Kilka refleksji z Lourdes [tekst + wideo]

Planowałem tę podróż blisko rok. Celowo unikam określenia “pielgrzymka”, bo choć nie da się zaprzeczyć jej religijnemu charakterowi, niespecjalnie czuję się godny miana pielgrzyma. I to pomimo otrzymania certyfikatu zaświadczającego, że takowym jestem. Nie chcę się tu wdawać w szczegóły mojej duchowości, bo nie o tym niniejszy tekst ma być. Jednak skoro zdecydowałem się pojechać właśnie do Lourdes – miejsca, które od połowy XIX wieku nie kojarzy się z niczym innym – byłoby z mojej strony skrajną hipokryzją odżegnywać się od pierwiastka eschatologicznego.

Nie zamierzam tego robić, ani tym bardziej udawać, że go nie poszukuję. Gdyby było inaczej, mógłbym się udać na przykład na wycieczkę po muzeach. Nie ukrywam też, że pierwotnym impulsem do podjęcia decyzji była, kolokwialnie mówiąc, zwykła okazja. Duszpasterstwo służby zdrowia organizowało ten wyjazd na 25-lecie Światowego Dnia Chorego, a ponieważ jakoś tam – w tym momencie naprawdę mniejsza o to jak – jestem z tym środowiskiem związany, informacja do mnie dotarła. Pomyślałem, że grzech byłoby zmarnować taką szansę, nie wykorzystać jej “do prozy”. Kiedy uprawia się tzw. literaturę faktu, człowiek szuka inspiracji gdzie tylko się da.

No więc razem z Lubą i jeszcze około dwustoma innymi osobami z całej Polski polecieliśmy. Początkowo wyjazd miał się odbyć w lutym i trwać tydzień, bo mieliśmy jechać specjalnie wynajętym pociągiem. Koniec końców stanęło na samolocie. Z jednej strony wygodnie, ale z drugiej – nieco szkoda widoków, które nas ominęły. Nawiasem mówiąc, z zaskoczeniem dowiedziałem się, że w Lourdes, a raczej pod Lourdes, jest lotnisko. Jedno z tych niedużych, typowo prowincjonalnych, służących głównie do przesiadania się. Do miasta trzeba było podjechać jeszcze dwadzieścia minut autobusem.

W Lourdes spędziliśmy zatem w sumie cztery dni, z czego dwa pełne. Zakwaterowano nas w stanowiącym osobliwe – w każdym razie dla mnie – połączenie hotelu i szpitala domu Notre-Dame położonym naprzeciwko groty Massabielle. Z okien naszych pokoi było widać wieże bazyliki na szczycie skały, w której znajduje się grota. By się tam dostać, wystarczyło przejść przez most na rzece Gave de Pau. Ogromne ułatwienie zwłaszcza dla wózków inwalidzkich i pielgrzymów z ograniczeniami ruchowymi, których w naszej grupie było sporo. Tutaj warto dodać, że w Notre-Dame zatrzymał się również Jan Paweł II podczas swojej ostatniej podróży przed śmiercią.

Pierwszą rzeczą, jaka od razu uderza, gdy przyjeżdżasz do Lourdes, jest panująca bezustannie atmosfera religijnej podniosłości. Przybyliśmy tam w zwykły wrześniowy wtorek i ani tego dnia, ani w kolejne nie odbywało się żadne znaczące święto, a mimo to odnosiło się wrażenie, jakby cały czas trwała uroczystość przerywana jedynie na chwilę dla zaczerpnięcia tchu. Sprawiały to nie tyle odbywające się kilka razy dziennie modlitwy – zwłaszcza procesje popołudniu i wieczorem – co raczej biorące w nich udział tłumy. Według różnych szacunków do Lourdes rokrocznie przybywa od pięciu do sześciu milionów gości, i to przy populacji samego miasta wynoszącej obecnie około piętnastu tysięcy.

I to jest właśnie druga rzecz – te nieprzebrane ludzkie masy. Dosłownie wszędzie! Na placu przed bazyliką, pod grotą, na ulicach, w restauracjach… Istny tygiel odcieni skóry i języków. Czuje się to szczególnie podczas modlitw, kiedy wszyscy recytują to samo na tyle różnych sposobów, że aż niekiedy gubisz słowa. Co ciekawe, w tej kakofonii słychać również arabski. “Zdrowaś Maryjo” odmawiane w języku, który ostatnio większości z nas przywodzi na myśl głównie obrazy przemocy i krwi, to jest naprawdę mocna rzecz. Tym bardziej jeśli weźmie się pod uwagę, co potencjalnie może grozić odmawiającemu w rodzinnym kraju i jakim aktem heroizmu jest z jego strony to, że występuje publicznie.

Lourdes to bodaj drugi po Guadalupe najpopularniejszy ośrodek kultu maryjnego na świecie. Właśnie ta swoiście pojęta wielokulturowość, a wręcz wieloetniczność, najwyraźniej odróżnia je od polskich sanktuariów, mimo wszystko ukierunkowanych bardziej do wewnątrz, na, by tak rzec, lokalne potrzeby. Wygląda to trochę tak, jakby to miejsce chciało za wszelką cenę nadrobić deficyt religijności panujący we Francji I zgęścić całą katolicką treść – u nas jednak dużo bardziej rozproszoną i organicznie wrośniętą w kulturowy pejzaż.

To rzeczywiście niebagatelny paradoks (a może symbol?), jeśli zważyć na fakt, że Lourdes – podobnie jak Guadalupe w czasach reżimu Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej – egzystuje w państwie, które wydało chrześcijaństwu, a zwłaszcza katolicyzmowi, bezpardonową wojnę. Wojnę, w której ogniu znalazła się zresztą sama Bernadeta Soubirous. Kiedy idzie się ulicą i widzi się te wszystkie stragany z dewocjonaliami w niesamowitych wprost ilościach, trudno uwierzyć, że trafiliśmy do kraju, gdzie publiczne szydzenie z katolików jest traktowane jako przejaw błyskotliwości i gdzie władze zakazały publikacji wizerunków uśmiechniętych dzieci z zespołem Downa, żeby… nie naruszały spokoju sumienia kobiet, które “dokonały innych osobistych wyborów”.

I chyba niewiele zmienia tutaj okoliczność, że Lourdes leży na górzystych obrzeżach Francji – setki kilometrów od stolicy. To wciąż twarde jądro zachodniej Europy, w której za krytykę islamu można otrzymać wyrok więzienia, podczas gdy znacznie gorsze rzeczy w stosunku do Kościoła określa się mianem sztuki i usprawiedliwia prawem do wolności wypowiedzi. Ta świadomość wzmagała we mnie poczucie nierzeczywistości. Krążyłem między girlandami różańców, zastępami plastikowych figurek Maryi i archipelagami rozmodlonych tłumów, nie mogąc opędzić się od pytania: jak długo jeszcze?

I ostatnia rzecz, być może najbardziej dostrzegalna już na pierwszy rzut oka – ogromna liczba osób niepełnosprawnych, zwłaszcza na wózkach. Tu też pod klawisze cisną mi się niewesołe konstatacje natury cywilizacyjnej, jednak pozwolę sobie ich nie rozwijać. Poprzestańmy na tym, że w Lourdes cierpienie zostało nie tyle uświęcone – nikt przy zdrowych zmysłach nie stawia mu ołtarzy – co po prostu zwyczajnie oswojone. Bo choć wielu – może zdecydowana większość – ludzi przyjeżdża tam z nadzieją na uzdrowienie, choroba i kalectwo nie jest tam powodem do wstydu. I kto wie, czy to właśnie nie stanowi największego, niemierzalnego w ściśle materialnych kategoriach, cudu.

Nie wiem, czy byłem tam bardziej jako obserwator, czy jako uczestnik. Te role przenikały się w nie zawsze oczywisty sposób. Od Lourdes nie da się zdystansować, odgrodzić. Nie da się tam być po prostu turystą, konsumentem wrażeń. Jadąc tam, doskonale zdawałem sobie z tego sprawę i nie walczyłem z tym. Można Lourdes nie zrozumieć, przyjąć wobec niego postawę skrajnej wrogości – tak jak uczynił Emil Zola – ale obojętność absolutnie nie wchodzi w grę. Czasy, gdy był to jedynie urokliwy punkt na wycieczkowej mapie wielu osobistości początku XIX stulecia – m.in. George Sand – nieodwołalnie skończyły się w 1858 roku.

Lecz to już temat na szerszą opowieść. Tutaj pokusiłem się zaledwie o garść spontanicznych migawek.

Polecam również