Przypadki łowcy umysłów

„Mindhunter”duetu John E. Douglas i Mark Olshaker oraz „Trupia farma” – także stworzona przez dwóch autorów, z których jeden jest tym właściwym, zaś drugi, wymieniony mniejszą czcionką zawodowy dziennikarz, pełni funkcję literackiego opiekuna – to „gorące” premiery wydawnictwa Znak z dziedziny literatury faktu tej jesieni. Obie były intensywnie promowane w mediach społecznościowych. Książce Douglasa i Olshakera dodatkowy rozgłos przyniósł nakręcony na jej podstawie serial w reżyserii Davida Finchera, który od kilku tygodni można oglądać na Netflixie.

Obie traktują z grubsza o tym samym temacie, czyli łapaniu najgroźniejszych przestępców i kryminologii, choć z różnych perspektyw. Douglas to legendarny agent FBI i twórca metody psychologicznego profilowania opartej na naukach behawioralnych. Bill Bass jest z kolei nie mniej słynnym założycielem Ośrodka Antropologii Sądowej Uniwersytetu Tennessee, gdzie bada się zachowanie ludzkich zwłok pod wpływem różnych czynników naturalnych. O obu ciężko też powiedzieć, że są naprawdę nowe. „Trupia farma” pierwotnie ukazała się w 2003 roku, a „Mindhunter” w roku 1996. Część z opisywanych w nich spraw służyła ponadto jako materiał w programach kryminalnych.

Na ich zakup dałem się skusić przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że sam coraz bardziej skłaniam się ku szeroko pojętej dokumentalistyce i non-fiction, więc najzwyczajniej chciałem sprawdzić, jak robią to inni. Poza tym z uwagi na fakt, że postać Douglasa i kierowana przez niego sekcja nauk behawioralnych w Quantico były inspiracją uwielbianych przeze mnie w latach dziewięćdziesiątych thrillerów Thomasa Harrisa, przez które dość poważnie rozważałem studiowanie psychologii, byłem ciekaw, jak rzeczywistość odzwierciedliła się w pisarskiej i filmowej wyobraźni.

Ale był jeszcze jeden kluczowy czynnik. Douglas już na początku swej książki zauważa, że seryjne oraz masowe morderstwo to zjawiska prawdopodobnie tak zamierzchłe jak historia samej ludzkości. Występowały we wszystkich obszarach geograficznych i kulturach. Wedle Douglasa wiele opowieści o potworach, wampirach czy wilkołakach zakorzenionych choćby w europejskiej tradycji to w gruncie rzeczy nic innego jak po prostu doniesienia o okrutnych zbrodniach popełnianych przez zwyrodnialców pokroju Teda Bundy’ego czy Eda Geina, tyle że ówcześni ludzie woleli im przypisywać nadprzyrodzoną i demoniczną genezę. Nawiasem mówiąc samo pojęcie „seryjnego mordercy” zostało wyodrębnione i zdefiniowane dopiero w XX wieku.

Niezależnie jednak jak bardzo powszechnie ten typ przestępcy by występował – a warto tu przypomnieć, że w Polsce też mieliśmy ich kilku – nie da się ukryć, że najbardziej kojarzy się on właśnie ze Stanami Zjednoczonymi. Nie tyle może ze względu na częstotliwość, co z uwagi na specyficzny kult, jakim obrósł. Amerykańska popkultura wyniosła figurę seryjnego mordercy do statusu mrocznego celebryty. Niektórzy realni – jak wspomniany Ed Gein czy Richard Ramirez – stali się już legendami, zaś fikcyjni – stworzony przez Harrisa Hannibal Lecter lub grany przez Brada Pitta bohater filmu „Kalifornia” – urośli do rangi symboli czasu.

Miałem nadzieję, że Douglas pomoże mi zgłębić ów fenomen. A co za tym idzie, że udzieli odpowiedzi na pytanie, do jakiego stopnia amerykańscy seryjni mordercy powstają wskutek uniwersalnych mechanizmów zaburzających ludzką psychikę, a do jakiego stanowią wytwór tamtejszej kultury. Wiadomo, że wielu z nich – o czym Douglas zresztą pisze – pilnie śledzi doniesienia na swój temat lub decyduje się wkroczyć na ścieżkę przestępstwa, wzorując się na poprzednikach.

Lecz Douglas tego nie robi. I, summa summarum, chyba na szczęście. Robi natomiast coś zupełnie odwrotnego. Demitologizuje. Ukazuje ich jako ofiary patologicznego dzieciństwa i własnych kompleksów, z którymi nie umieją sobie poradzić inaczej niż poprzez krzywdzenie innych. Nie oznacza to, że stara się ich usprawiedliwiać. Podkreśla wręcz, że bez względu na skalę niepoczytalności w większości przypadków są w stanie odróżnić dobro od zła, a więc i podjąć świadomą decyzję, czy zabiją, czy nie. Problem zaczyna się po przekroczeniu granicy między najbardziej nawet dewiacyjnymi fantazjami – lecz wciąż tylko fantazjami! – a ich urzeczywistnieniem.

Douglas nie rozstrzyga, co sprawia, że niektórzy ją łamią. Tak naprawdę nikt tego do końca nie wie. Na przestrzeni setek lat powstało wiele koncepcji usiłujących wyjaśnić przestępcze instynkty – od kładących główny nacisk na warunki społeczne, po doszukujące się przyczyn w kształcie czaszki, budowie mózgu bądź specjalnych chromosomach. Wszystkie jak dotąd okazały się ślepymi zaułkami. Istnieją jedynie dające się zaobserwować i opisać wzorce, na podstawie których profiler może stworzyć portret psychologiczny pomocny w śledztwie. Jak ujmuje to Douglas: by poznać artystę, musisz najpierw poznać jego dzieła.

On i kilku innych podobnych mu zapaleńców przecierali w tej materii dziewicze szlaki. Jego książka to więc nie tylko kronika rodzenia się praktycznie od zera nowej gałęzi nauki, lecz i zapis ogromnego mentalnego przewrotu w kryminalistyce, przed erą profilowania skupionej przede wszystkim na „twardych dowodach” i negującej czynnik psychologiczny. Znamienne, jak zauważa, że w FBI przyjazny klimat do prowadzenia badań nad ludzkimi zachowaniami utorowała dopiero śmierć Hoovera, kiedy agencja usilnie starała się zerwać z archaicznym wizerunkiem. Projekt ruszył pełną parą na przełomie lat 70. i 80.

To wtedy Douglas oraz jego współpracownicy rozpoczęli serię wywiadów z osadzonymi już przestępcami. W oparciu o nie stworzyli katalog charakterystycznych cech, który – później rozwijany i uaktualniany – pomógł zarówno w niejednym śledztwie, jak też w prowadzonych przez sekcję behawioralną szkoleniach dla policjantów z całego świata. Mimo to i tak długo musieli borykać się z nieufnością czy zarzutami, że uprawiają coś pomiędzy kuglarstwem a wróżeniem z fusów. Douglas, choć nie odżegnuje się od koniecznego w jego zawodzie łutu szczęścia, bez którego cały program zawaliłby się w przedbiegach, tudzież szczypty intuicji, bez której nikt nie zostanie dobrym profilerem, podkreśla twarde metodologiczne podstawy.

Motyw wywiadów powinien być oczywiście doskonale znany czytelnikom powieści Harrisa. Podobnie zresztą jak inne techniki – nazywane przez Douglasa „proaktywnymi” – takie jak choćby wykorzystywanie mediów do sprowokowania konkretnych zachowań u ściganego. Mnie zaskoczyło, w jak wielu opisywanych przez Douglasa sprawach właśnie współpraca z mediami, polegająca na wywołaniu w mordercy poczucia winy albo grze na jego próżności, przyczyniła się do sukcesu.

A skoro jesteśmy przy zaskoczeniach, muszę przyznać, że takowym było dla mnie również to, co Douglas pisze o Charlesie Mansonie. Stwierdza mianowicie, że wbrew powszechnie utartemu przekonaniu nie sposób uznawać go za typowego seryjnego mordercę. Nie tylko dlatego, że nie uczestniczył osobiście w żadnej z masakr dokonanych przez jego Rodzinę. Według Douglasa Manson padł ofiarą własnej obsesji na punkcie kontroli. Ona pchnęła go do skupienia wokół siebie grupy fanatycznych wyznawców, potem nastąpiło coś w rodzaju sprzężenia zwrotnego i to grupa zaczęła tworzyć jego. Aż w pewnym momencie doszło do tego, że aby utrzymać autorytet, musiał brnąć w szaleństwo, które rozpętał.

Douglas jest zdania, że gdyby Manson kiedykolwiek wyszedł na wolność – co absolutnie nie oznacza, że powinien był – najprawdopodobniej ograniczyłby się do skapitalizowania swej wątpliwej sławy. Lecz to wyjątek od reguły. Zdecydowana większość bestii w ludzkiej skórze, do których schwytania się przyczynił – czy to jąkający się Przyszlakowy Morderca, czy żałośnie dupkowaty zabójca Shari Smith – bez wahania znów odebrałaby życie, gdyby stworzyć im ku temu warunki. Douglas nie wierzy w ich resocjalizację. Nic zatem dziwnego, że nawiedzają go w koszmarach.

Od koszmarów zresztą wszystko się zaczyna. Bo warto tu nadmienić, że książka Douglasa to również swoista, spisywana przez spełnionego zawodowo emeryta autobiografia. W kilku początkowych rozdziałach poznajemy historię chłopaka z Nowego Jorku, który mimo że nie miał wybitnych osiągnięć w szkole – nie licząc tych sportowych – wykazywał nadzwyczajną zdolność do obserwowania ludzi, co pomogło mu wyjść cało z niejednej opresji. A do tego nie brakowało mu szczęścia – nie dosyć, że agentem FBI został właściwie przypadkiem, to jeszcze jakimś cudem zrobił międzynarodową karierę.

Bywa też gorzko. Polowanie na potwory wykańcza psychicznie, niszczy życie rodzinne, nie wspominając o strachu i dojmującej świadomości czyhających na każdym kroku zagrożeń. Fragment, w którym Douglas zwierza się, że gdy bywał na placach zabaw z córkami, cały czas towarzyszyła mu myśl o mordowanych dzieciach, należy do bardziej poruszających. Są ponadto ciekawe smaczki ze świata filmu. Douglas opowiada między innymi, jak Scott Glenn – odtwórca roli Jacka Crawforda w adaptacji „Milczenia owiec” – pod wpływem wizyty w Quantico radykalnie zrewidował swój stosunek do kary śmierci.

I jeśli czegoś szkoda, to chyba głównie tego, że Znak nie zdecydował się na spolszczenie tytułu. „Mindhunter” oczywiście brzmi świetnie, a jeszcze lepiej wygląda, ale jakiś rodzimy zamiennik też nie byłby zły. John Douglas zaś na pewno żałuje, że pospieszył się nieco z wydaniem. Gdyby jeszcze chwilę poczekał, aresztowano by Unabombera, który był jedną z jego nierozwiązanych spraw i zadr na honorze.

Ja tymczasem opuszczam parną Virginię i powoli udaję się w leśne ostępy Tennessee, by sprawdzić, z jakiej odległości da się wyczuć smród gnijących zwłok, i przekonać się, czym różni się dekompozycja tkanek w wodzie, suchej ziemi i na tylnym siedzeniu samochodu.

Polecam również