Kto latał nad kukułczym gniazdem

No więc umarł Milos Forman. Nie będę ukrywał, że dla mnie jest on przede wszystkim reżyserem „Lotu nad kukułczym gniazdem”, choć oczywiście widziałem też „Amadeusza” i „Skandalistę Larry’ego Flynta”. Europejskiej części formanowskiego dorobku niestety nie znam. Nie wykażę się też zapewne specjalną oryginalnością, jeżeli stwierdzę, że ten film wywarł na mnie ogromne wrażenie. No bo wywarł. A jeszcze większe wywarła powieść Kena Keseya, którą zaraz po jego obejrzeniu przeczytałem, by skonfrontować obie wizje. Dziś, paręnaście lat później, trochę mi się, przyznam, ze sobą zlewają.

Mam, rzecz jasna, świadomość podstawowej różnicy polegającej na tym, że w powieści głównym bohaterem, czy może raczej przewodnikiem po świecie przedstawionym, był Indianin-niemowa Wódz Bronden. U Keseya to on jest pierwszoosobowym narratorem i to z jego perspektywy poznajemy McMurphy’ego. Forman to właśnie McMurphy’ego uczynił centralną figurą, wyposażając go w sugestywną powierzchowność Jacka Nicholsona. Co jest w pełni zrozumiałe zarówno z punktu widzenia filmowego warsztatu, jak i pełnionej przez McMurphy’ego funkcji wichrzyciela, którego należy wysunąć na front, by uwypuklić rewolucyjną wymowę historii.

Pewnego razu na zajęciach u doktor H zagaiłem rozmowę o Keseyu i wywołałem u niej niepomierne zdumienie faktem, że „Lot…” mi się spodobał. Nie pasowało jej to do mojego obrazu. Jako zdeklarowanej lesbijce i żarliwej głosicielce teorii gender, która to wówczas szturmem wdzierała się na Uniwersytet Warszawski, nie mieściło jej się w głowie, że ktoś taki jak ja może zrozumieć, a co dopiero przyjąć wolnościowe przesłanie Keseya. Nieco wcześniej oddałem jej pracę zaliczeniową, w której wykazywałem, że Różewicz jest poetą apofatycznie chrześcijańskim. Uważam tak zresztą nadal, choć to temat na inną okazję.

Dziś nie jestem do końca pewien, czy rzeczywiście aż tak dobrze keseyowskie przesłanie zrozumiałem. Mój ówczesny zachwyt miał w gruncie rzeczy źródło bardziej estetyczne, niż ideowe. Miałem wtedy istnego hopla na punkcie hipisów, amerykańskiej kontrkultury lat 60, Kerouaca, Hendrixa i pomalowanych w psychodeliczne plamy autobusów. Nie wgłębiałem się jednak zbytnio w sens tego wszystkiego. Podobało mi się i to mi wystarczyło. Choć też nie było do końca tak, że treść traktowałem per noga.

Oczywiście byłem całkowicie świadom, że oddział psychiatryczny to uniwersalna metafora totalitaryzmu. Siostra Ratched stanowi uosobienie dyktatora, a poddani jej „czułej” opiece pacjenci to społeczeństwo – każdego dnia ogłupiane, tłamszone, poddawane morderczej rutynie, pozbawiane resztek energii niezbędnej do wzniecenia buntu. I oto zjawia się on – rudowłosy, pełen wigoru, niepokorny, bezczelny, z ciałem noszącym ślady licznych bójek i, o ile dobrze sobie przypominam, w bokserkach w białe wieloryby. Czyli po prostu zbawca, który podniesie sterroryzowany lud i rzuci wyzwanie opresyjnej władzy.

McMurphy, jak każdy dobry tragiczny bohater, oczywiście na końcu musi przegrać. Zostaje więc poddany lobotomii, czyli pozbawiony indywidualności, co w efekcie skazuje go na los „warzywka” – najbardziej bezwolnego rodzaju pacjenta na oddziale. Jednak jego przykład owocuje. Indianin-niemowa, symbolizujący pozbawione głosu, uciskane masy, wyrywa ze ściany ciężką baterię, której wcześniej nie podołał McMurphy, i wydostaje się na wolność. Wszystko tu jest dość jasne i czytelne. W tym kluczu zresztą podobno omawia się „Lot…” w amerykańskich szkołach.

Tylko sęk w tym – i właśnie tu tkwiło sedno zaskoczenia wyzwolonej doktor H – że Kesey, zresztą podobnie jak ekranizujący go Forman, opowiadał swą historię w nader konkretnym kontekście społeczno politycznym, w myśl konkretnego ducha. Dla Keseya był to lewicowy duch dzieci kwiatów palących książeczki wojskowe, dla Formana – odreagowanie potwora realnego komunizmu, spod którego wszechwładzy się wyrwał i który, jak każda spełniona utopia, dawno zapomniał, z jakich korzeni wyrósł. A przecież – o, ironio! – były dokładnie takie same jak te, w imię których Kesey kontestował amerykański styl życia.

Dla mnie ten duch nigdy nie przedstawiał szczególnego znaczenia. Najpierw dlatego, że, kolokwialnie ujmując, go nie łapałem i brałem z niego jedynie wizualną otoczkę, a później, bo – nie bez pewnych oporów, muszę tutaj uczciwie przyznać – zacząłem pojmować jego mroczną stronę. Ale na szczęście dzieła kultury mają do siebie to, że przerastają własnych twórców, a spektrum przesłań, jakie można z nich wywieść i wziąć dla siebie, sięga o wiele szerzej, niż konkretne uwarunkowania, w jakich dany film czy książka powstały. To dlatego piszę o uniwersalności zawartych w „Locie…” metafor.

Bo tak naprawdę przecież chodzi tu o wszelką formę opresji i każdy opór wobec niej. Nie tylko ten lewicowy wobec konserwatywnych norm i petryfikującej je władzy, ale również na odwrót. No bo zastanówmy się, kim byłby dzisiejszy McMurphy. Czy aby nie zamieniłby się na miejsca z faszystką Ratched? Czyż to właśnie nie pogrobowcy ideologii Keseya tworzą trzon obecnego establishmentu, który nadaje ton i bezlitośnie zwalcza każde odchylenie? Czy nie oni każdego „wichrzyciela” walą w łeb pałką nacjonalizmu, populizmu, ksenofobii?

Pokolenie Keseya uczyniło z kategorii wolności złotego cielca. Egzaltowało się nim aż do granic zdrowego rozsądku, a niekiedy także i poza nimi, gdy na przykład w imię świętego anarchistycznego buntu przeciwko mitycznemu Systemowi rozwalało sobie mózgi kwasem LSD, chlało do upadłego i zatracało się w orgiach seksualnych. Wypalenie przyszło dość szybko, jednak raz przywołany bożek nigdy tak łatwo nie odpuszcza, a w końcu zawsze okazuje swe prawdziwe oblicze. Na przykład kiedy w imię wolności i niedyskryminowania banuje się książki, zakazuje „niepoprawnych” reklam albo wycina aktorów z filmów.

Kilka lat temu przypadkowo dowiedziałem się, że doktor H nie żyje. Najprawdopodobniej popełniła samobójstwo w areszcie śledczym na Grochowie. Była podejrzewana o gwałt na nieletniej uczennicy oraz hodowanie konopi indyjskich. Nie wnikam, ile prawdy jest w tych doniesieniach, odnotowuję jedynie to, co wygrzebałem wówczas z enigmatycznych notek w prasie i sieci. Właśnie wtedy po raz pierwszy od bardzo dawna pomyślałem o „Locie nad kukułczym gniazdem” i o tym, że pokręciłaby nosem, gdyby usłyszała moją interpretację.

Teraz śmierć Formana na nowo uświadomiła mi, że mimo wszystko pozostał we mnie jakiś niewytłumaczalny sentyment zarówno do tej opowieści, jak i do epoki, której nieodrodnym dzieckiem jest. To chyba taki typowy sentyment za piękną baśnią, która przecież nie mogła się urzeczywistnić, bo – jak każda baśń – już od samego początku miała w sobie zatrute ziarna.

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.