Lata 90. w pigułce

Nie jest dla mnie do końca jasne, co takiego właściwie pragną upamiętnić ludzie wybierający się na marsz 4 czerwca. Rocznicę pierwszych wolnych wyborów, czy fakt, że triumfowali w nich komuniści, którzy trzy lata później, dokładnie w ten sam dzień, skutecznie zablokowali próbę lustracji. No ale nie bądźmy złośliwi. Bez względu na to, jak tamte wydarzenia oceniać, stanowiły one początek lat dziewięćdziesiątych, które wielu dorastających wtedy – w tym też autor niniejszych słów – wspomina z nostalgiczną łezką w oku. A mówiąc o tamtym okresie, mam na myśli nie tylko przedział dat, lecz także, a może wręcz przede wszystkim, pewien klimat.

Znajomy obrońca demokracji zachęcał mnie do wzięcia udziału w sobotniej imprezie. Ma się rozumieć przewrotnie, bo doskonale wiedział, że nie skorzystam. Gdybym miał chęć sobie powiecować, znalazłbym tysiąc innych okazji. Postanowiłem jednak mimo wszystko uczcić ów historyczny dzień. Wprawdzie nie występem ulicznym, ale nie mniej godnie, bo filmem. A skoro o latach dziewięćdziesiątych mowa, trudno mi wyobrazić sobie adekwatniejszy wybór niż „Jesteś bogiem”. Cztery lata temu byłem na nim w kinie. Niełatwo wyciągnąć mnie z domu, ale pamiętam, że przekonało mnie to, jak dzieło duetu Pisuk-Dawid podsumowała Paulina Wilk.

Stwierdziła – cytuję z pamięci – że historia Paktofoniki to rzecz o naszym pokoleniu. I to bez względu na to, czy hip-hopu słuchaliśmy, czy – jak w wypadku Pauliny Wilk i moim, a też, przynajmniej na początku, scenarzysty – kompletnie nie była to nasza bajka.

Do kultury hip-hopu rzeczywiście nigdy za bardzo mnie nie ciągnęło. Całą drugą połowę lat dziewięćdziesiątych, gdy mogłem już mniej więcej zakumać, o co toczy się gra zwana życiem, spędziłem na Czarodziejskiej Górze. Sygnały ze świata zewnętrznego docierały tam mocno przefiltrowane i, prawdę mówiąc, niewiele mnie obchodziły. Ponure blokowiska, beznadzieja, zakapturzeni kolesie w szerokich spodniach, dudniące bity i wygarniane jak z automatu serie bluzgów, w których kanalizowała się wściekłość dzieci transformacji, wydymanych przez solidarnościowych polityków i mamidła wolnego rynku – tak to przedstawiało drapieżne polskie kino z tamtego okresu, którego szczerze nie znosiłem, bo uważałem, że upokarza moje skrajnie odmienne odczuwanie rzeczywistości.

Co do samej Paktofoniki, to nie pamiętam, kiedy i gdzie pierwszy raz o niej usłyszałem. W jakiejś telewizji muzycznej? Na przełomie wieków związek hip-hopu i stacji typu Viva czy VH1 przeżywał swój krótki rozkwit. A może tak naprawdę dopiero samobójstwo Magika wepchnęło tę grupę w horyzont mojej świadomości. Świadomości – nie uwagi. Poza już wtedy mocno komercyjnym Liroyem rapujący artyści byli dla mnie w zasadzie nieodróżnialni.

Dobry film o złych ludziach. To było moje pierwsze instynktowne skojarzenie. I wcale nie chodzi o chłopaków z Paktofoniki ani o ich kumpli ze śląskich osiedli. Akurat oni  zostali przez Pisuka potraktowani wyjątkowo łagodnie, a nawet z sympatią. Czarnymi charakterami jego opowieści są wydawcy. Pierwszy – cwaniak w wypasionej furze, drugi – typowy polski mały kombinatorek o rozbieganych mysich oczkach, dorobkiewicz w polonezie, sól rodzimego kapitalizmu tamtych czasów spod znaku “jakoś to będzie” i “dogadamy się”. dlaczego smutnym trafem “jakoś” przeważnie zmienia się w “byle jak”, a z “dogadamy się” zostają niedotrzymane zobowiązania, pretensje i lista zaległych rachunków do zapłacenia? A gdzieś w środku tego wszystkiego artysta, jak zwykle wydymany w dupę i bez kasy na gwiazdkowy prezent dla synka. Jest to zresztą jedna z najbardziej poruszających mnie scen. Posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że w jakiś groteskowy sposób ikoniczna, stanowiąca clou.

Gustaw – taki przyjaciel chłopaków, odkrywca i mecenas. Niby dobrze im życzy, ale po śmierci Magika okazuje się, że skrzętnie zapisywał wszystkie jego długi i nie wahał się obcesowo rzucić nimi w twarz Fokusowi i Rahimowi. Możliwe, że prawem skrótu został przerysowany, posunięty do skondensowanej formy fabularnego archetypu, ale przecież jego pierwowzorem była prawdziwa postać z realnego świata. Ktoś, kto wciąż żyje. Jak się czuje, patrząc na swoje ekranowe wcielenie? Jaki ma dziś stosunek do tamtych spraw?

Finalne ujęcia. Ciało Magika leży na śniegu. Tuli go przerażony ojciec. Myślami przenoszę się do waszyngtońskiego Kapitolu. Na sklepieniu jego rotundy widnieje monumentalny fresk pod tytułem “Apoteoza Waszyngtona”. Constantino Brumidi ukazał na nim patriarchę amerykańskiego narodu jako istotę półboską. George Washington, ustrojony w kompletne wolnomularskie regalia, przeistacza się nieomal jak Jezus na górze Tabor. Ukryte w tym wizerunku masońskie przesłanie, że człowiek, który wykorzysta pełnię swego naturalnego potencjału, może stać się równy bogom, w kontekście desperackiego aktu Magika zakrawa na gorzki żart. I w tym momencie można zapytać: to on nie uniósł tkwiącej w nim mocy, czy zewnętrzne ograniczenia go stłamsiły? Ja w filmie nie znalazłem na to odpowiedzi. Ale też w gruncie rzeczy jej nie oczekiwałem.

Dobrze, że “Jesteś bogiem” powstał właśnie w dwudziestym pierwszym wieku. Gdyby nakręcono go tuż po śmierci Magika, albo w okresie powstawania Paktofoniki, jako, dajmy na to, fikcyjną historię o próbie społecznego awansu nastolatków z mrocznego Śląska, dostalibyśmy drastyczny, ociekający brutalizmem i patologiami dramat. A tak cała rzecz przeniosła się w przestworza mitu. Nie przesłodzonego, ale jednak mitu. Dzięki temu lepiej widać to, co schowane.

A co z nostalgią? Coraz powszechniejszym wśród trzydziesto- i czterdziestolatków sentymentem do złotych lat dziewięćdziesiątych, na którym popularność “Jesteś bogiem”  podobno częściowo się zasadzała? Paradoksalnie, najbardziej poruszyły mnie stare komputery. I, ach, ta radość, kiedy udało się połączyć z netem. Owszem, doskonale to znam. Jeśli to wystarczy za definicję doświadczenia pokoleniowego, to owszem – moje serce drgnęło czule.

Polecam również