Meandrując wokół książek

Choć przy resecie mojego internetowego pamiętniczka nie obiecywałem ani Szanownym Państwu, ani sobie regularności, to jednak sumienie zaczęło mnie ciut gryźć, że ostatnio tak sobie te strony odpuściłem. Co prawda mogłem wrzucić jakiś starszy zremasterowany tekst, ale tę opcję rezerwuję sobie na bardziej podbramkowe momenty. Panująca ostatnio cisza ma, rozumie się, dobre uzasadnienie. Jest nim praca nad książką. Właśnie wczoraj skończyłem szósty rozdział i zanim zbiorę siły – tudzież niezbędną wiedzę – do kolejnego, mogę spuścić z kotła trochę pary.

Ach, praca nad książką! Jakże cudownie to brzmi, czyż nie? Tak sobie po prostu pracować nad książką. Wstać o szóstej rano, wyprowadzić psa, spożyć co nieco, kubek kawy wypić, coś tam w międzyczasie podczytując, a potem zasiąść i przez kilka kolejnych godzin kuć w żelazie języka. No cóż, tak to z grubsza u mnie wygląda, bo – jak już się tu przechwalałem – pracę wyjazdową mam dopiero popołudniami. Układ nieomal idealny. Tyle że jakoś mało snu. Że co? A, że się napawam? Kokietuję? Może odrobinę. Ale to moje napawanie się ma źródło w niezwykle przyjemnym, kiedy się nad tym zastanowić, wracaniu do pewnego stylu myślenia.

Myślenia, działania, właściwie bycia. Odzyskuję siebie dla literatury i literaturę dla siebie. I to jest takie trochę jakby powracanie do domu, z którego niegdyś sam się wyprosiłem, bo wydawało mi się, że nie ma w nim dla mnie miejsca. Ale przecież ono jest! Jest go tyle, ile zdołam sobie wywalczyć. Tak więc na nowo się rozgaszczam, rozsiadam. I wcale nie idzie tylko o pisanie, czy nawet czytanie, ale po prostu o pewien punkt ciężkości, tryb percepcji. O całokształtne zanurzenie, że tak to niezgrabnie ujmę.

Ale żeby nie było tak całkiem słodko, muszę jednak samokrytycznie przyznać, że kryje się w powyższych wyznaniach niejakie niebezpieczeństwo. Tak, niebezpieczeństwo. Jest nim estetyzacja, czy wręcz – jedno z moich nieśmiertelnych słów kluczy – fetyszyzacja książek i literatury w ogóle. Tropię to zjawisko od dawna. Wypatruję jego symptomów u siebie, jak i na zewnątrz. A kiedy już gdzieś znajdę, wypalam bezlitośnie. Oznaki mojego wojowania z tym demonem można było zresztą już odnaleźć w poprzednich zapiskach, z których część pewnie kiedyś przywrócę. A demon to podstępny, bo niepostrzeżenie przesuwa horyzont z treści na formę, co też w tym moim wygnaniu się ze świata literatury jakiś udział miało.

Na przykład ostatnio przeczytałem na Booklips, że holenderscy projektanci ze studia Oak & Morrow stworzyli unikalny model książki, która… doprasza się o uwagę czytelnika. Jeżeli zbyt długo nie bierzemy jej do rąk, jej okładka przybiera czarną żałobną barwę. Podobno za punkt wyjścia posłużyło im niezmiernie palące pytanie, co lubiłaby książka, gdyby była istotą żywą. No i wyszło im, że oczywiście każda książka pragnie być czytana, oglądana i pielęgnowana. Dobrze, że przynajmniej na spacer nie trzeba jej wyprowadzać i nie skomli, gdy zostaje sama, choć kto wie, czy i do tego etapu nie dojdziemy.

I to jest właśnie absolutna kwintesencja fetyszyzacji, o której mówię. Coś jeszcze bardziej pokręconego, niż obowiązkowy kubek parującej kawy, z jakim na setkach grafik zazwyczaj przedstawia się dziś książki i wszystko, co z nimi związane. Nawiasem mówiąc istnieje też ponoć projekt książki, która nie otworzy się, dopóki nie oceni twojego wyrazu twarzy. Cóż, można to potraktować jako przejaw artystycznej dezynwoltury czy nowinkarstwa, które nie ma wprawdzie żadnego przełożenia na rzeczywistość, ale przyjemnie je poszerować na fb i zebrać trochę lajków. Lecz można też uznać to za przejaw nie najzdrowszych tendencji.

Mnie osobiście najbardziej kojarzy się to z tymi wszystkimi, zaprawionymi potężną dawką lamentu, kampaniami na rzecz czytelnictwa, które zwykle rozgrzewają się, gdy Biblioteka Narodowa publikuje wyniki swoich rokrocznych badań. Jeszcze kilka takich raportów, a w naganianiu księgarniom klienteli dojdziemy do przestróg, że od nieczytania rozdwajają się końcówki włosów i rośnie błona między palcami. Całe szczęście, że w tym roku było lekkie wahnięcie w górę.

Może dla niektórych będzie to odkrycie na miarę kulistości Ziemi – albo jej płaskości, gdyż ponoć dotychczasowy uświęcony heliocentryczny model nie jest aż tak pewny, jak nam się naiwnie wydawało – ale naprawdę nie każdy musi czytać. Dokładnie tak! Po pierwsze nie jest to czynność niezbędna do przeżycia. Uwierzcie mi, że można przejść przez świat, nie czytając, a mimo to być całkiem przyzwoitym człowiekiem. A po drugie – jeżeli ktoś miałby czytać brednie, to chyba lepiej, żeby nie czytał wcale. Bo ja mam jednak takie narastające poczucie, że w tym całym lobbowaniu na rzecz czytelnictwa chodzi bardziej o sam akt, niż o jego najgłębiej pojęty sens.

A ujmując kwestię bardziej brutalnie: chodzi tu po prostu o to, aby kilku gości, którzy sobie umyślili, że „pisarz” brzmi tyleż dumnie co pokupnie, miało zbyt, a wraz z nim nadmuchane ego. Co w takiej sytuacji począć? Ano wmówić ludziom, że bez naszego towaru ani rusz. Że jak nie, to jeno błona między palcami, rozdwojone końcówki i wieczne dziewictwo. Bo przecież jak nie czytasz, to wiadomo. Owa konstatacja tyczy się zresztą zarówno samych piszących, jak i uwijających się na innych odcinkach tego systemu.

I tu docieramy do kolejnego niezwykle fascynującego zjawiska. A mianowicie fetyszyzacji samego pisania, tudzież osób tym zajęciem się parających. Ten wątek z kolei nasunął mi felieton Michała Rusinka na krakowskich stronach „Wyborczej”, który podlinkował jeden z moich facebookowych znajomych. Gdy się już przedrzemy przez całą rusinkowatość tego tekstu, całe jego krakowsko-inteligenckie nabzdyczenie, ledwie maskujące pod dowcipem niesmak wobec poczynań stojących niżej w umysłowej hierarchii bliźnich, gdy przełkniemy żarcik o złych bliźniakach (w końcu to „Wyborcza”, a ten szyld do czegoś zobowiązuje), to dostrzeżemy, że były sekretarz Szymborskiej ma sporo racji.

Bo rzeczywiście na paradoks zakrawa fakt, że w kraju, w którym tak mało ludzi czyta, tak wielu chce pisać. Wytworzyła się wręcz cała moda na bycie pisarzem, a jeszcze bardziej aspirującym pisarzem. Ci ostatni zwykle najwięcej udzielają się w sieci, a najmniej robią, by swój wymarzony cel zrealizować. Rzeczywiście namnożyło się tych poradników, złotych myśli, kursów, blogów, grup wsparcia dla kopanych po tyłku grafomanów. Nie mówiąc już o pseudowydawnictwach, które na ludzkiej próżności oraz potrzebie zaistnienia zbijają kasę.

I po co to? Czy naprawdę żyje wśród nas aż tak wielu kretynów przekonanych, że zostaną drugą Rowling, Kingiem czy kto tam jeszcze obecnie jest stawiany za wzór? Swoją drogą to też znaczące, że mamy aż tylu kandydatów na Rowling-bis, a tak mało na, powiedzmy, Updike’a-bis albo Rotha-bis. Znam wspomniany przez Rusinka esej Freuda o literaturze i fantazjowaniu. Może z tą projekcją istotnie coś jest na rzeczy? Z tą tylko różnicą, że o ile Fleming, kreując Bonda, chciał podrasować siebie samego jako pracownika wywiadu, o tyle dzisiejsi otumanieni popkulturowymi kliszami sukcesu wannabe Kingowie fantazjują o pisarstwie.

Cieszę się – i piszę to bez cienia ironii – że zacząłem marzyć o zostaniu pisarzem, zanim stało się to modne. Co nie oznacza, że też nie uległem pewnym złudzeniom. Ani że teorie Freuda o projekcji mnie nie dotyczą. Pewnie dotyczą. Pewnie też coś tam sobie w duchu kompensuję. Pewnie nawet doskonale wiem co. W końcu coś jednak zgania mnie z wyrka o szóstej rano. Coś każe z uporem brnąć mimo coraz większej świadomości ograniczeń i niedostatków talentu.

Ale-ale! Przebóstwienie formy posiada też swoją antycząstkę w postaci przebóstwienia treści. I to do tego stopnia, że ze względu na tęże treść niektóre książki uznaje się za niebezpieczne i chce ich zakazywać. Oto bowiem wspomniane już Booklips donosi, że w USA coraz częściej cenzuruje się pozycje z tych czy innych względów „niewygodne” lub – jak to niektórzy zmiękczają – „kontrowersyjne”. Kiedy przegląda się listę „najgorętszych” tytułów ubiegłego roku, widać, że cenzorzy są przynajmniej w miarę egalitarni, bo jest ban zarówno za eksponowanie transseksualizmu, jak i za nazywanie „czarnuchem”.

To jest zwyczajnie chore. Zawsze, kiedy o czymś takim słyszę, burzy mi się krew. Nie tak dawno wreszcie przeczytałem „Zabić drozda” i oto okazuje się, że robiąc to, naraziłem się na etykietkę rasisty. Cenzorzy jeszcze nie poradzili sobie z dysonansem poznawczym, jaki zapewne u co czujniejszych musi wywoływać fakt przyjaźni „rasistki” Harper Lee z gejem i amatorem przebierania się w damskie ciuszki Trumanem Capote, ale ufam, że i do tego dojdziemy. Podobnie jak do książek, które będą się domagały wyprowadzenia na spacer.

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.