Masa o… banalności polskiej mafii

Zawsze wiedziałem, że kiedyś w końcu wezmę się za któryś z tomów duetu Artur Górski – Jarosław Sokołowski ps. Masa poświęconych burzliwym dziejom polskiej mafii. Nie chodzi o to, że wybitnie interesuje mnie przestępczość zorganizowana jako taka. Kwestią jest tutaj raczej fakt, że Pruszków, Wołomin czy Ząbki, nie mówiąc o zasiedlających je indywiduach pokroju Parasola, Kiełbasy, Perszinga czy Dziada, to po prostu integralny element kolorytu lat 90. A właściwie mroczna i brutalna strona tego kolorytu, o której niejednokrotnie czytało się lub słuchało z autentycznym przerażeniem.

Specyficznie pojęta figura polskiego mafiosa przeniknęła zresztą także do rodzimej kultury. I to zarówno w konwencji całkowicie poważnej – by wspomnieć choćby pierwszy (i w mojej skromnej ocenie najlepszy) sezon serialu „Ekstradycja”, gdzie jednym z kluczowych wątków było głośne w tamtym okresie wymuszanie haraczy od warszawskich restauratorów – jak i komediowej, czy wręcz burleskowej, co swoje zwieńczenie znalazło w takich, dla niektórych kultowych, obrazach jak „Poranek kojota” czy „E=mc2”.

Ciekawym przykładem – skoro już skupiamy się na kinie – będzie tutaj niewątpliwie „Sztos”, który nie dosyć, że w ujęciu wybitnie nostalgicznym pokazuje rodzenie się przestępczości zorganizowanej na Wybrzeżu – stanowiącym w latach 80. istną jej mekkę oraz wzór do naśladowania dla nieokrzesanych chłopców z Mazowsza – to jeszcze stał się legendą z uwagi na epizodyczny występ Nikodema Skotarczaka ps. Nikoś. Tytułem przypisu warto tu dodać, że rok po premierze filmu Nikoś został zastrzelony – bądź też, jak ująłby to Masa, odpalony – w gdyńskiej agencji towarzyskiej „Las Vegas”, co miało stanowić pokłosie jego konfliktu właśnie z Pruszkowem.

Osobną i niezmiernie fascynującą sprawą jest fenomen samego Masy. Droga, którą przebył od prymitywnego gangusa po skrywającego się za kominiarką celebrytę, mówi więcej o nas jako o społeczeństwie niż o nim. Przyznam, że z niekłamanym podziwem obserwuję, jak co i rusz udziela rozdmuchiwanego przez tabloidy i internet wywiadu, w którym a to wyzna, że w razie zamachu ochroniłby Jarosława Kaczyńskiego własną piersią, a to pogrąży ważnego polityka opozycji szykowanego do kandydowania na prezydenta Warszawy, ujawniając, że w latach 90. był jego chłopcem na posyłki, i zmuszając go tym, żeby się gęsto tłumaczył.

Przy czym chcę tutaj bardzo wyraźnie zaznaczyć: ani go nie oceniam, ani nie sugeruję, że toczy jakąś rozgrywkę – prywatną lub przez kogoś inspirowaną – rejestruję jedynie to, co da się zaobserwować. Może jest manipulatorem, narzędziem w czyichś rękach, a może po prostu życie najsłynniejszego świadka koronnego III RP jest potwornie nudne i chce sobie je czymś wypełnić.

Tak czy inaczej niewątpliwym fenomenem jest również wzmiankowana wyżej seria książek. Jak w jednym z wywiadów ujął to Artur Górski, w kraju, w którym za sukces uznaje się pięć tysięcy sprzedanych egzemplarzy, oni rozbili milion i grają dalej. Pierwszy tom, czyli „Masa o kobietach polskiej mafii”, zdobył w 2014 roku statuetkę bestsellera Empiku w kategorii „literatura faktu”, mając za konkurenta jedynie drugą odsłonę cyklu „Masa o pieniądzach polskiej mafii”. Nim obie książki się ukazały, Jarosław Sokołowski pisywał do wydawanego przez Górskiego, nieistniejącego dziś, magazynu „Śledczy”.

Ja przeczytałem właśnie tę pierwszą część oraz trzecią – „Masa o porachunkach polskiej mafii”. Czy to, czego się z nich dowiedziałem, było dla mnie w jakiś sposób szokujące? Oczywiście zakładając, że to w stu procentach prawda. I tak, i nie. Tak w tym sensie, że mapa wpływów struktur przestępczych, ich rozległość i głębokość – choćby kontakty w biznesie czy świecie rozrywki – rzeczywiście uświadamia, jak bardzo patologiczna była pierwsza dekada transformacji. Ośmielę się nawet posunąć do stwierdzenia, że opowieść Masy zadaje o wiele skuteczniejszy cios pookrągłostołowej mitologii niż narracje zarówno naszej prawicy, jak i te lewicowe, gdzieś z okolic partii Razem, odsądzające od wszelkiej czci neoliberalną doktrynę Balcerowicza.

W tym kraju uczciwą pracą naprawdę nie można było do niczego dojść. Naprawdę mieliśmy pod tym względem przerąbane. Jeżeli dorobiłeś się jakichkolwiek pieniędzy, niszczyło cię albo zdegenerowane, przesiąknięte rakiem komuny państwo, albo przyjemniaczki pokroju Masy czy Perszinga, które w tym szambie czuły się jak ryby w wodzie. Miałeś zasadniczo trzy możliwości: dać za wygraną, opłacać się lub… stać się jednym z nich. Ewentualnie, dla ukojenia nerwów, obejrzeć w telewizji konkurs piękności, który, nawiasem mówiąc, także był ustawiony.

Nie chcę się tu wymądrzać ani walić truizmami, ale jeśli za prawdziwe uznać stwierdzenie, że kamieniem węgielnym Polski po 1989 roku, i zarazem jej trucizną, był zgniły kompromis, który nie pozwolił odciąć pępowiny łączącej ją z minionym ustrojem, to jego drugą, mocniej rzucającą się w oczy twarzą byli umięśnieni troglodyci i ich nieco tylko bardziej rozgarnięci szefowie. Stanowili oni nieodrodny produkt tego systemu. Kryminalne kariery zaczynali na ogół jeszcze w peerelowskich więzieniach lub w zamkniętych przestępczych enklawach, a cechujący początki transformacji etyczny relatywizm i bezwzględny ekonomiczny darwinizm załatwiały resztę.

Masa zresztą w którymś momencie bardzo słusznie zauważa, że źródeł należy upatrywać we wdrukowanym statystycznemu Polakowi jeszcze za Peerelu przekonaniu, że państwo to wróg, więc nie ma nic złego w tym, że się kombinuje, żeby je obejść lub pokonać. On i jego wychowani w tym duchu wspólnicy po prostu robili to, co wyssali z mlekiem matek. A że od czasu do czasu wymagało to odpalenia kogoś czy kilkugodzinnych tortur w Suchym Lesie z wrzątkiem w pogotowiu, by ocucić klienta, gdy za bardzo odpływał w wyniku oprawiania, to już inna para kaloszy. Po prostu działa się w warunkach narzuconych przez rzeczywistość.

I tutaj właśnie kryje się istota banalności, którą przywołuję w tytule tekstu. Banalności zła w rozumieniu Hannah Arendt, która mnie osobiście przeraża o wiele bardziej niż demoniczne wizje z kina czy literatury. Według Masy większość ówczesnych mafiozów – oczywiście nie licząc psychopatów i zwykłych zwyrodnialców – naprawdę szczerze wierzyła, że wyjdzie na prostą. Mieli rodziny, dzieci, a jednocześnie dokonywali krwawych egzekucji, balangowali i gwałcili, separując te dwa światy. Roboty się wszak do domu nie przynosi. Inna rzecz, że te domy też często bywały zatrute złem.

No właśnie, złem. Właściwie, jeśli trzymać się wykładni Masy, w ogóle nie powinno się tego pojęcia używać. Eichmann przecież nie był zły. On tylko wykonywał swoje obowiązki. Oni tak samo. Jeśli dziś pomogliby ci przejść przez ulicę, a jutro zakatowaliby cię na śmierć w Suchym Lesie, nie będzie w tym żadnej sprzeczności. Tyle że to też nie do końca prawda, bo zło jednak miało na nich wpływ i na kartach obydwu tomów znajdziemy tego rozliczne przykłady. Nie da się flirtować ze złem i wyjść z tego czystym, nawet jeżeli owego zła nie nazywa się po imieniu.

Wśród zarzutów pojawiających się pod adresem tych książek często powtarza się ten, że Sokołowski w istocie napawa się swoją przeszłością. Rzeczywiście taki ton z jego rozmów z Górskim przebija. On sam broni się, mówiąc, że chce jedynie maksymalnie wiernie oddać klimat i prawdę czasu, a w rzeczywistości jest już innym człowiekiem. Nie mam powodu mu nie wierzyć, choć trochę brakowało mi tego krytycznego spojrzenia wstecz. Mimo wszystko kończyłbym lekturę spokojniejszy, wiedząc, że Masa ma wyrzuty sumienia, że w bezsenne noce wracają do niego twarze ludzi, których skrzywdził.

Ale może to znajdzie się w innych częściach. Po które, szczerze mówiąc, nie mam chyba potrzeby sięgać. Nie, nie zraziłem się. Po prostu wiem, że ich głównym, choć nienazwanym wprost, tematem będzie ułomność ludzkiej natury, która otwiera nas na działanie zła. Ponoć największym sukcesem szatana jest wmówienie ludziom, że nie istnieje. A ja bym dodał, że jeszcze większy – prawdziwy majstersztyk – to przywdzianie przezeń zniechęcającego do metafizycznych rozważań kostiumu pospolitego bandyty.

Polecam również