Kultura

Lekcja umierania według Annie Ernaux

Zaskakująco mało informacji można znaleźć w polskim Internecie o Annie Ernaux. Sieć francusko- oraz anglojęzyczna jest zdecydowanie bardziej rozmowna. Ernaux nie należy może do ekstraklasy francuskich pisarzy, niemniej – jak wynika z licznych, rozsianych po różnych stronach artykułów na jej temat – cieszy się estymą. W 1984 roku jej mikropowieść „Miejsca” otrzymała Prix Renaudot – wyróżnienie uważane za nieomal równe Goncourtom. „Miejsca” to – o ile udało mi się ustalić, choć mogę się mylić – jedyna wydana w Polsce książka Ernaux. Ukazała się nakładem PIWu pięć lat po oryginalnej premierze.

Ernaux uprawia prozę ostatnimi czasy coraz mi bliższą – głęboko konfesyjną, wywiedzioną z własnych doświadczeń. Jej wybór należy do najradykalniejszych, gdyż w większości swoich utworów, w których nie wahała się opowiedzieć m.in. o dokonanej przez siebie aborcji, wystąpiła bez ukrywania się za popularną wśród twórców tego typu literatury konwencją roman à clef.

„Miejsca” – niepozorny, cieniutki tomik w czarnych okładkach – trafiły do moich rąk w zeszłym roku w dość dla mnie tragicznych okolicznościach. W przeciągu kilku tygodni straciłem dwoje bliskich mi ludzi. Stało się to – zwłaszcza w przypadku tej drugiej osoby – na tyle nagle, że poczucie zdruzgotania świata praktycznie mnie ogłuszyło. Dopiero teraz, kiedy na nowo się podnoszę, jestem w stanie sklecić tych kilka zdań. Gdyby ktokolwiek dziś mnie zapytał, jaki rodzaj śmierci bliskich pozwala się lepiej do niej przygotować – gwałtowny, z dnia na dzień, czy spodziewany, wyczekiwany przy szpitalnym łóżku – odparłbym bez cienia zawahania, że żaden. Przećwiczyłem obydwa i każdy w równym stopniu rozdziera serce. Na to po prostu nie da się przygotować. Można co najwyżej pokusić się o amortyzowanie skutków uderzenia.

Przyjaciel, który podsunął mi pamiętnikarską nowelkę Ernaux, nie tylko chciał w ten sposób wesprzeć mnie w procesie radzenia sobie z utratą. Chciał przede wszystkim pokazać mi, jak można przepracować poczucie winy wobec zmarłego. Przeczytaj, może będziesz mógł się z tym utożsamić – rzekł.

W „Miejscach” Annie Ernaux rozlicza się z odejściem swego ojca – twardego, praktycznego sklepikarza, z którym w ciągu lat nieomal wszystko ją poróżniło. Tym, co zwraca uwagę już od pierwszych stron, jest… no właśnie, jak to trafnie ująć? Wyciszenie? Wstrzemięźliwość. Na dobrą sprawę jedyną oznaką żalu – bo z pewnością nie rozpaczy – jest nikła reakcja matki autorki. „Wycierała oczy serwetką do ust, którą zabrała widać ze sobą idąc po śniadaniu na górę do sypialni. Bezbarwnym głosem powiedziała: już po wszystkim.”

Nie podejmuję się oszacować, na ile bliska faktycznym odczuciom jest wytonowana, niemal sprawozdawcza poetyka wspomnień, sporządzanych przez Annie Ernaux po dwóch dekadach. Pisarka wydaje się być wierną uczennicą Celine’a w jego rudymentarnej zasadzie, że dzieło literackie ma być perfekcyjnym surogatem przeżyć autorskich. Stąd możemy domniemywać, że narratorka rzeczywiście tak to przeżyła, a w każdym razie tak pragnie te trudne zdarzenia zapamiętać.

Czynię owo zastrzeżenie, gdyż w moim przekonaniu Ernaux zadaje kłam przynajmniej dwóm dykcjom, w jakich współczesna kultura zwykła rozprawiać o śmierci. Jedna to ta lukrowana, skrząca hollywoodzką egzaltacją, która nawet jeśli próbuje udawać głębię, zazwyczaj osuwa się w sentymentalną szmirę czarnych woalek, niby ukradkowego ocierania łez, minorowych rysów nad trumną, przemów i chwytającej za serce muzyki. Druga, zdecydowanie bliższa Europie, to wykorzystywanie śmierci w charakterze pretekstu, by snuć przejmujące dramy o toksycznych relacjach rodzinnych. Bo przecież rodzina europejska musi być popsuta, musi w swych szafach kryć upiorne szkielety, a nieboszczyk stanowi wprost wymarzoną wajchę do uruchomienia tego teatrzyku musowo straumatyzowanych kukiełek. Przyznam, że żywiłem na początku takie obawy wobec „Miejsc”, do czego predestynowała je skomplikowana i mocno ambiwalentna więź autorki – emancypującej się intelektualistki doby rewolucji obyczajowej – z prostodusznie prowincjonalnym rodzicem.

„Odwoził mnie z domu do szkoły na rowerze – konkluduje córka pod koniec swej lapidarnej opowieści. – Może to była jego ogromna ambicja, a może nawet motywacja całego życia, żebym należała do świata, który nim wzgardził.” Z pewnych względów, nazbyt osobistych, by tu o nich napomykać, to wyznanie – tak, chyba właśnie ono szczególnie – sprawiło, że się w historii Ernaux odnalazłem, o co przecież chodziło memu przyjacielowi.

Ale utożsamienie przebiegło na jeszcze innym poziomie. Śmierć portretowana przez Ernaux jest bliska i naturalna, nieodzowna niczym oddech. Ów aspekt ludzkiej kondycji cywilizacja zachodnia również z całą bezwzględnością usiłuje z nas wytrzebić. W powieści znajdują się sceny przysposabiania zwłok do pochówku – golenie, mycie, a nawet poczyniona jak gdyby mimochodem obserwacja, że już zaczynało go być czuć. Ja z dzieciństwa pamiętam jeszcze takie obrazki. Moja prababka zmarła w domu. Pamiętam, jak ją ubierano, jak otwierano okna i cieszono się, że to styczeń, a nie lato, bo wcześniej ktoś inny w naszej rodzinie zszedł był w samym środku upalnego lipca i po paru godzinach zaśmiardł.

Ujęła mnie ta naturalność – nie mylić z naturalizmem! – o której my, sukcesywnie tresowani już to czczą ckliwością, już sterylnie laboratoryjnym wyparciem i uprzedmiotowieniem istoty ludzkiej, coraz bardziej zapominamy. Stara szkoła, której Ernaux oddaje hołd, zaciska zęby i bierze sprawy takie, jakimi są. Kiedy trzeba, organizuje ślub, a gdy trzeba, grzebie zmarłych. Ot, życie!

Ono koniec końców zawsze wymyka się założeniom. W obliczu umierania ta prawidłowość nabiera wyjątkowej intensywności. Można dowolnie układać scenariusze, jak to się będzie lub nie będzie zachowywać, co się powie, pomyśli, jaki grymas przywoła na stężałą z bólu twarz. Ale to tylko strategie osłonowe. Skonfrontowani z nagim faktem, z nagłą pustką, z ciszą, jaka na sekundę lub dwie nastaje po śmierci, stajemy kompletnie bezbronni. Niegdyś – jeszcze w połowie XX wieku, nawet w laickiej, pooświeceniowej Francji – wiedziano o tym, potrafiono to misterium celebrować.

A co do wyrzutów sumienia wobec zmarłego. Tu chyba trafniejszej odpowiedzi udzieliła mi Emilly Dickinson. „To nie uczynki będą naszą miarą,/Gdy się dokona Zamiar i Działanie – / Lecz to, co każdy z nas mógłby uczynić,/Gdyby był bardziej Bogiem – Jego zdaniem.” Cóż, ja Bogiem nie jestem. Mogę więc co najwyżej pójść na cmentarz i zapalić znicz na grobie.

Polecam również