Życie

Lęk jak skrzydła nad nami

Pies jak zwykle niemiłosiernie ciągnie. Weszliśmy do parku, domaga się swoich praw. Spuść mnie! No już, bo wszystkie kaczki mi zwieją! Nie odpinam smyczy. Kiedy ostatni raz pognał za kaczkami, wybiegł na zamarzniętą taflę rzeki i musieliśmy go długo wołać, zanim raczył wrócić na brzeg i rytualnie podać łapę. Wtedy było mroźno, a on nieduży, więc lód chyba nie powinien się załamać. A jakby co, psy świetnie umieją pływać. Tak przekonywałem lepszą połowę, której serce na kilka chwil stanęło.

Dziś ciepło, odwilż. Dwa dni temu sypał gęsty śnieg, a teraz jego brudne resztki obrzeżają krawężniki. Woda ciągle ścięta. Pokrywa matowej mulistej zieleni sprawia wrażenie solidnej, ale czort wie. Przykro mi, stary, nie będzie biegania. Dziś żadnej kaczki nie nauczysz moresu. On w końcu kapituluje i bierze się do stawiania klocka. Ja, nawiasem mówiąc, też myśli mam zaprzątnięte stawianiem, tyle że bloga. W końcu postanowiłem wynieść się na własną domenę – cóż za przełom, czapki z głów. No i tak sobie kroczymy przez lutowy, skisły, rybio mdławy park. Ja z książką w uszach, próbując po raz enty rozgryźć, co, do cholery, zrobiłem nie tak z przekonfigurowaniem ścieżki URL, i on, czytając urynomaile od kumpli.

Łomot lecącego nisko helikoptera nie nakłada się na trajkotanie lektora. On je po prostu nagle dominuje, wypycha, zupełnie tak, jak mnie wczoraj wychrzaniło z panelu administracyjnego. Wciąż staram się skupić na czytanym tekście, ale odgłos maszyny mnie rozprasza. Również i dlatego, że sprawną mam tylko lewą słuchawkę, więc nie mogę się całkowicie odizolować.

Podnoszę oczy. Jest tam. Przesuwa się po szarym niebie. Jakoś tak dziwnie przysadzisty. Nie ma bata – wojskowy. Ale czemu wojskowy? Jakbym się na tym znał. Ale on na pewno musi być wojskowy, no musi. Zbyt basowo warczy. Poza tym przecież niedaleko mamy lotnisko i jednostkę. Od czasu do czasu widuje się u nas wojskowy sprzęt – lawety, ciężarówki albo auta żandarmerii. Latają też samoloty. Taka bardziej zmilitaryzowana okolica. Zawsze tak było. Choć ostatnio jakby trochę więcej, częściej. Zupełnie jak w latach osiemdziesiątych. Wtedy bez przerwy organizowali jakieś ćwiczenia. Szyby w oknach aż galaretowaciały.

Przypomina mi się „Ostatni dzień lata”, a w nim scena, w której bohaterka kontempluje tnące wrześniowe niebo samoloty. Ta scena zwaliła mnie z nóg, kiedy pierwszy raz ją oglądałem. Tu chora na niedawno minioną wojnę samotna kobieta, a tam, w górze, te stalowe ptaki. Co one mają podczepione pod skrzydłami? Może bomby atomowe? Może właśnie lecą rozpalić gdzieś radioaktywne ognisko? Kto siedzi w kokpicie? Od kogo przyjmuje rozkazy? A tu ten bezruch, spokojne falowanie morza, bezkres piasku na plaży. Czy enigmatyczny rysunek ust bohaterki to strach? Gdyby kręcono to w Hollywood, teraz by nastąpiła przebitka, znaczy się flashback, bombardowania.

Kilka miesięcy wstecz, w apogeum tragicznego, i tragicznie upalnego, lata, naparzałem w klawisze. Następnego dnia miał być pogrzeb mojego ojczyma, a moje słowotwórstwo miało charakter wybitnie ogłuszający. Wtem nastała ciemność. Laptop cyknął i zgasł, pogrążając to coś w cyfrowym niebycie. Szczęście, że na podorędziu trzymałem latarkę. Pobrnąłem z nią do kuchni.

Szybko z lepszą połową ustaliliśmy, że owa nieprzenikniona czerń zalega wszędzie jak okiem sięgnąć. Wywaliło całą ulicę, a gęstość mroku nasuwała podejrzenia, że być może nawet całe miasto. Czerń i czerń, żadnej rudej łuny, świadczącej, że cywilizacja kręci swe nieśmiertelne lody. Tu i ówdzie zapalały się ogniki latarek lub komórek. Ludzie wychylali się przez okna, klęli, pytali, co jest i kiedy naprawią. Linie pogotowia energetycznego muszą być przeciążone albo w ogóle nieczynne. Nigdy wcześniej nie widziałem takiej ciemności.

Moim instynktownym odruchem nie była myśl, że piorun gdzieś uderzył w transformator lub coś podobnego. Nie, to musi być zaciemnienie. Wyłączono prąd, żeby rosyjskie myśliwce miały trudniej. Tak się robi – przekonywałem coraz bardziej przestraszoną lubą. Instalacje wojskowe zawsze są pierwszym celem ataku, kiedy wybucha wojna. A jeśli w ich pobliżu są osiedla cywilne, to ich pech. Informacje o naruszaniu przez Rosjan przestrzeni powietrznej, lub jego potencjalnej możliwości, prześlizgiwały mi się po ekranie w ostatnich dniach. Kocioł na Ukrainie zaczynał już poważnie wrzeć. Podczas nalotów Luftwaffe zaciemniano Londyn. Czemu więc…

Rozbłysk pozapalanych wszędzie świateł zabolał jak uderzenie zimnego powietrza. Prąd nie wszędzie przywrócono od razu. Gdy wyszliśmy z psem, część ulicy nadal była pogrążona w cieniu. W blasku latarń moje strachy sprzed godziny wydały się śmieszne. Choć nie do końca. Nie była to tylko ulga, że w miarę szybko uporano się z awarią. Ale z drugiej strony – co jeśli prawda jednak jest inna?

Powoli otrząsam się ze wspomnienia. Helikopter niknie za blokami, warkot silnika się oddala. W mojej lewej słuchawce nadal gada lektor. Pies znów zaplątał się w smycz. Uwalniam go i kierujemy się ku domowi. Myślę o przeczytanym niedawno artykule. Jego autor udowadniał, że dziedziczymy pamięć przodków. Lęki twojego dziadka po części są także i twoimi lękami. Tak jak jego odruchy, gust, a nawet sny. Mój dziadek miał bardzo proste sny. Lubił słoninę i sok ogórkowy. Nie podzielam tych jego upodobań. Kiedy Niemcy – nie żadni tam naziści – zaatakowali Polskę, miał siedem lat. Rzadko mi o tamtych czasach opowiadał.

Podobno wojna jest reliktem minionych epok. Grupa wpływowych europejskich myślicieli po atakach terrorystycznych z 11 września 2001 roku wystosowała list tej mniej więcej treści do prezydenta Busha. Po cóż od razu rakiety? To takie prymitywne. Dogadajcie się, negocjujcie, ustalcie protokół rozbieżności. Przypuszczam, że do Bin Ladena i Husajna nie mieli adresu.

W szkole uczyłem się o kampanii wrześniowej, obozach koncentracyjnych oraz wkroczeniu Armii Czerwonej. Później, już jako lokalny dziennikarz, brałem udział w kilku capstrzykach ku czci. Klepało się te wszystkie zwyczajowe formułki w rodzaju „nigdy więcej” i „naszym obowiązkiem, by to się już nie powtórzyło”. Język układał pochmurne słowa, ale umysł dawał na luz. Bo przecież są komputery, telewizja satelitarna i prawa mniejszości. Konflikt? Krew? To jakieś science fiction. Korea? Wietnam? No niby tak, ale to było dawno. Ruanda? Daleko. Bałkany? Wyjątki potwierdzają regułę, czyż nie?

Po powrocie ze spaceru pijemy z lubą herbatę. Zaraz przysiadam do majstrowania przy blogu. Pies suszy łapy na rozłożonym w przedpokoju starym ręczniku. Helikopter znów krąży. Luba wygląda przez okno. Mówi, że w szybach pobliskiego sklepu odbijają się migające niebieskie światła. Coś chyba się stało – wypadek. Obejmuję palcami gorący kubek. I co z tymi lękami, które jakoby dziedziczymy? Czy one dotyczą tylko przeszłości? A może wybiegają również w przyszłość. Może czas się zapętla.

Może tyrani nie otwierają poczty od intelektualistów.

Polecam również