Między fikcją a biografią

Ostatnio – ba, od kilku już z górą lat, choć niekiedy przychodzą okresy większego nasilenia – nader żywo interesuje mnie problem korelacji faktów do fikcji w literaturze oraz przejawiania się w niej autora. Wszystko, co od pewnego czasu czytam, jakoś zmierza w tym kierunku. Pociąga mnie zacieranie granic na styku zmyślenia i rzeczywistości. Zarówno jego rozmaite strategie, jak i cel. Bo także w moim własnym pisaniu ciążenie ku temu wydaje się coraz wyraźniejsze, coraz bardziej jedynie możliwe.

Już od dość dawna rośnie we mnie poczucie, że powieść się skończyła, że wyczerpały się jej możliwości gatunkowe. Żyje sztucznie podtrzymywana przez popkulturę, choć to jedynie zestaw klocków i martwych klisz. Można je już tylko przetasowywać, układać w efektowne kombinacje. Ale poza wymiarem rozrywkowym to nie ma żadnej wartości. Uobecnienie się autora w dziele to w moim poczuciu chyba jedyny dziś sposób, by wyemancypował się on z dekoracyjnej próżni. Na tym – w moim coraz głębszym przekonaniu – zasadza się wyższość poetyki świadectwa nad fikcyjnością. Stąd – jak przypuszczam – taka ekspansja reportażu i w ogóle wszelkiego rodzaju form operujących na tak bądź inaczej pojętej rzeczywistości, które coraz odważniej wypierają beletrystykę. W każdym razie u mnie.

Kiedy przeglądam listę lektur z ostatnich lat, wyraźnie widzę uwypuklanie się owej tendencji. Mało tam beletrystyki sensu stricto. A jeśli już, to właśnie z przyczyn czysto rozrywkowych. Po powieści – jak, dajmy na to, po cykl Marcina Ciszewskiego „Wojna.pl”, świetny skądinąd – sięgam, żeby odpocząć.

Philip Roth rozgrywkę z biografią nobilitował do rangi wielkiego tematu literatury XX wieku. W „Faktach, autobiografii powieściopisarza” zwierza się: „W trakcie pisania (tej książki – przyp. mój), gdy zaczęło we mnie narastać paniczne poczucie, że zdradzam swoje sprawy wobec wszystkich, cofnąłem się do początku, pozmieniałem imiona części osób, z którymi byłem związany, jak również pewne szczegóły nasuwające identyfikację.” Dwie myśli mi się w związku z tym cytatem nasunęły: 1) pisarze, którzy decydują się na opieranie twórczości o własne doświadczenia, to bardzo szczególny gatunek ludzi obarczonych silnym czynnikiem definiującym tożsamość – u Rotha będzie to żydostwo, u Bukowskiego – najrozmaitsze kompleksy itp. 2) ucieczka przed samym sobą to w ich (naszym?) przypadku jest akt największej zdrady wobec sztuki. A mimo to Roth się wije! Jego autobiografię zamyka fikcyjny list od Nathana Zuckermana, dyskontujący cały wysiłek odkłamywania, zarzucający, że nie ma nic bardziej zafałszowanego niż autobiografia właśnie.

Czemu zatem służy całe to zamazywanie granic między prawdą i fikcją, asekurowanie się, mylenie tropów, jeśli nie ucieczce przed odpowiedzialnością? Roth uprawiał ów proceder przez pięćdziesiąt z górą lat. Chciał zjeść ciastko i mieć ciastko – wyrazić to, co leżało mu na wątrobie, a zarazem ukryć się w bezpiecznym azylu. Gdyby ktoś miał pretensję, zawsze mógł się wytłumaczyć, że przecież zmienił imię, że to tylko zainspirowana postać. Zmienić imię – niby takie nic, tak najbardziej wyświechtany wybieg, a jakie niesamowite pole możliwości otwiera.

Nieco inaczej, znacznie dyskretniej, rzecz ma się z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim. To mój idol jeszcze z czasów licealnych, którego co pewien czas porzucam, by znów doń wrócić. Mój ulubiony tom jego prozy – „Gorący oddech pustyni” – czytam już kolejny raz, starając się uchwycić tajemnicę wyrazistej, a jednocześnie pozbawionej ekshibicjonizmu, obecności twórcy w kreowanym przez niego świecie.

Opowiadania Grudzińskiego w tym zbiorze są mocno autotematyczne. Nie jest to jednak autotematyzm postmodernistyczny, którego podstawowy – a w zasadzie chyba jedyny – cel to akcentowanie sztuczności, dekonstrukcja i relatywizacja konwencji. Tu autotematyzm, dodatkowo wzmocniony wyraźnie sugerowaną autobiograficznością, ma nas doprowadzić do refleksji moralnej i metafizycznej. Narrator jak gdyby poświadcza i gwarantuje jej wagę – samemu się ujawniając, niejako włącza nas, czytających, w proces dochodzenia do jądra. Wraz z nim przedzierzgamy się w detektywów. Tak jak on, mozolnie odkrywamy zagadkę cmentarza południa, kontemplujemy prawo człowieka do zadawania innym istotom ludzkim śmierci, zgłębiamy przejmujące misterium zła.

Dociekanie, ile tam weryfikowalnej prawdy, mija się z sensem. Nie chodzi też o prostoduszną konfesyjność. Liczy się przede wszystkim jak najściślejsze przyleganie unikalnego widzenia twórcy do jego twórczości, jakaś chyba najzupełniej elementarna w tej materii uczciwość, tak wobec siebie samego, jak również wobec zbiorowości, której kroniki swoich zmagań z bytem powierza.

I tożsamość – jej obrona tym żarliwsza, im bardziej świat próbuje pozbawić cię imienia, wbić w któryś z szablonów. Tożsamość to zresztą kluczowe zagadnienie dzisiejszej patchworkowej kultury – tego z jednej strony konglomeratu manifestujących się głosów, jak nigdy dotychczas różnorodnych i równoprawnych w wyrażaniu swych żądań, zaś z drugiej walca je dławiącego. W takiej przestrzeni szczególną rolę do odegrania ma samopoznanie oraz oswajanie poprzez siebie jej. Na użytek tyleż własny, co cudzy.

Polecam również