Zapiski czytelnika

Lovecraft

H. P. Lovecraft był moim wielkim odkryciem końcówki minionego roku. Należy on do tych pisarzy, których przez dłuższy czas unikałem z nie do końca sprecyzowanych powodów. Może odstręczała mnie jego staroświeckość, a może kult, którym cieszy się w wielu kręgach fanów literackiej grozy. Właściwie ani mnie ziębił, ani grzał. A jednak obchodziłem go szerokim łukiem. Do zmiany decyzji nie był mnie w stanie przekonać nawet Michel Houellebecq, który poświęcił samotnikowi z Providence swój debiut książkowy „Przeciw światu, przeciw życiu”.

Mojej recepcji tej niezwykłej prozy wciąż daleko do systematyczności. Poznałem na wyrywki ledwie kilka nowelek. A i to głównie dzięki podcastom Jacka Brzozowskiego. To za mało, by napisać o niej cokolwiek rozsądnego, zwłaszcza jeśli miałbym się pokusić o jakąś wnikliwszą interpretację, ale wystarczająco, by połknąć bakcyla. A zresztą – tylu już próbowało otwierać Lovecrafta najróżniejszymi wytrychami, że moje wynurzenia i paplania w niczym się nikomu nie przysłużą. Chcę po prostu odnotować kilka luźnych spostrzeżeń.

Nie będę oryginalny ani odkrywczy. Tym, co już na pierwszy rzut oka mnie uwiodło, gdy się w końcu przełamałem, był oczywiście niezwykły, gęsty klimat kreowanego świata. Świata – dodajmy – bardzo spójnego i rozbudowywanego z tekstu na tekst. Dziś popkultura nazywa to zjawisko uniwersum i doi jego potencjał do niemożliwości, przy okazji drenując kieszenie. W uniwersum lovecraftowskim – niech będzie, trzymajmy się tej nomenklatury – czytelnik jak gdyby śni na jawie. Jest zagadkowo i dziwnie, a strach osiąga się poprzez to, czego nie widać, bądź co jedynie majaczy w niedopowiedzeniu. To dlatego Lovecrafta włożono do szufladki z etykietą „weird fiction”, czyli nurtu, który – jak czytam tu i ówdzie – przeżywa właśnie swój renesans. Przynajmniej w Polsce. Mnie ten sztafaż kupił stuprocentowo. Ba, wessał wręcz.

Zakrzywiona rzeczywistość budzi niepokój, wybija z pewników. W opowiadaniach H. P. L. odnajdywałem coś z klimatu gombrowiczowskiego „Kosmosu”. Ta quasi detektywistyczna konwencja! Bohaterowie lovecraftowskich fabuł tak jak Witold i Fuks odkrywają tajemnice i usiłują odczytać mętne znaki, nie wiedząc, czy ktoś im je podsuwa, czy też są ledwie czystym chaosem.

Lecz tu podobieństwa chyba się wyczerpują. Gombrowicz pozostawia cię bez odpowiedzi, a Lovecraft udziela jej – i owszem, owszem – tylko że bezpieczniej byłoby jej nie poznawać. Jego filozofii zdaje się patronować pesymizm – nihilistycznie skrajny, a przez to aż cudowny. I to on, nie fantasmagoryczne stworzenia nawiedzające ludzi, jest, w każdym razie dla mnie, źródłem prawdziwej, niekłamanej grozy. Tu postacie mogą co najwyżej przyjąć zesłany im z góry los, skapitulować przed nim. Są nim całkowicie zdeterminowane.

Jeżeli niezwykłym barwom z powietrza spodoba się zniszczyć rodzinę farmerów, uczynią to. Jako potomek odrażających stworów z głębin oceanu prędzej czy później i tak zamieszkasz w podwodnym mieście. Możesz się z tym pogodzić albo… No właśnie, czy tak naprawdę jakieś „albo” w ogóle istnieje? Lovecraft całkowicie wyszydza zarówno możliwość wyboru, jak też i kategorie moralne. Nie ma tu żadnego dobra ani zła. Są jedynie starsi od tych ułomnych pojęć Przedwieczni. O Ctulhu oraz innych bytach konstytuujących lovecraftowską metafizykę nie da się nawet powiedzieć, że są okrutne. Po prostu miewają swoje kaprysy, a niekiedy dopada je głód. Zdaję sobie sprawę, jak naiwnie to brzmi – jak z jakiejś lekcji w liceum o antycznej tragedii i fatum – ale wirtuozeria tej literatury, jej rzeczywiście staroświecki kunszt, sprawia, że ciężko się powstrzymać.

Nie wiem – może przesadzam, może daję się ponieść mitologii samotnika z Providence, może kiedy lepiej go ogarnę, czar pryśnie. Co by nie mówić, Lovecraft pisał przecież dla pieniędzy. Dorabianie mu na wyrost gęby filozofa bądź mrocznego mistyka, przed którym rozsunęła się zasłona przybytku, jest w gruncie rzeczy dość – no cóż – efekciarskie. Z drugiej jednak strony ta skromna wiedza o jego życiu, jaką zaserwował mi wujaszek Google, pozwala rzucić trochę światła na jego zdolność do budzenia fascynacji. No i jest jeszcze esej Houellebecqa.

Jak to mówią: swój do swego po swoje. Liznąwszy nieco Houellebecqa, mogę zrozumieć ich duchowe powinowactwo. Smutek spotyka smutek, fobia – fobię. Bo niezależnie od motywów, które popychały Amerykanina do zapełniania kolejnych stron, w jego postawie abnegacji jest coś autentycznego. I to aż na tyle, że mimo zalatywania kostkami naftalinowymi, biedak nie ustrzegł się całkiem współczesnych kontrowersji. Łatka rasisty i ksenofoba kroczy za nim od dawna. Kapłani politycznej poprawności też już zdążyli się do niego dobrać i rozpętać istny wściek, że jego pociągły pysk wciąż firmuje nagrodę Hugo.

Niewykluczone, że wszystko, co tu napisałem, jest po prostu stekiem bzdur. Ale nawet gdyby tak się miało okazać, przygoda z H. P. L. dostarczyła mi wiele bezinteresownie eskapistycznej przyjemności. Bo ta rzeczywistość w ostatecznym rozrachunku nie potrzebuje zewnętrznych uzasadnień. Funkcjonuje sama przez się. Sama przez się osacza i przeraża, igrając na bardzo subtelnych strunach estetycznych. Po części na pewno jest to zasługa czasu, który pokrywa ją patyną, lecz równocześnie cierpliwie pracuje na jej korzyść, odsłaniając jej ciemny, pulsujący rdzeń.

Zamierzam niebawem tam wrócić. Zdezelowany autobus do Insmooth podobno zawsze ma od cholery wolnych miejsc. Muszę tylko pamiętać, żeby wynieść się przed zmrokiem. No i wziąć ze sobą butelczynę najtańszej whisky. Inaczej stary Zadok nie puści farby o lokalnych mitach i skandalach sprzed lat. I oby silnik w autobusie nie nawalił. A kierowca niech nie ma rybich skrzeli pod koszulą.

Polecam również