Czy kultura jest domem wariatów?

Właściwie ten tytuł powinien brzmieć inaczej. Bardziej parlamentarnie. A mianowicie: „Czy kultura musi być lewicowa?” Od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem napisania tekstu, w którym spróbowałbym zmierzyć się z tym pytaniem. Być może nawet w końcu to zrobię. Pomysł na ten tekst podsunęła mi niestety sama rzeczywistość. Bo oto niejaka Nurowska Maria – dawniej znana jako pisarka, a obecnie fanatyczna antypisowska aktywistka, której od czasu do czasu śni się duch Oriany Fallaci – zamieściła na swoim Facebooku niezwykle wymowny wpis.

Chwali się w nim, że wykonała laleczkę prokuratora Piotrowicza i wbija w nią szpilki. Chodzi tutaj, jak rozumiem, o taką typową laleczkę wudu – taką, jakie na przykład pamiętam z filmu „Czarownice z Eastwick”. Na status zareagowała Agnieszka Holland, pisząc, że coś takiego zrobiła w młodości. Do tego dwukrotnie i za każdym razem ze skutkiem śmiertelnym. Teraz jest jednak przeciwna karze śmierci, więc obiecała sobie – i córce! – że już nigdy żadnego wudu nie wykona. Rzutem na taśmę dołóżmy jeszcze niedawny wywód Magdaleny Środy o uczestnictwie w sabatach czarownic i jakoby widocznych tego skutkach.

Tak, ja wiem, wiem, że to pewnie tylko takie zgrywy. Chociaż z drugiej strony po bredniach Palikota o hinduskim guru i kosmicznych portalach nad Gangesem, czy występach Bruna… znaczy Krzysztofa Pieczyńskiego o Kościele kontrolującym ludzkie sny nic mnie już chyba nie zaskoczy. Nazwałbym to średniowieczem, gdyby nie obrażało to tej trwającej tysiąc lat i kluczowej dla rozwoju cywilizacji europejskiej epoki. Poprzestanę więc chyba, jak na zgreda przystało, na ciężkim westchnieniu w stylu „o tempora, o mores”.

A teraz wtręt osobisty. Spotkałem się kilka dni temu z pewnym znajomym pisarzem. Bardzo miła rozmowa. Wypiliśmy kawę, trochę zmokliśmy, po czym odprowadziłem go na pociąg. Oczywiście, jak to ludzie klawiatury, nie mogliśmy nie podzielić się literackimi planami. On niedawno wydał pierwszą powieść i szykuje już kolejną. A ja? No cóż, ja też coś tam niby skrobię, ale z beletrystyką chyba na dobre skończyłem. Raz, że nie okazałem się w tym aż tak dobry, jak kiedyś myślałem, a dwa – za bardzo pochłonęło mnie komentowanie spraw bieżących. Moja mentalna wajcha nieodwracalnie przesunęła się w kierunku publicystyki. Walczyłem z tym, przekonywałem sam siebie, że to nic innego jak wyważanie otwartych drzwi, ale psu na budę się to zdało.

Kiedy się pożegnaliśmy, przemknęło mi, że w sumie trochę mu zazdroszczę. Nie tyle nawet wydawniczego tempa, co raczej konsekwentnego trwania przy literaturze. A więc po stronie kultury. Mnie na to nie stać. Gdybym dalej w to brnął, byłbym w niezgodzie z samym sobą. Lecz zadra zazdrości dalej mnie jątrzyła, boleśnie przypominając to, co zdecydowałem się porzucić. Choć nie do końca, bo jednak cały czas tkwię w pewnym rozkroku, wahając się.

Takie akcje jak ta z Nurowską uświadamiają mi, dlaczego w ogóle ten wyłom zaistniał. To była moja ucieczka do przodu. Od kilku lat w świecie kultury czułem się coraz bardziej jak banita. Alienowałem się z kolejnych jej obszarów. Wszystko, co kiedyś przedstawiało dla mnie wartość – literatura, film, ba, nawet filozofia – zmieniło się w pozbawiony sensu bełkot pacjentów szpitala psychiatrycznego. A może tak naprawdę zawsze nim było, tylko ja tego nie dostrzegałem? Może właśnie w tym kryje się odpowiedź, dlaczego prawica nie jest w stanie przeprowadzić skutecznej rekonkwisty kultury. Może po prostu nie ma czego odbijać z rąk barbarzyńców, bo to ich naturalna domena.

Tylko że tu nie chodzi o politykę. Przynajmniej nie w moim wypadku. Nie chodzi o to, czy jestem za, czy przeciw PiS, ani o to, czy uważam, że pani Gersdorf wciąż jest I Prezesem Sądu Najwyższego. Nurowskiej, Holland i ich współplemieńcom, pieprzącym coraz gorsze kocopoły, tak naprawdę też przecież o to nie chodzi. Bo tak naprawdę – podobnie zresztą jak i ja – gówno się na tych kwestiach znają. U nich to po prostu odruch warunkowy. Gdyby Kaczyński albo Morawiecki powiedział, że ziemia jest okrągła, oni podnieśliby natychmiast klangor, że wcale nie, bo płaska.

O ideologię na dobrą sprawę też nie chodzi. Bo ideologia jest tylko pokłosiem stanu ducha. U mnie stopniowy odwrót od kultury nastąpił w momencie, gdy zacząłem postrzegać świat w kategoriach racjonalnych. Pomogło mi to dostrzec, że kultura, a w każdym razie jej dziś dominujące nurty – z popkulturą na czele – w gruncie rzeczy jest produktem niedojrzałości. Ujmując brutalnie: żeby tworzyć, trzeba mieć nierówno pod sufitem. Artyści to przeważnie ludzie infantylni, nierozgarnięci intelektualnie, czułostkowi, cierpiący na jakieś emocjonalne zaburzenia, zakompleksieni, opętani kompensacyjną manią wielkości.

Uzdalnia ich to do wydalania sztuki oraz znajdowania poklasku u identycznie niedojrzałych odbiorców, ale również czyni niezwykle podatnymi na różne chwytliwe slogany o wolności, demokracji, prawach zwierząt i mającym rzekomo temu wszystkiemu zagrażać faszyzmie. Stąd już tylko krok do urojeń o barykadach, snów o koktajlach Mołotowa i laleczek wudu. Możecie mi wierzyć lub nie, ale piszę to z przykrością – tym większą, że niektórych z tych ludzi znam, a wielu innych dawniej uważałem za autorytety.

Pytanie tylko, czy tak MUSI być. Czy jesteśmy skazani na to zawłaszczenie kultury przez watahę niestabilnych paranoików, zasłaniających się za etykietką artysty, oraz cynicznych ideologów, którzy owe ułomności wykorzystują do rozgrywania swojej społecznej inżynierii. Z niego zaś rodzi się inne: czy jest to jedynie epizod w równie starych jak cała ludzkość dziejach kultury, czy może jednak jej permanentna, a nawet immanentna, dyspozycja, którą czasowo udawało się tłumić – na przykład w wyniku rozkwitu chrześcijaństwa w tym jakże pogardzanym przez panią Środę średniowieczu? Naprawdę bardzo chciałbym to wiedzieć.

Bo jeśli to drugie, to próżne nasze wysiłki. Nie da się pozostać zdrowym w domu wariatów. Trzeba albo z niego uciekać, póki jeszcze masz czas, godząc się, że ten szaniec stracony, albo przestać się szamotać i też zgłupieć. Po czym z panią Suchanow śnić o mołotowach, albo razem z panią Nurowską wbijać szpileczki w laleczkę Piotrowicza. Przecież całkiem fajnie może być – będziemy wymachiwać tęczowymi flagami, bazgrać po murach sejmu, słać patetyczne odezwy do wolnego świata i ujmować się za biednymi karpiami.

Jasne i czyste reguły. Bez niepotrzebnych wątpliwości. Wiadomo, kto dobry, a kto zły. Na tym wszak polega wszeteczne piękno bycia wariatem… znaczy, przepraszam, artystą.

Kto latał nad kukułczym gniazdem

Polecam również

5 thoughts on “Czy kultura jest domem wariatów?

  1. “Artyści to przeważnie ludzie infantylni, nierozgarnięci intelektualnie, czułostkowi, cierpiący na jakieś emocjonalne zaburzenia, zakompleksieni, opętani kompensacyjną manią wielkości”.
    Nie spodziewałem się, że przeczytam kiedykolwiek coś tak dziwnego w kontekście pisarzy, bo jeśli chodzi o muzyków, to owszem, zgadzam się, muzycy na scenie i ich piosenki często są takie właśnie. Ale poczekaj, kiedy czytałeś Czarodziejską górę Tomasza Manna ? To jest wielka, bo piękna i mądra powieść napisana przez wielkiego pisarza.

    1. Wielka powieść wielkiego pisarza? Proszę cię! Nawijasz jak postać z “Ferdydurke”. Czytałem “Czarodziejską górę” dokładnie dziewięć lat temu i rzeczywiście mnie zachwyciła, choć raczej nie ze względu na to, za co się ją kanonizuje, ani tym bardziej nie dlatego, że jej wielkość została mi podana do wierzenia jako dogmat. Ale mój tekst jest o czymś trochę innym. Jest przede wszystkim o tym, że artyści łatwo ulegają różnym zwłaszcza lewicowym fantazjom, co ja przypisuję ich emocjonalnej i intelektualnej niedojrzałości, która z jednej strony pomaga im tworzyć, ale z drugiej czyni ich podatnymi na pseudowolnościowe ideologie. Jest też o pewnym moim żalu, że wielu ludzi, których uważałem za autorytety – właśnie trochę na gombrowiczowskiej zasadzie, że Iksiński wielki jest, bo jest wielki – okazało się takimi małostkowymi, niezdolnymi do racjonalnej oceny i klepiącymi komunały kretynami. Dla mnie to naprawdę jest dramat.

      1. Tomasz Mann jest wielkim pisarzem, mogę to potwierdzić osobiście, a uważam, że znam się na literaturze. I Czarodziejska góra zasługuje na hołd. Natomiast wielu współcześnie piszących, owszem, można również nazywać pisarzami, ale dopiero po latach okaże się, które dzieła przetrwają próbę czasu i okaże się kto naprawdę był pisarzem, a kto zaledwie drugorzędnym prozaikiem odmalowującym jedynie sobie współczesne obyczaje społeczne.
        Dlatego uważam, że teza o infantylności intelektualnej i lewicowym zaczadzeniu lewicowych literatów może być jedynie tezą doraźną pasującą do masy prozaików, o których większości nikt nie będzie pamiętał za jedno czy dwa pokolenia później. Ale kiedy piszemy literatura raczej nie mamy na myśli płotek wyławianych przez zawodowych historyków literatury, ale książki wielkie, które są ważne, przechodzą próbę czasu i które coś wniosły do kultury, o czymś ważnym mówiły i są zazwyczaj arcydziełami również artystycznie doskonałymi. A to, że młodym osobom może Słowacki czy Mann się nie podobać, to już nie nasza wina, ale szkolnictwa średniego i wyższego. Do niektórych książek to czytelnik musi dorosnąć, i do Słowackiego i do Manna i do Gombrowicza również. 🙂

        1. Okej, okej, nie zamierzałem kwestionować twojego znawstwa literatury. Nie chcę się też kłócić o Manna. Po prostu mój problem z takimi kwantyfikatorami jak wielki czy wybitny bierze się z alergii na powszechne w naszych czasach struganie z banana różnych autorytetów. Masz też oczywiście rację, że moja teza o lewicowym zaczadzeniu wynika z doraźności. Choć ja się jednak będę upierał, że to, iż takie zaczadzenia w ogóle są możliwe, wynika z takich a nie innych psychicznych czy intelektualnych uwarunkowań ludzi parających się sztuką.

          A poza tym… no no, pisz mi tak dalej, a może znów uwierzę w kulturę i w sens robienia w niej 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.