzę.

Proces urągającego logice przywracania do życia uśmierconej w ostatniej powieści Misery to w czystej postaci satyra na fabryczność popkultury, gdzie dla kilku milionów dolarów można przepchnąć każdą niedorzeczność. Oczywiście w przypadku Paula najpierw stawką jest jego własne życie, a później, kiedy wraz z nim zaczynamy pojmować, że na ratunek z upiornej farmy Annie raczej nie ma szansy, po prostu o kupienie paru dodatkowych dni. Co ciekawe, zanurzanie się w bajkowy świat Misery również Paulowi przynosi pewną ulgę. On też chce się dowiedzieć, co będzie dalej. Karmienie się kiczem to jego narkotyk.

W kontekście całości oraz wieńczącego ją drastycznego finału domknięcie filmu jest odrobinę ambiwalentne, by nie powiedzieć cyniczne. Oto bowiem Paul nie tylko koniec końców zdołał się uwolnić, ale i napisał nowy bestseller, którego windowaniu się na szczytach list sprzyja przeżyty niedawno koszmar. Nie wiem, czy udało mu się zrekonstruować zniszczone dzieło (u Kinga okazuje się, że po kryjomu zrobił kopię), czy może spłodził coś nowego, ale kiedy agentka, z którą je lunch, ostrożnie sugeruje mu spieniężenie wydarzeń na farmie Annie, nie mówi „nie”. Jest już dużym chłopcem. Już rozumie, że interes jest interes, choćby robiony na trupie wariatki.

Paradoks polega na tym, że właśnie ona postawiła go w punkcie, w którym teraz się znalazł. To ona, chcąc go na zawsze przykuć do Misery, w końcu go od niej uwolniła. I to ona ukazuje mu się w delirycznej halucynacji z nożem rzeźnickim w ręku jako krwawa muza, lecz także i przypomnienie, skąd się tak naprawdę wziął i czym jego sukces jest w istocie podszyty. I nie chodzi o jej krzywdę, lecz o taniochę.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również