Linie na mapach

Nagła wiadomość od S. Zaskoczenie dubeltowe, bo raz, że z Ukrainy, a dwa, że nic o wojnie. S to mój kolega z czasów studiów. Poznaliśmy się w Centrum Informatycznym Uniwersytetu Warszawskiego, dokąd wpadałem posurfować po necie w okienkach między zajęciami. S już wtedy miał ciągoty do ambientu. Zbierał stare syntezatory i komponował na nich długie suity, które wypalał na płytach z ręcznie robionymi okładkami. Podarował mi jedną. Chyba ciągle ją gdzieś mam. Potem nasz kontakt się urwał, a gdy kilka lat temu ponownie go nawiązaliśmy, S był już na dobrej drodze do zostania zawodowym muzykiem, choć – jeżeli dobrze pamiętam – na co dzień pracował w sklepie z rowerami.

Teraz też nie gadaliśmy o niczym szczególnym. Wiadomo, jak to na fejsie. W końcu to ja nie wytrzymałem i rzuciłem: jak tam u was? „Wojna” – odpisał. Bardzo wam daję w kość? – nie odpuszczałem. „Nic już nie będzie jak kiedyś”. S mieszka na zachodzie Ukrainy, przy granicy z Polską, więc działania wojenne – których przecież oficjalnie nie ma, bo rozejm – na razie go bezpośrednio nie dotyczą. Na razie. Czat jakoś w ogóle nam się nie kleił. Coś tam plotłem, że dużo o nim myślałem w trakcie trwania Majdanu, że Europa jak zwykle modelowo dała dupy. Nie odniósł się. Wyrosła między nami niewidzialna bariera. Może to kwestia akcydentalności internetowych rozmów, która nie sprzyja wnikliwym spojrzeniom, a może jednak coś więcej. Jakkolwiek by było, owa z pozoru mało istotna, do cna zużyta fraza „już nigdy nie będzie jak kiedyś” całkowicie zdeterminowała nam pole dyskursu.

Zrozumiałem, jak to jest, gdy syty przekonuje głodnego, że ma jakie takie pojęcie o ssaniu w brzuchu, bo raz nie zjadł śniadania. Czego bym nie powiedział, jak bardzo nie wpierał – jemu i sobie – że wciąż łączy nas dawna kumpelska więź z uczelni, nie byliśmy równi. Już zaczęła się kształtować relacja hierarchiczna. On, czyli ten gorszy, podbijany i gwałcony świat, który zachodni politycy traktują jak irytującą przeszkodę w konsumpcji. I ja, który w dobrach tejże partycypuje.

mar_5

Od razu nasunęło mi się to wstrząsające zdjęcie z pierwszego bombardowania Mariupola. To, na którym widać zwykłe blokowisko i zaparkowane samochody w kłębach ognia i dymu. Tak, normalne bloki, podobne do tych, które codziennie oglądam przez kuchenne okno. A więc i w takie miejsce może spaść rakieta! Potencjalnie mogę wyjść rano z psem, wymienić zdawkową uprzejmość z sąsiadem z naprzeciwka, a chwilę później zmienimy się w organiczne kleksy na chodniku. Nieszczęście mieszkańców tamtych bloków i właścicieli tamtych aut polegało na tym, że tarasowali szlak na Krym.

Któregoś dnia i my możemy stać się taką zawalidrogą. Nasz status beneficjentów zachodnich dóbr jest w gruncie rzeczy nie mniej kruchy niż przeświadczenie Ukraińców – do niedawna z grubsza uzasadnione – że mogą zaparkować wóz pod klatką i nie zdezintegruje go pocisk. Ja i S płyniemy tak naprawdę na tej samej łódce. Kiedy przyjdzie co do czego, Europa i w naszym przypadku da dupy. Zawsze znajdzie się jakaś furtka, żeby artykuł piąty nie mógł zadziałać – a choćby i chwilowy brak paliwa do czołgów, a co, bundeswera i tak już w opłakanym stanie. Zachód adoptował nas niczym dickensowskiego ubogiego krewniaka, ubrał, trochę wyżywił, ucywilizował, ale teraz, sorry Gregory, radźcie se sami, jak tam umiecie, leśne ludki. My zaś tymczasem zajmiemy stanowisko i wyrazimy potępienie.

To dla nich żaden problem. Ot, kwestia przesunięcia linii na mapie. Najpierw, tak dla zasady, nieco prężenia muskułów. A potem, gdy sytuacja okrzepnie, pogodzenie się z nowym status quo. Ostatnio prezenter CNN wyjaśniający amerykańskim widzom, o co chodzi w konflikcie, posłużył się mapą, na której Ukraina stanowiła już część terytorium Rosji. To żaden problem, prawda? Fatalny błąd – mówili – nieporozumienie, zwolnić grafika! Dziś może jeszcze tak, a co jutro?

Koniec mrzonek o wielkim wspólnym domu. Ma być koncert mocarstw, ma wrócić XIX wiek – słabi zostaną zmiażdżeni, a silni narysują nowe mapy. Może dzisiaj jeszcze nie całkiem w to wierzą. Są niczym oswojone lwy, które ślinią się ze wstydu na samą myśl o swojej porywczej naturze i w zakłopotaniu podkulają ogon, kiedy ta natura podpowiada im, że mogą skoczyć do gardeł, rozerwać tętnice, pić krew. Lecz przecież o tym śnią. Budzą się z monstrualną erekcją, nie mogąc sobie przypomnieć, co ją wywołało. Ale to uczucie, to euforyczne drżenie, ono tak łatwo nie zamilknie. Aż któregoś dnia usłyszą ryk lwa, który nigdy nie dał się zagłaskać. I to będzie sygnał. Zrozumieją, że są takie same. I podążą za tym głosem. Bo jak długo można się opierać genom?

Jedyne, co pozostaje, to – no cóż – po prostu normalnie żyć, jak długo się da. Dalej siedzisz w muzyce? – upewniam się, jakby od tego miało cokolwiek zależeć, jakby pomogło zasypać ten rów między nami. „Gram w zespole. Taki tam pop-rock. No i sam coś komponuję.” I na tym kończymy. W ciszy, która zapada po zamknięciu okienka czatu, tli się nikła nadzieja, że może kiedyś się spotkamy. Pośmiejemy się z nowych miłosnych podbojów Piotrka W, posłuchamy jakiejś fajnej alternatywy.

Kiedy pisałem ten tekst, jak grom z jasnego nieba dotarła do mnie wiadomość o zastrzeleniu rosyjskiego dysydenta Borysa Niemcowa. Michał Kacewicz napisał na swoim profilu na fb, że jeszcze dziś rano kończył z nim telefoniczny wywiad. W niedzielę ma być antyputinowska demonstracja, na którą się przygotowywał. „Nie będzie go na niej. Kremlowskie SA było pierwsze” – konkluduje Kacewicz. Znam sylwetkę Niemcowa z książki Walerija Paniuszkina. Kartografowie nowego porządku nie cofną się przed niczym. Kwestia tylko, ilu ich dorwie się do mapy. Tak, ja i S płyniemy na tej samej łódce, choć chwilowo w różne strony.

Polecam również

  • Nie masz racji co do Zachodu, bo my już jesteśmy jego częścią. Ukraina jest jak kiedyś Polska. Mocno zrusyfikowana i skorumpowana niesłychanie. Polska to już inna część świata.

    • Marcin Królik

      Jak to mówi pewna dykteryjka: Rosjanin i Francuz przyjeżdżają do Warszawy i obaj czują się jak u siebie w domu. Polacy na pewno czują się częścią Zachodu, cywilizacyjnie i kulturowo też od dawna jesteśmy w tej strefie – co do tego nie ma sporu – pytanie tylko, czy Zachód patrzy na nas tak samo. W sytuacji kontynentalnego konfliktu, w jaki wojna na Ukrainie może się jednak przerodzić, przyjdzie czas podliczenia, kto naprawdę swój. Jak na razie zostaliśmy pięknie i w białych rękawiczkach odsunięci od decydowania o polityce wschodniej UE. To budzi obawy, co się stanie, gdyby Putin rzeczywiście zaczął zdradzać nadmierny apetyt na dawne „bratnie narody”. Osobna rzecz to sam Zachód i to, na ile on jest TYM Zachodem, który zwykliśmy pod owo pojęcie podstawiać. Ale to już temat na osobną dyskusję.

  • Paweł

    Fajną muzykę tworzy ten twój kolega – dla mnie rewelka 🙂

  • Serge Fridd

    Dzięki za wszystko stary. Kiedyś na pewno się spotkamy

    • Marcin Królik

      Trzymaj się tam. Szkoda tylko, że jedyne, co mogę dla Ciebie – dla was – zrobić, to opublikować wpis na blogu. A czy pod Brukselą, czy pod Moskwą musimy się spotkać i obgadać starych kumpli.