Między eskapizmem a zaangażowaniem

Będzie to kolejna z serii bardziej osobistych notek, w których trochę porządkuję myśli, a trochę się tłumaczę. Przed wami, choć i przed sobą. Może nawet przede wszystkim przed sobą, was jedynie dopuszczając jako świadków. Ale też wychodząc z założenia, że skoro poświęcacie mi swój cenny czas – a ze statystyk bloga wynika, że zarówno tego czasu, jak i was stopniowo przybywa – po prostu wam się to należy. Zwłaszcza że niektórzy już od dawna cierpliwie znoszą moje różne fochy, zmiany tematów itp. Poza tym mam zwyczajnie potrzebę takiego uzewnętrznienia.

Właściwie ten tekst miałem rozpocząć inaczej. A mianowicie od opisu mojej biblioteki. Nie imponuje ona być może rozmiarami, bo od kilku lat większość treści przyswajam w formie elektronicznej, stanowi jednak dość trafną metaforę zagadnień, które chcę poruszyć. Kiedy przeglądam jej zawartość, widzę w zasadzie tylko dwa rodzaje książek – takie, które mają sprawiać czystą, nieobarczoną głębszym intelektualnym ciężarem przyjemność, oraz takie, które objaśniają świat. Trudno na oko oszacować, których jest więcej, bo i granice między nimi nie są aż tak ostre, a jedno nie wyklucza drugiego.

Dokładnie tak samo rzecz przedstawia się u mnie z pisaniem. Odkąd mniej więcej rok temu blog stał się – przynajmniej wiele na to wskazuje – moją główną platformą, moją – że tak to poetycko określę – księgą ksiąg i pniem, z którego wszystko inne się rozgałęzia, ów aspekt nabrał szczególnej wagi. Sednem tak naprawdę nigdy nie było to, o czym pisać, lecz to jak, z jakiego poziomu i wedle jakiego klucza. Tu przebiega linia frontu.

Oczywiście jak każdy od czasu do czasu zaliczam na tej drodze mniejsze i większe kryzysy – brak pomysłów, wypalenie, poczucie, że dotarło się do ściany, frustracja, że nie osiągam takich wyników jak bym chciał etc. Te kryzysy piekielnie spowalniają rozwój i odpychają cię od celu. Ale też czegoś uczą. Na przykład nauczyłem się, że nie należy za każdym razem wywracać stolika, palić mostów, zaorywać wszystkiego do gołej ziemi i zaczynać od nowa. Bo człowiek jest jednością, a życie – jak to kiedyś ujął pewien rekolekcjonista – nie działa na podobnej zasadzie jak okienka w Windowsie, które można dowolnie zamykać i otwierać.

Ostatni – lipcowy – kryzys pomógł mi uświadomić sobie źródło tych tąpnięć. Uświadomienie to ponoć krok w kierunku przezwyciężenia, więc istnieje szansa, że uda mi się ten przeklęty krąg przerwać. A owym źródłem jest właśnie zarysowany na początku dualizm: z jednej strony imperatyw intelektualnego obcowania z rzeczywistością, jej analizowania, stawiania jej czoła, a z drugiej – pokusa ucieczki, zaszycia się w strefie komfortu, gdzie nic nie jest w stanie cię dotknąć, ale także i ty nie możesz swoimi słowami nikomu wyrządzić prawdziwej krzywdy.

Cóż, powiedzmy to wprost – chodziło o politykę. Mimo iż nigdy nie uważałem się za blogera czy, jakkolwiek szumnie to zabrzmi, publicystę stricte politycznego, nie ukrywałem, że ten wymiar rzeczywistości ma dla mnie znaczenie. Na blogu od zawsze ukazywały się teksty o charakterze politycznym. Polityki nie unikałem również przy okazji tematów na pozór z nią niezwiązanych. Część urobku najbardziej zaangażowanego – takiego, w którym otwarcie deklarowałem, na kogo zamierzam głosować, albo dokonywałem ostrych ocen – usunąłem po zeszłorocznych czarnych protestach. Dodam, że znalazł się wśród nich również materiał o jednej z największych klikalności w historii bloga.

Zrobiłem to skutecznie – tak, by w chwili słabości nie móc już tego przywrócić. Nie dość, że opróżniłem wordpressowy kosz, to jeszcze skasowałem pierwotne pliki worda. Miał to być z mojej strony taki zaiste donkichotowski gest wypływający z przekonania, że zło w naszym życiu publicznym bierze się nie tyle z podziałów, co z brutalizacji języka. Pomyślałem więc, że jeśli przestanę, kolokwialnie mówiąc, dokładać do pieca, to może uda się choć okruch tego zła przezwyciężyć. Grudniowy kryzys parlamentarny dodatkowo utwierdził mnie w tej decyzji. Pomijam już fakt, że te teksty były zwyczajnie słabe, częstokroć nieprzemyślane, pisane ad hoc.

Teraz w gruncie rzeczy było dość podobnie. Może tylko z tą niewielką różnicą, że impuls do wycofania się wypłynął bardziej z zewnątrz niż ze mnie. Wynikał częściowo z pracy, jaką w tej chwili wykonuję. Przeraziło mnie, że ludzi udało się tak łatwo zrewoltować z pomocą tak prymitywnych socjotechnicznych sztuczek. Widziałem to wszystko i czułem się wobec tego bezsilny. I znów zaczęła mnie nękać obsesyjna myśl, że polityka nas niszczy, zabija w nas wszystko co dobre, zabiera nam – trochę podobnie jak terroryzm – nasz wewnętrzny świat.

Poczułem, że ten świat, który tak naprawdę jest niczym więcej niż po prostu suwerennością jednostki, umiera również i we mnie. I jeżeli go nie ocalę, dam się zredukować, wciągnąć w ten piekielny, unicestwiający wszelki indywidualizm maelstroom. Zatem ponownie wyciąłem z bloga wszystko, co w jakikolwiek sposób mogłoby świadczyć o moim zaangażowaniu w tu i teraz, a pozostawiłem jedynie zapisy eskapizmu z zamiarem pomnażania ich tak długo, aż zatrze się ostatni ślad innej działalności, aż zacznę się kojarzyć tylko z nadobną, doskonale beztreściową paplaniną, której jedynym celem jest zabrać cię w siną dal.

Tylko że… ano właśnie! Człowiek – że znów odwołam się do wspomnianego rekolekcjonisty – to nie Windows. Nie pozamykasz sobie, wedle uznania, dowolnych aplikacji i nie odpalisz kolejnych. Tu wszystko działa symultanicznie. A poza tym kiedy przekroczyło się już pewien próg, nie da się ot tak wrócić, wymazać lub nadpisać tego, co przestało ci pasować. Może przed światem tak, ale nie przed sobą samym. Ty zawsze będziesz się budził i zasypiał ze świadomością, że coś jednak wypierasz, hamujesz pewien przyrodzony ci instynkt.

Umieszczona w Wikipedii definicja eskapizmu wskazuje, że jego pragnienie może wystąpić jako reakcja na długotrwały i silny stres, zaś najczęstszą formą jego przejawiania się – o ile nie mówimy o rzeczywistej ucieczce od społeczeństwa i jego bolączek na przykład w jakąś odizolowaną głuszę – może się stać bierna aktywność taka jak oglądanie filmów, czytanie książek, używki etc. Eskapizm – jak twierdzi autor hasła – nie figuruje w żadnym wykazie chorób psychicznych, choć doprowadzony do skrajności może przekształcić się w manię. Za to w umiarkowanej dawce bywa formą rekreacji i pomocą w przezwyciężeniu stresu. Z własnych doświadczeń mogę ocenić, że jest to bliskie prawdzie.

Jednak Wikipedia akcentuje jeszcze jeden – dla mnie osobiście dalece ważniejszy – wątek eskapizmu. Przytacza mianowicie pogląd brytyjskiego filozofa i pisarza Olafa Stapledona, który potępiał tego rodzaju postawy, twierdząc, że odwracają one umysł od nieprzyjemnych, lecz ważnych aspektów rzeczywistości, oraz że ukierunkowane na nie twórcze umiejętności są prostytuowane w nienaturalnym celu, którego rezultatem jest udaremnienie twórczości i odwrócenie uwagi od drogi rozwoju. Według niego jest to złe, ponieważ sprawia, że ludzie tracą wrażliwość moralną.

Dołożyłbym jeszcze wywody Stefana Kisielewskiego, który zestawiając muzykę z pisaniem, podkreślał, że muzyka, w przeciwieństwie do słów, nie posiada warstwy semantycznej, więc może funkcjonować jako czysty estetyzm. Język nie. Bo język odsyła do znaczeń, więc jego redukowanie do pustej zabawy formą zubaża go, jest przeciw jego naturze. Na muzyce – jak już wielokrotnie powtarzałem – się nie znam, więc nie zamierzam wyrokować, czy Kisiel miał rację, ale w kwestii języka jego diagnoza wydaje mi się na wskroś słuszna.

Bo w gruncie rzeczy chodzi o – że tak to oględnie ujmę – pewną intensywność obcowania z rzeczywistością. Wspomniałem o polityce, lecz nie chcę tworzyć mylnego wrażenia, że ona stanowi sedno. Nie, bynajmniej. Użyłem jej jedynie jako wyjątkowo jaskrawego przykładu. Po prostu w tym typie refleksji, jaki staram się tu zarysować – a też wytłumaczyć, dlaczego próbowałem przed nim uciec – polityka w którymś momencie musi się nieodzownie pojawić jako konsekwencja. Nie musi stanowić – i w moim wypadku z całą pewnością nie stanowi – istoty, ale jest w tę refleksję niejako immanentnie wkomponowana.

Niestety taka twórczość nie przysparza przyjaciół. Albo inaczej – przysparzać to być może i przysparza, czasem nawet wspaniałych, ale tworzy ci też wrogów. To dość duże psychiczne obciążenie, z którym nie zawsze potrafię sobie radzić. Wygodniej jest oglądać filmy i czytać książki, doskonale się przy tym bawiąc, ale unikając kluczowych pytań o znaczenie oraz to, co mówią o świecie. Nie widzieć, nie słyszeć, nie rozumieć, nie narażać się. Przecież cała kultura masowa nas do tego zachęca.

Dobrze jest czasem zwiać. Ale tylko po to, by nabrać nowych sił, a potem wrócić. I nigdy nie palić za sobą mostów. Zwłaszcza że rzeczywistość posiada pewną irytującą cechę: nawet jeżeli ty się od niej odcinasz, nie interesujesz się nią i chcesz ją wyciszyć jak niewygodnego znajomego na Facebooku, ona prędzej czy później, tak czy inaczej, zainteresuje się tobą. Tak już jakoś ma. Zawsze znajdzie jakąś lukę w systemie. Lepiej być na to przygotowanym.

Polecam również