Tajemnica lotu Aer Lingus 164

Usłyszałem o tym kilka lat temu. Na którymś z kanałów popularnonaukowych pokazano film dokumentalny poświęcony tej niezwykłej sprawie. Nigdy później nie natknąłem się na żadne wzmianki na jej temat i w końcu zapomniałem o niej tak, jak się zapomina o setkach innych ciekawostek, które na chwilę przykuły uwagę i roznieciły ciekawość, by już następnego dnia odpłynąć w mrok historii. Jednak od pewnego czasu znów nie daje mi spokoju. Postanowiłem więc sprawdzić, czego uda mi się dowiedzieć.

Być może pisanie tutaj o tajemnicy jest pewnym nadużyciem. Wszystkie okoliczności zostały wyjaśnione, a przestępca – ujęty, osądzony i ukarany. Co więcej powód, dla którego poważył się na swój desperacki czyn, też już nie stanowi żadnej zagadki. Można by się wręcz posunąć do kolokwialnego stwierdzenia, że skórka – w tym wypadku pięcioletni wyrok – nie okazała się warta wyprawki. Ale czy na pewno?

Porwanie

Sobota 2 maja 1981 roku. Boeing 737 irlandzkich linii Aer Lingus (obecnie drugiego co do wielkości przewoźnika po Ryanair) wystartował w zwykły rejs z Dublina do Londynu. Lotem dowodził kapitan Edward Foyle. Ogółem na pokładzie znajdowało się dziesięcioro członków załogi i stu trzech pasażerów. Wśród nich również Terry McCormack i jej kilkuletnia córka. Zajęły miejsca w sekcji dla palących. Na fotelu obok nich usiadł elegancko ubrany siwowłosy mężczyzna z ogorzałą twarzą i aktówką. Mc Cormack powiedziała później reporterowi irlandzkiej telewizji RTE Eddiemu Barrettowi, że wyglądał jak dobrze sytuowany biznesmen.

Opowiedziała też, że był bardzo, ujmująco wręcz miły dla niej i jej córki. Małą zagadnął, czy już kiedyś leciała samolotem i czy się nie boi. Gdy odparła, że tak, pochwalił, że wytrawna z niej podróżniczka. Kiedy stewardessy zaczęły rozwozić posiłki i napoje, podał paniom ich szklanki, sam zaś zamówił brandy. Później zapalił cygaro, sięgnął do teczki i wyciągnął z niej jakieś notatki, które zaczął przeglądać. Tak upłynął prawie cały lot. Wreszcie z głośników rozległ się głos Foyle’a obwieszczający, że zbliżają się do Londynu. Wówczas tajemniczy pasażer wstał i udał się na tył maszyny. Zapewne do toalety – pomyślała bez większego zainteresowania McCormack.

Zobaczyła go chwilę później, jak szedł środkiem samolotu prosto do kokpitu. Całe ubranie miał czymś oblane. Roztaczał wokół siebie odór benzyny, a w ręku trzymał zapalniczkę. Niezatrzymywany przez wystraszone i zdezorientowane stewardessy wdarł się do kabiny pilotów i zażądał, by natychmiast lecieli do Teheranu, bo w przeciwnym razie się podpali. Foyle relacjonował później Barrettowi, że miał ze sobą też niewielką buteleczkę i twierdził, że zawiera ona cjanek.

Dlaczego akurat Teheran? Wedle niektórych źródeł porywacz utrzymywał, że chce ludziom w Iranie przekazać coś w rodzaju sporządzonej przez siebie konstytucji lub manifestu. A może po prostu dlatego, że w owym czasie, tuż po islamistycznej rewolucji Chomeiniego i kryzysie związanym z zajęciem przez radykalnych studentów amerykańskiej ambasady, to robiło największe wrażenie. Foyle zachował zimną krew i odparł, że na tak długi lot nie wystarczy im paliwa. Porywacz zgodził się na lądowanie we Francji i zatankowanie. Zetknąłem się też z wersją, że to on sam domagał się uzupełnienia paliwa przed udaniem się do Iranu.

Niezależnie jak było naprawdę, boeing skierował się na niewielkie lotnisko Le Touquet w Normandii. W międzyczasie w stan gotowości została postawiona francuska policja i służby medyczne, a na miejsce udał się irlandzki minister transportu Albert Reynolds.

Manifest

Choć dostępne w sieci materiały różnią się co do drobnych szczegółów, z wszystkich wyłania się obraz Reynoldsa jako męża opatrznościowego. Pomimo iż wymuszony przez porywacza postój na La Touquet trwał około ośmiu godzin, a Reynolds przybył dopiero po sześciu, zgodnie podkreśla się jego niezwykłe zaangażowanie w negocjacje. On również witał osobiście uwolnionych zakładników i roztaczał nad nimi parasol swej nieco rubasznej opieki podczas składania nocnych zeznań i w drodze powrotnej do ojczyzny.

Być może uda się to lepiej zrozumieć, jeżeli zważymy na tło. A składa się na nie zarówno fala politycznego terroru, wstrząsającego zachodnią Europą w latach 70, jak i specyficzna pod tym względem sytuacja w samej Irlandii. Właśnie w tych dniach trwał strajk głodowy kilkunastu odsiadujących wyroki za terroryzm członków IRA i INLA. Stanowił on kulminację protestów osadzonych bojowników tychże organizacji, które przetaczały się przez irlandzkie zakłady karne od czasu, gdy sześć lat wcześniej brytyjski rząd cofnął im specjalny status więźniów politycznych. Jednym z głodujących był 24-letni Bobby Sands, ikona tego buntu, który zmarł trzy dni po porwaniu Aer Lingusa 164.

Wróćmy do sedna. Negocjacje odniosły skutek o tyle, że porywacz uwolnił prawie wszystkich zakładników. Ujawnił również swój prawdziwy motyw, którym bynajmniej nie była podróż do Iranu. W pewnym momencie wręczył Foyle’owi kartki – te same, które wcześniej widziała Terry McCormack – i kazał wyrzucić je przez otwarte okno kokpitu na płytę lotniska. Było to w sumie dziewięć stron zawierających manifest oraz żądanie jego publikacji w irlandzkim „Independent”. Co ciekawe, tekst nie miał politycznego charakteru, lecz religijny. Autor snuł w nim swoje spekulacje odnośnie Trzeciej Tajemnicy Fatimskiej i domagał się od Jana Pawła II jej upublicznienia.

Trudno tu oszacować, na ile ten temat rozpalał wtedy wyobraźnię poszukiwaczy sensacji. Od ujawnienia dwóch poprzednich minęło czterdzieści lat, a treść trzeciej znał tylko papież i krąg jego najbliższych współpracowników. Desperat, który – jak utrzymywał – gotów był zginąć w płomieniach i pociągnąć za sobą wielu niewinnych ludzi, żeby ujrzała światło dzienne, żywił przekonanie, że objawienie zawiera przepowiednię nuklearnego holokaustu, którego sprawcą ma być sam szatan; a co więcej, że już dziś posiada on swoich wiernych czcicieli na szczytach kościelnej hierarchii i że niszczą oni Kościół od środka.

Vincent Doyle, naczelny „Independent”, zgodził się na druk. Od razu po wyrzuceniu kartek z samolotu tekst został przesłany teleksem do redakcji. Jednak w międzyczasie oddziałowi antyterrorystycznemu udało się dostać do środka i obezwładnić napastnika. By odwrócić jego uwagę, podstawiono na pas startowy karetkę mającą zabrać z pokładu kobietę, która źle się poczuła. Mężczyzna był kompletnie zaskoczony. Nie stawiał oporu przy aresztowaniu. Nie padł ani jeden strzał. Nikt nie został ranny.

Co więcej – jak Reynolds relacjonował później Barrettowi – okazało się, że fiolka, w której według słów porywacza miał być cyjanek, zawiera odrobinę wódki i tabletki sanitarne. Benzynę mógł wnieść na pokład, bo – jak wyjaśniał dalej Reynolds – jest to jedna z tych potencjalnie niebezpiecznych substancji, której nie wykrywają lotniskowe skanery. Cóż, to był początek lat 80.

Napastnik

Ale kim był człowiek, który na kilka godzin skupił na sobie uwagę mediów? Nazywał się Laurence James Downey i w chwili, gdy wsiadał na pokład boeinga, miał pięćdziesiąt pięć lat. W trakcie przesłuchań zeznał, że urodził się w Australii. Ustalono, że przed wyjazdem, a raczej ucieczką do Europy, był tam poszukiwany przez policję za oszustwa finansowe na duże sumy. W latach 50 wstąpił do zakonu trapistów i przebywał w opactwie Trzech Fontann w Rzymie – znanym między innymi z hodowli owiec, których wełna jest wykorzystywana do tkania biskupich paliuszy. Władze zakonu potwierdziły ten fakt. Podobnie jak to, że Downey został ze zgromadzenia wydalony po uderzeniu w twarz przełożonego.

Jego dalsze losy też rysują się burzliwie. Pracował między innymi na statkach handlowych, był najemnikiem, trudnił się zawodowym boksem, prowadził szkołę językową, a nawet udało mu się ożenić i dochować się piątki dzieci. Mimo to w Irlandii, gdzie w końcu osiadł, czuł się wyobcowany. W swoich pismach utrzymywał, że nie czuje się już Australijczykiem, ale nowa ojczyzna również go nie zaakceptowała. Jednak dla naszej historii najciekawszy jest epizod jeszcze sprzed osiedlenia na wyspie. Otóż Downey pracował jako przewodnik turystyczny w Portugalii. A konkretnie w sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej.

Czy właśnie tam rozwinęła się jego fascynacja objawieniami? Nie da się tego jednoznacznie orzec. Downey w swoim manifeście pisał, że już odkąd skończył osiem lat, miał bardzo silne poczucie, że jego losem kieruje nadprzyrodzone przeznaczenie. W klasztorze ukształtowała się jego obsesja na punkcie proroctw i wizji. Sam rzekomo również ich doświadczał. Między innymi mieli mu się ukazać ojciec Pio i papież Jan XXIII. Obaj już nie żyli, a Downey jakoby pojął, że chcą mu dać do zrozumienia, że to na nim spoczywa obowiązek ujawnienia światu prawdy.

W 1983 roku został skazany na pięć lat więzienia, które miał odsiedzieć we Francji. Jednak zwolniono go po szesnastu miesiącach i deportowano do Australii. Jakikolwiek ślad po nim – przynajmniej wirtualny – urywa się gdzieś w drugiej połowie lat 90. Miał wówczas mieszkać niedaleko Perth. Nie udało mi się ustalić, co w tym czasie robił, ani czy nadal żyje.

Choć nie da się oczywiście wykluczyć, że nie drążyłem dostatecznie głęboko.

***

Zdjęcie pochodzi z archiwów RTE. Poza tym korzystałem głównie z tych materiałów: klik, klik i klik.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również