Leszek Żebrowski o Powstaniu Warszawskim

No więc, tak jak już pisałem, byłem na tej promocji książki Leszka Żebrowskiego w Domu Dziennikarza przy Foksal. Książka nosi tytuł „Warszawa 44 Krew i Chwała”. Nie jest jednak kolejną pozycją stricte historyczną, a raczej próbą analizy tego, jak Powstanie Warszawskie funkcjonuje w rozmaitych narracjach publicystycznych i politycznych. Jak czytamy w opisie: „Coraz częściej ze strony jego krytyków padają argumenty, które nie są wprawdzie nowe, ale są w nowy, uwspółcześniony sposób wykorzystywane.” W dyskusji obok autora brał też udział Stanisław Michalkiewicz oraz Jacek Stykowski.

Tu od razu trzeba nadmienić, że właśnie obecność Stykowskiego – doproszonego zresztą w ostatniej chwili w zastępstwie prof. Jana Marka Chodakiewicza – nadała spotkaniu dość szczególnego emocjonalnego wymiaru. To jego ojciec Wacław, czyli kapitan „HAL”, stał się swego czasu celem oskarżeń o dokonywanie pod osłoną powstańczego chaosu mordów na Żydach. Oskarżenia te formułował między innymi związany z „Gazetą Wyborczą” publicysta Michał Cichy oraz słynna tropicielka polskiego antysemityzmu Barbara Engelking. Według Żebrowskiego sprawa „HALA” to wręcz emblematyczny przykład tego, jak niepotwierdzone półprawdy i uprzedzenia wykorzystywane są do oczerniania powstańczego etosu.

No tak, ale zaczyna mi się jakoś zbytnio gazetowo robić. A przecież konwencja osobistego dziennika wymaga, bym napisał kilka słów o moich oczekiwaniach, tudzież powodach, dla których mimo upału i tłoku na sali zdecydowałem się tam być, zamiast po prostu obejrzeć transmisję online. Cóż, żadna wielka ideologia się za tym nie kryje. O imprezie wiedziałem od prawie miesiąca i nie chciałem jej przegapić. Gdybym został w domu – co, nie powiem, korciło – zapewne zwyciężyłoby wrodzone lenistwo i zapis wideo trafiłby do przegródki „na później”, w której tkwi już od groma różnych „pilnych” rzeczy.

Poza tym usiłuję walczyć z moim brakiem wrażliwości na historię. Owa przypadłość jest, jak podejrzewam, efektem tyleż indywidualnych uwarunkowań, co piętnem epoki. Jako dziecko lat 90. wychowywałem się w swoistej historycznej próżni. Historia miała się przecież raz na zawsze skończyć, a liczyć się miała jedynie przyszłość. Przesiąkłem tym językiem. Był dla mnie zupełnie naturalny. I choćbym dziś nie wiem jak go krytykował, nie mogę zaprzeczyć, że silnie na mnie wpłynął.

Wpływ ten objawia się również w moim stosunku do Powstania Warszawskiego, który długo był… właściwie nijaki. Przyjmowałem je jako fakt, mniej więcej orientowałem się w kłótniach toczonych przez jego zwolenników i przeciwników, jednak nie odczuwałem potrzeby zajęcia własnego stanowiska. Więcej: im bardziej w ostatnich latach rozkręcał się spór wokół niego, im częściej słyszałem, że ktoś gdzieś buczał, im usilniej poszczególne obozy wciskały nam, że Powstanie było albo koniecznością albo głupotą, tym skuteczniej działał mój mechanizm obronny, który zawsze się włącza, gdy czuję blagę. A niech się żrą. Co mi do tego? Ja sobie obejrzę film.

Zwłaszcza że nie żywiłem żadnych złudzeń co do na wskroś współczesnych, napędzanych polityczną wścieklizną intencji tych awantur. Tak, na prawicy też. Choć będę się upierał, że – niezależnie od zastrzeżeń Żebrowskiego do Zychowicza czy innych podobnych polemik – tylko tam trwa autentyczna, mająca jakikolwiek sens dyskusja. Strona liberalno-lewicowa ze swą obsesją na tle nacjonalizmu, gotowa posunąć się w niej nawet do takich absurdów jak przekonywanie, że rozbiory były dobre, bo zapewniły nam cywilizacyjny skok, nie może być traktowana poważnie.

I tutaj powracamy do Żebrowskiego. Spotkanie otworzył jego wydawca – Jarosław Kornaś z Capital Book. Zaczął od zwrócenia uwagi, jak Powstanie było prezentowane w powojennej kinematografii. Mnie najbardziej zafrapowało, co mówił o „Kanale” Andrzeja Wajdy. A mówił między innymi, że Wajda nie tylko pokazał bezsens powstańczych walk, ale że przerysował niektóre postacie, co dodatkowo odarło jego film z realizmu. Z kolei to, że nie pojawili się w nim dzielni komuniści, należy zawdzięczać chyba głównie odwilżowemu klimatowi ’56 roku.

Ja „Kanał” widziałem jak dotąd tylko raz, bodaj ze dwanaście lat temu. Na pewno zgadzam się z Kornasiem odnośnie odrealnienia. Oglądając go, rzeczywiście ma się poczucie, że to bardziej opowieść alegoryczna, zuniwersalizowana, niż zapis konkretnego miejsca i czasu. Tylko czy to ma świadczyć na jego niekorzyść? Nie jestem przekonany. Czy zastosowane przez Wajdę zabiegi podważają sens powstania? Raczej powiedziałbym, że wpisują się w nieśmiertelną debatę o polskim romantyzmie, która sama w sobie wykracza przecież poza ten czy inny układ polityczny.

Tutaj przecież nawet Żebrowski nie był tak jednoznacznie proromantyczny, jak mogłoby się wydawać komuś, kto jedynie pobieżnie śledzi jego publicystykę. Nie negował ani słabego przygotowania, ani nieudolności kadry dowódczej, jednak zaakcentował przy tym coś, co zwykle rozgrzanym głowom umyka. A mianowicie, że to powstanie nie było obliczone na zwycięstwo. To był raczej odruch desperacji ludzi, którzy mieli już dosyć życia w niewoli i upokorzeniu. Bardziej więc należałoby się odwoływać do psychologii, niż do romantyzmu. Po prostu istnieje próg wytrzymałości, po przekroczeniu którego nie można już pozostać biernym i trzeba zrobić cokolwiek.

Do mnie takie wyjaśnienie, przyznam, bardzo trafia. To trochę jak z przemocą w rodzinie. Do pewnego momentu można potulnie znosić wybryki domowego tyrana. Żona zakłada ciemne okulary i golfy, żeby nie było widać sińców. Dzieci kłamią w szkole, że spadły ze schodów albo wdały się w bójkę na podwórku. Lecz przychodzi taki wieczór, kiedy Pan i Władca wypija o jedno piwo za dużo i o jeden raz za dużo uruchamia pięści. I wtedy żona bierze patelnię albo garnek z zupą i rozwala sukinsynowi łeb.

Otóż według Żebrowskiego ta masa krytyczna została osiągnięta właśnie w 1944 roku. Na dowód przypomniał dwa inne momenty, kiedy ważne figury życia publicznego nawoływały do zbrojnego oporu, a mimo to ludzie za nimi nie poszli. Pierwszym był rok 1914 i nieudana próba wzniecenia przez Piłsudskiego powstania w Kongresówce. Drugim – mniej znanym, jak zaznaczył Żebrowski – były apele internowanego w stanie wojennym Jacka Kuronia, by czynnie przeciwstawić się komunistom. Czemu wtedy się nie udało? Czy ludzie nie chcieli wolności? Nie, po prostu nie czuli, że nadszedł odpowiedni czas. Ma to sens.

A tragedia Warszawy była w ocenie Żebrowskiego tym większa, że w zasadzie już od chwili wybuchu powstania działała niemiecka machina propagandowa. Pisano, że Polacy sami są sobie winni, że zostali zmanipulowani i podburzeni przez nieodpowiedzialnych przywódców itp. Czyli – jak to nie mogąc powstrzymać emocji skonkludował Żebrowski – ofiara miała się czuć winna, że się broniła, zamiast posłusznie dać się zgwałcić lub okraść. A co gorsza, ta narracja szła zarówno z Niemiec, jak i z ZSRR, stopniowo, z biegiem lat, utrwalając się jako chętnie podchwytywany i udoskonalany przez różnych etatowych odbrązawiaczy polskości dogmat.

Z kolei Stanisław Michalkiewicz przytoczył fragment z dzienników Goebbelsa z 16 sierpnia 1944 roku, w którym ten pisze, że sprawa jest załatwiona, a Stalinowi udało się najniższym kosztem „skatynizować” polską arystokrację i obóz narodowo-patriotyczny, o co zapewne od początku chodziło. Owo „skatynizowanie” miało zaś polegać na umiejętnym podsycaniu nastrojów antyniemieckich, żeby popchnąć Polaków do wyniszczającej partyzanckiej wojny i osłabić ich na poczet ewentualnej konfrontacji z Sowietami. Miano to zresztą zaplanować już rok wcześniej.

Jak to ujął Michalkiewicz – a wszyscy raczej się z nim zgodzili, więc też i ja pozwalam sobie uczynić z tego puentę – należy ściśle oddzielić ocenę poczynań polityków od żołnierzy. Oni zasługują na najwyższe uznanie, gdyż dostali rozkaz praktycznie niewykonalny, a mimo to przez ponad dwa miesiące próbowali go wykonać. Przy okazji dostało się mocno rządowi w Londynie, który w opinii Michalkiewicza nie miał wpływu na wiele spraw, jednak na decyzję o wybuchu powstania już tak. Mimo to wolał zrzucić ją na niemające rozeznania w sytuacji międzynarodowej podziemie.

Co do mnie, to z nieufności wobec wielkich gestów chyba już nigdy się nie wyleczę. To coś z gruntu gombrowiczowskiego, jakaś może nieco chorobliwa nadświadomość formy. Stając w godzinę W na baczność czy schylając głowę, czułbym się skrępowany, nie do końca u siebie. Dlatego tym bardziej cieszę się, że jednak zebrałem tyłek i pojechałem. To były takie na moją miarę skrojone obchody rocznicowe. Ci ludzie – zarówno cywile, jak też żołnierze – zasługują na pamięć. Ale też na to, by bronić ich przed manipulacjami.

Nie będę się bawił w pseudomoralistykę pokroju Zandberga i wskazywał, kto ma prawo dziś nosić powstańczą opaskę, a kto nie. Nie moja to rzecz, nie czuję się kompetentny. Możemy się kłócić, lecz podważanie sensu tego, co się wydarzyło 74 lata temu, nie leży już w naszej mocy. Obyśmy nigdy nie musieli doświadczyć tego rodzaju desperacji. Wiem, banalna myśl, ale na nic oryginalniejszego mnie nie stać.


Fot: screeny wRealu 24/YouTube


A tu zapis całego spotkania.

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.