Media walczące

Huczne obwieszczenie, że SDP przyznało Hienę Roku 2015 Tomaszowi Lisowi, obeszło mnie dokładnie tyle, ile powinno, czyli wcale. Nie żeby Lis wydzierający się jak kibol na sobotnim wiecu KOD był święty. Biorąc poprawkę na to, co mówił, i w jaki sposób to mówił, byłbym chyba skłonny przychylić się do opinii, że jest bliski przekroczenia – o ile już tego nie zrobił – subtelnej granicy, zza której niezwykle trudno powrócić. Lis przez swoje niepozostawiające cienia złudzeń deklaracje właściwie stał się już politykiem, który tylko chwilowo jeszcze wykonuje zawód dziennikarza.

Skąd więc moje zobojętnienie? Po części stąd, że kilka ostatnich tygodni udowodniło mi, jak rzeczywiście łatwo popłynąć na fali słów. A po części z uwagi na kontrowersje towarzyszące ubiegłorocznemu werdyktowi. Przypomnijmy, że niechlubnym antylaureatem został wówczas Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej” za wypowiedzi bezpośrednio po zatrzymaniu przez policję dziennikarzy TV Republika i PAP relacjonujących protesty w siedzibie PKW. W bitewnym tumulcie zignorowano inne jego wypowiedzi, w których potrafił mimo wszystko wznieść się ponad podziały i wyrazić – jak sam to określił – „solidarność z niesolidarnymi”. Tę gorzką pigułkę ciężko było przełknąć prawicowym środowiskom. Podobnie jak niełatwo mi teraz się przyznać, że Czuchnowski z pyskiem hieny i dla mnie był wygodny.

Niby zdaję sobie sprawę, że informacyjna funkcja mediów – nie tylko w Polsce i nie tylko w świetle obecnego konfliktu, w którym odgrywają niebagatelną rolę – to bajęda dla naiwnych. Niby na dużym poziomie ogólności nie raz i nie dwa – zarówno na piśmie, jak w prywatnych dyskusjach – snułem rozważania o tym, jak skutecznym narzędziem propagandy mogą się one stać w niewłaściwych rękach. Tylko że zasadnicze pytanie brzmi: które w takim razie są tymi właściwymi? Odpowiedź wydaje się daleka od oczywistości.

Prawda, że mam swoje sympatie polityczne i poglądy, z którymi się nie ukrywam. Nie widzę zresztą powodu, żeby postępować inaczej. Gdybym poddawał się autocenzurze, na przykład z lęku, że spapram sobie wizerunek, zrażę czytelników, potracę znajomych na fb (ostatnio dość modne), byłbym zwyczajnie nieszczery. Jeżeli coś mnie dotyka, boli, nie chce o tym milczeć. A choć moje oceny wynikają w pierwszym rzędzie z jakiegoś systemu wartości, jakiejś etyki, czy wręcz w mniejszym lub większym stopniu skodyfikowanej metafizyki, nie da się ukryć, że media wywierają znaczący wpływ na ich kształtowanie. Jedne bardziej, inne mniej. Jedne uważam za sojuszników, a z innymi chętnie wstępuję na wojenną ścieżkę. I nie jestem w tym odosobniony. Wszelako tu właśnie tkwi problem! My wszyscy, włącznie z samymi mediami, przyzwyczailiśmy się do sytuacji permanentnego konfliktu oraz do czerpania z niej korzyści.

Czy faktycznie – jak postuluje wiele głosów, w tym również przedstawiciele obecnej władzy – wszystkiemu winne jest upartyjnienie mediów? I tak, i nie. Niewątpliwie tak w tym sensie, że w działalności większości z nich na czoło wysuwa się zabezpieczanie interesów bliskich im politycznych kręgów. Gdy na „salonowym” portalu czytam dramatyczny opis nocnej akcji w Centrum Kontrwywiadu NATO, nie mogę mieć złudzeń, że zarówno sensacyjna stylistyka, w jaką został opakowany ów news, jak jego alarmistyczny ton, nie ma na celu poinformować mnie, lecz wzbudzić we mnie ściśle określone wrażenie, że zły PiS musi mieć coś do ukrycia, skoro działa pod osłoną ciemności.

I analogicznie: jeśli na „niezależnych” łamach widzę laurkę dla prezydenta Dudy, to choćbym nie wiem ile autentycznie pozytywnych uczuć w stosunku do niego żywił, nie mogę nie wziąć pod uwagę prostego faktu, że został właśnie tak przedstawiony, bo stanowi ucieleśnienie idei, o które zabiegają związani z nimi ludzie, niejednokrotnie sięgając po kontrowersyjne metody. Więc owszem, tak, zachodzi tu głęboko posunięta symbioza. Niezależnie od tego, że niektóre redakcje, pomimo wyraźnie zarysowanej linii – co samo w sobie nie jest grzechem – jednak starają się zachowywać elementarną rzetelność. Naprawdę nie oczekujmy, że dziennikarze zostawią poglądy za progiem, ale mamy prawo domagać się, żeby przy tym nie manipulowali – choćby przypisując nielubianym przez siebie politykom słowa, których nie powiedzieli.

Ale z drugiej strony zarzut upartyjnienia to pójście na zbytnie interpretacyjne i publicystyczne skróty. Partie nie są po prostu doraźnymi bytami politycznymi, lecz emanacjami pewnych –nazwijmy je – idiomów, kodów kulturowych, które w toku procesu historycznego konstruują społeczną tożsamość. Zarówno to, jak dziś wygląda polska scena polityczna, jak i toczący się obecnie spór, odzwierciedla duchowe napięcie, które dzieli nas od kilkuset lat. Jest to – jak je metaforycznie definiuje Rafał Ziemkiewicz – konflikt fraka z kontuszem, rozdarcie pomiędzy imperatywem modernizmu a obroną tradycji.

Ziemkiewicz widzi jego korzenie w schyłku Polski sarmackiej. Nie wnikam, czy słusznie, czy nie, natomiast z jego wielokrotnie powtarzaną tezą, że jest to swego rodzaju wojna domowa, a media nie od dziś biorą w niej czynny udział, absolutnie się zgadzam. Za czasów Solidarności nikt nie spodziewał się po drugoobiegowych czasopismach, że będą bezstronnie przedstawiać racje Jaruzelskiego i opozycji. Pragnięto jasnych jednoznacznych deklaracji, zagrzewania do boju. Gdy z kolei po 1989 roku ruszyła fala przemian, ich zjednoczeni nad Okrągłym Stołem architekci roztoczyli nad nimi medialny parasol ochronny, wypychając wszelką krytykę na margines. Ziemkiewicza nikt nie musi lubić ani poważać, ale nad jego konkluzjami, nie raz i nie dwa popieranymi przez konkretne przykłady, warto się zastanowić.

Zwłaszcza że teraz, mimo iż sytuacja pozornie się zmieniła, bo monopol „salonu” równoważy sieć i alternatywne media, tak naprawdę ciągle zamiast środowiska dziennikarskiego mamy zwalczające się klany, a w nich żołnierzy gotowych do upadłego bronić tej czy innej reduty. Dlatego też na zapowiedzi PiS „odzyskiwania” mediów publicznych patrzę z dużą rezerwą. Samo to, że wymieni się personel z „ichnich” na „naszych”, niczego nie gwarantuje. Bo niby padają zapewnienia o pluralizmie, ale co i rusz półgębkiem przemknie się stwierdzenie, że by nowy rząd mógł efektywnie działać, potrzebna jest medialna ochrona.

Obie frakcje – i fraka, i kontusza – wydają się mieć jeden wspólny problem, który nadzwyczaj trafnie zdiagnozował Piotr Skwieciński w odniesieniu do prawicy. Obie karmią się bałamutną iluzją swoistego „końca historii” po tym, jak już przejmą stery. A zarówno na etapie walki o nie, jak i później, gdy przychodzi do umacniania zdobytych pozycji, medialni funkcjonariusze są nieodzowni.

Transfer z dziennikarstwa do polityki mnie nie oburza. Powiedzmy sobie wprost: nie tylko w wypadku Tomasza Lisa byłoby to widzialne przypieczętowanie stanu faktycznego. Sporo jadu wylało się na Joannę Lichocką, gdy ogłosiła, że zamierza startować do sejmu z list PiS. Ale ja uważam, że postąpiła fair. Dobiła do ściany, za którą mogła brnąć w pozory rzetelności albo otwarcie zrewidować swoje priorytety. Dokonała dobrego wyboru i mam nadzieję, że jest z nim szczęśliwa. Tylko – tak jak nadmieniałem na wstępie – z tej drogi trudno wrócić. I oby to wiedzieli.

Poprzednie