Lubię audiobooki, choć niekoniecznie słuchowiska z Audioteki

Należę do pokolenia – kto wie, czy nie jednego z ostatnich – które publikację na papierze, czy to książek czy czasopism, traktuje jako absolutnie bazową. Doceniam i popieram formy elektroniczne – w końcu prowadzę blog, nie wspominając już o tym, że mój literacki debiut ukazał się i przez dwa lata funkcjonował wyłącznie jako ebook – jednak mam wdrukowany w głowie archetyp fizycznego nośnika jako jedynego prawomocnego i sfinalizowanego. To jest w pewnym sensie silniejsze ode mnie, lecz nauczyłem się już z tym nie walczyć. Takie paleolityczne uwarunkowanie.

Mimo to wybuchające co jakiś czas zażarte spory między frakcją wąchaczy i zwolenników minimalizmu na półkach zawsze wydawały mi się odrobinę śmieszne. Sprawia to fakt, że choć uwielbiam szelest przewracanych stron i namacalny ciężar trzymanej w ręku książki, od wczesnego dzieciństwa byłem w zażyłych stosunkach z jej alternatywnymi wersjami. A konkretnie właśnie z audiobookami. Oczywiście wtedy nikt ich tak nie nazywał. Wtedy były to po prostu książki mówione, które takim ludziom jak ja, cierpiącym na dysfunkcję wzroku lub całkowicie niewidomym, ułatwiały kontakt z literaturą.

Kiedy kilka lat temu wybuchła moda na audiobooki, cały hajp wokół nich – tak jakby nagle spadły z kosmosu, jakby nie istniały od lat sześćdziesiątych, a nawet i od trzydziestych, bo ponoć już wówczas nagrano na płycie gramofonowej bajki Mickiewicza – także setnie mnie ubawił. Nikt się jakoś nie zająknął, że my to zaczęliśmy jeszcze w zamierzchłej epoce taśm magnetycznych.

Głównym, a właściwie przez całe dekady jedynym producentem i dystrybutorem książek na kasetach był Polski Związek Niewidomych. W Warszawie przy ulicy Konwiktorskiej mieściło się studio, w którym powstawały, oraz tak zwana Biblioteka Centralna, gdzie można było je wypożyczać. Trafiały także do bibliotek w innych miastach, w czym zapewne niebagatelny udział miały lokalne koła PZN. Nie były wygodne – zwykle dostawało się je w plastikowych lub tekturowych pudłach, w których mieściło się po piętnaście kaset – ale stanowiły idealną alternatywę dla jeszcze bardziej uciążliwych tomiszczów zapisanych brajlem. Poza tym nie wszyscy, którzy mieli prawo do korzystania z nich, jednak tego brajla znali.

Z tamtych czasów wyniosłem przekonanie, że dobrze zrobiona książka w wersji audio jest wartością samą w sobie. Że jest – nie bójmy się tego określenia – sztuką. Zwłaszcza że z Polskim Związkiem Niewidomych współpracowali najwybitniejsi polscy lektorzy. Wiele dzieł literatury – zarówno tych klasycznych, poważnych, jak i czysto rozrywkowych – wiąże się w mojej pamięci z konkretnymi głosami. „Ulisses” na zawsze będzie w moich uszach brzmiał Zapasiewiczem, „Czarodziejska góra” – Ksawerym Jasieńskim (tak, dokładnie tym samym, który czyta stacje metra), a King – Leszkiem Teleszyńskim.

Dobrze dobrany lektor potrafi wytoczyć z tekstu perłę, chybiony – dokumentnie go skopać. Jacek Kiss nadaje się do lekkiego repertuaru, lecz już niekoniecznie do rzeczy cięższego kalibru. Leszek Filipowicz nieodwołalnie zniszczył mi smak jednej z powieści Murakamiego. W prawie każdym wypadku ze swoim dobitnym acz oszczędnym frazowaniem sprawdzi się Roch Siemianowski. Nie przepadam za nadmiernie ekspresyjną grą Anny Dereszowskiej. Nie wyobrażam sobie, by Michała Witkowskiego ktokolwiek interpretował lepiej niż on sam. Stasiuka niezawodnie czyta Mirosław Baka. Mógłbym tak jeszcze długo.

Wiele z przykładów, które tu wymieniłem, jest zapewne doskonale znanych konsumentom audiobooków. Dzieje się tak dlatego, że wraz z ich urynkowieniem nasz mały hermetyczny świat zmieszał się z tym komercyjnym. Wciąż co prawda powstają nagrania przeznaczone do użytku tylko przez osoby słabowidzące i niewidome, jednak też coraz częściej, na mocy różnych umów umożliwiających darmowe korzystanie dla celów osobistych, których istoty nie ogarniam, trafiają do nas właśnie produkcje komercyjne.

Nie chcę dać do zrozumienia, że wypłynięcie na szerokie wody im zaszkodziło. Bynajmniej. Wciąż na ogół zachowują wysoki poziom. Nadal też w ich nagrywanie angażują się wybitni aktorzy. Cyfrowa jakość oraz możliwość kupowania online dają duży komfort zdecydowanie przeważający nieliczne drobne minusy, co chyba potwierdzi każdy, kto lubi łączyć lekturę z jazdą samochodem, zmywaniem czy prasowaniem. Doceniam wkład, jaki w popularyzację tej formy czytelnictwa wniosła Audioteka. Ba, wierzę, że sam dorzuciłem tu cegiełkę, mając kilka lat temu okazję recenzować audiobooki dla „Newsweeka”.

Jednak z tak zwanymi superprodukcjami Audioteki, czyli czymś w rodzaju formy pośredniej pomiędzy słuchowiskiem a klasycznym audiobookiem, mam niestety spory problem. I mam go już właśnie od czasów epizodu z „Newsweekiem”, kiedy Audioteka zaczęła wprowadzać ten patent na rynek, a do moich rąk trafiły na CD recenzenckie egzemplarze „Wiedźmina” i „Gry o tron”. Ostatnio w tej konwencji ukazało się „Solaris” na podstawie Lema. Wcześniej „Lśnienie” według Kinga i po drodze jeszcze kilka innych tytułów.

Sam pomysł adaptowania literatury do takiej postaci uważam za znakomity. Nie jest on też przecież niczym nowym. Bogatą tradycję ma pod tym względem teatr Polskiego Radia, nie wspominając o światowych dokonaniach na tym polu, wśród których na pierwszym miejscu nie sposób nie wymienić „Wojny światów” Orsona Wellesa. Ale łączenie tego z lektorem po prostu odczytującym tekst to kompletna pomyłka, która całkowicie zaprzecza idei takowego przedsięwzięcia.

W „Solaris” zagrały naprawdę wyśmienite głosy. Inna sprawa, czy dobrze obsadzone. Kris Kelvin jakoś średnio pasuje mi do Roberta Więckiewicza. Powinien się w niego wcielić ktoś bardziej… hm… tragiczny? Prędzej sprawdziłby się tu Adam Woronowicz, który przepysznie kreuje balansującego na krawędzi obłędu Snauta. Co do Magdaleny Cieleckiej jako Hearey też bym się kłócił. Raczej słyszałbym tu egzaltowaną Dereszowską. Za to wspominany już Leszek Filipowicz w roli Gibariana jest… powiedzmy, że optymalny. Bezbłędnie natomiast została dobrana muzyka, która tworzy gęsty, klaustrofobiczny nastrój.

Jednak zarówno plusy, jak i ewentualne potknięcia bledną przy bez przerwy tokującym z „offu” narratorze. Postać nie może po prostu zakaszleć. Musimy zostać o tym przez niego poinformowani. Po wygłoszeniu przez nią kwestii spieszy powiadomić nas, że powiedział ten a ten. Jakbyśmy nie poznawali po głosie. Choć akurat w „Solaris” to aż tak bardzo nie przeszkadza. Zapewne z uwagi na powolne tempo fabuły i stylizację powieści na spisany w pierwszej osobie raport Kelvina. Ale choćby w „Grze o tron” czy „Lśnieniu” było potwornie uciążliwe. Akcja co chwila musiała stopować, aby narrator mógł odczytać nieraz naprawdę sążniste partie tekstu. Mnie w każdym razie wybijało to z rytmu.

O ile pamiętam, przynajmniej w przypadku Martina chodziło o jakieś licencyjne warunki, że tekst musi być zaadaptowany w całości. W wypadku Kinga rzecz, jak podejrzewam, ma się podobnie. Tak, wiem: pieniądze, kontrakty, prawa autorskie. Nie każcie mi tego zrozumieć! Z czysto artystycznego punktu widzenia to idiotyczne. Tak uważam. Poza tym jako zwykły odbiorca nie muszę się w tych wszystkich zawiłościach orientować.

Każde medium ma niepowtarzalny charakter i operuje na odrębnej płaszczyźnie. Inaczej czyta się tekst drukowany. Jeszcze inaczej chwyta się kontakt z nim, kiedy ktoś nam go przedstawia na głos. Słuchowisko to zaś teatr wyobraźni. Wkraczając do niego, chcę, by moja wyobraźnia popuściła sobie cugli. Po co mi wiedzieć, jak wyglądają bohaterowie i jak są urządzone pomieszczenia, w których się znajdują?

Fot PourquoiPas/Pixabay

Polecam również

  • Sądzę, że sam sobie poprawnie wyjaśniłeś dlaczego tak to zostało nagrane: chodzi o wierne oddanie tekstu, a nie o przerobienie go na typowe słuchowisko radiowe. Skoro Autor napisał w oryginale, że „cośtam cośtam – powiedział Adam” – to owo „powiedział Adam” musi pojawić się w nagraniu, choćby nie wiem jak bardzo oczywistym było, że to właśnie Adam powiedział.

    Prywatnie superprodukcje Audioteki wielbię, choć kosztują na ogół sporo więcej od „zwykłych” dźwięko-książek. I – jak zresztą sam piszesz na wstępie – są one sztuką samą w sobie. Taki „Narrenturm” na ten przykład, książka, która mi się znudziła w wersji papierowej po pierwszych parudziesięciu stronach (doczytałem do końca wyłącznie przez wzgląd na nazwisko Autora), w wersji Audioteki okazała się po prostu genialna. Albo taki „Niezwyciężony” – chociaż książkę czytałem z dziesięć razy (i pewnie jeszcze nie raz przeczytam), audiotekowej superprodukcji wysłuchałem z przyjemnością.

    Jeśli zaś chodzi o audiobooki sprzed ery internetowej, nie kojarzę ich zbyt wiele, ale na pewno nigdy nie zapomnę „Przygód Koziołka Matołka” ani „Pchły Szachrajki”, na lekko skrzypiących winylach odtwarzanych z dziadkowego adaptera 😉

    Pozdrawiam zza blogowej miedzy!

    • No zgoda. Działa to tak, jak piszesz. Pomijając oczywiście te względy licencyjne, które wystąpiły przy Martinie, o co specjalnie się w biurze prasowym Audioteki dowiadywałem, bo bardzo mnie to zafrapowało. Potem to już pewnie stało się po prostu konwencją. Ale ja jednak zachowuję do niej krytyczny stosunek. Czuję, że miesza się tu dwa nieprzystające do siebie porządki.

      Też pamiętam te dawne słuchowiska. Ja na winylu miałem Czerwonego Kapturka i jeszcze coś. Ale u mnie w domu to już był schyłek adapteru. Później wydawali je też przez pewien czas na kasetach. I ja bym ich jednak audiobookami nie nazwał. No ale to tylko drobny spór definicyjny.

      Również pozdrawiam 🙂

  • Adam A

    Ale tekst Gry o Tron akurat przeszedł tą mini-adaptację w formie korekty z wycinaniem stwierdzeń typu „powiedział Jon” kiedy wynika to z wypowiadających się głosów.

    Tak poza tym to jest przekonywanie o wyższości Świat Bożego Narodzenia nad Wielkanocą. Rozumiem, że niektórzy mogą superprodukcji (mniejsza o tą pretensjonalną nazwę, która dla tego podgatunku się przyjęła / została narzucona) się nie podobać. Ale dziwaczne jest pisanie o tym, że „tak nie można”, jakby istniała jakaś jedyna dopuszczalna księga zasad rzemiosła, i pełne obecność narratora była w niej kategorycznie zakazana. To jest racjonalizowanie własnego gustu.

    Co do mitologizowania nagrać PZN to też bym nie przesadzał. Większość nagrań w wykonania wspomnianego Ksawerego Jasieńskiego jakie słyszałem było zrobionych niechlujnie. Już mniejsza o mlaski i dźwięk szeleszczących kartek podczas przewracania, ale gubienie i przekręcanie zaimków to już przesada.

    • Aż tak wysokiego mniemania o sobie nie mam, by wierzyć, że kilka moich słów spowoduje, iż ktoś coś przestanie robić. Chociaż… nie powiem, byłoby miło. Mimo to będę się upierał, że słuchowisko (w sensie rozpisanej na role inscenizacji) i książka (nawet czytana przez lektora) to dwa zupełnie inne media. Tak jak książka i film. Rozumiem, że są ludzie, którym taka formuła odpowiada, ale uważam, że z czysto artystycznego punktu widzenia byłoby lepiej i owocniej, gdyby ją zarzucili.

      • Prawdopodobnie chodzi o to, żeby ktoś się za bardzo nie rozochocił w zbyt swobodnym interpretowaniu tekstów. Ujdzie, jak ktoś połknie zaimek czy zignoruje interpunkcję. Gorzej, jak ktoś przerobi Biblię Kadłubka na western czy pornusa.

        Chociaż… w imię dobrych wyników sprzedaży nie takie rzeczy się już robiło 😉