Kult uchodźców

Na początek małe zastrzeżenie lingwistyczne. Terminy „imigrant” i „uchodźca” zamierzam tu stosować wymiennie. Wiem, że się różnią i że każdy ma precyzyjnie określoną definicję, ale sęk niestety w tym, że… to już nie ma znaczenia. Dosłownie, najmniejszego. Podobnie jak wiele innych pojęć, którymi dziś hojnie szafujemy w szeroko pojętym dyskursie publicznym, oderwały się od pierwotnych desygnatów i zmieniły się w erystyczne maczugi do okładania oponentów. Nie kryją się już za nimi ludzkie twarze ani indywidualne historie. A nawet jeśli, to tylko jako paliwo do wymachiwania owymi pałami.

Piszę te słowa kilka dni po słynnym i – jak wynika z doniesień – dramatycznym szczycie, na którym eurokraci jakoby ugięli się pod presją Polski i znieśli przymus relokacji uchodźców. Nie będę się tutaj wyzłośliwiał nad prężeniem przez nasz rząd muskułów tuż po ulegnięciu Izraelowi i Stanom Zjednoczonym w sprawie ustawy o IPN. Poprzestańmy na konkluzji, że jeżeli rzeczywiście odegraliśmy w zmianie nastawienia do relokacji tak kluczową rolę, to należy to uznać za bezdyskusyjny sukces. Sukces, za który zapewne przyjdzie nam słono zapłacić, czego przedsmak zaserwowała nam już Komisja Europejska, starając się nas za wszelką cenę usadzić za praworządność. Ale to na marginesie.

Warto natomiast odnotować, że równolegle z kolejnym już europejskim wzmożeniem na tle uchodźców dosyć podobna gorączka toczy od wewnątrz organizm naszego „największego sojusznika” zza wielkiej wody. Tam chodzi o rozdzielanie rodzin nielegalnych imigrantów z Meksyku, a głównym czarnym ludem oczywiście został znienawidzony przez tamtejszych „obrońców demokracji” prezydent Trump. To bowiem przez niego płaczą więzione w łagrach za drutami meksykańskie dzieci. To on i jego Melania w obrazoburczej kurteczce nie mają serca.

Portale czołowych amerykańskich mediów co i rusz publikują wyciskające łzy opowieści o dzieciach na siłę odbieranych rodzicom lub drżących ze strachu, że ich mama lada chwila trafi do aresztu. Przez ulice wielu miast przetaczają się proimigranckie i antytrumpowskie demonstracje. W czwartek taki protest odbywał się między innymi w Waszyngtonie. W jego trakcie policja zatrzymała aktorkę Susan Sarandon. Oczywiście nie muszę tu dodawać, że w liberalnych kręgach Sarandon została już namaszczona na męczennicę trumpowskiego reżimu, a jej ujęcie z uniesionymi rękami i wściekłym grymasem na twarzy urosło do rangi symbolu. Skądś to znamy?

A teraz cofnijmy się w czasie o trzy lata. W sierpniu 2015 roku wybucha bezprecedensowy dla całej powojennej historii Europy kryzys migracyjny. Według danych Eurostatu państwa członkowskie UE otrzymały ponad 1,2 mln wniosków o azyl, czyli ponad dwukrotnie więcej, niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Bezpośrednim źródłem kryzysu były apele Grecji i Włoch o solidarność w przyjmowaniu uchodźców. Na wezwania pozytywnie odpowiedziała kanclerz Angela Merkel, która oświadczyła, że potrzebujący pomocy muszą uzyskać azyl w Europie. Ta decyzja mści się na jej politycznej biografii do dziś. I będzie tak już zawsze.

Nie wiem, jak wy zapamiętaliście tamten czas. Mnie kojarzy się z odkurzaczem, który nagle – właściwie z dnia na dzień – wyssał z mediów i sieci całą rzeczywistość i wdmuchnął na jej miejsce temat migracji. Właściwie nie dawało się żyć niczym innym. Uchodźcy osaczali nas ze wszystkich stron – niektórych tylko wirtualnie, innych jak najbardziej dosłownie. Miało się wrażenie, że Europa zmieniła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wszystko, co nie dotyczyło uchodźców, wydawało się jakieś nierealne, nie na miejscu.

Najbardziej niesamowite nie było jednak samo zjawisko, lecz towarzysząca mu, czy raczej stanowiąca jego integralny element ideologiczna ofensywa. Po internecie krążyły opowieści o rozanielonych lewicowych aktywistach, witających uchodźców na niemieckich dworcach z kwiatami, zupełnie jakby nie byli zbieraniną biednych, zmęczonych, skołowanych ludzi, lecz jakąś armią wyzwolicieli. Każdy, kto śmiał wyrazić choćby słowo krytyki lub wątpliwości, był natychmiast pacyfikowany zestawem doskonale znanych inwektyw, których nie chce mi się po raz kolejny przytaczać, bo jest to już najzwyczajniej nudne.

Na naszych oczach zaczęły się dziać cuda wprost niepojęte. Ludzie, którzy dotąd nie mogli przeżyć pięciu minut, by nie wyrzygać się na Kościół, nagle odkryli głębię chrześcijańskiego miłosierdzia i z kaznodziejskim zapałem gromili tych, których serca pozostawały lodowate. Ba, idę o zakład, że nie byli w stanie zasnąć, dopóki nie przeczytali przynajmniej dziesięciu stron z „Dzienniczka” św. Faustyny. A jakby i tego nie było dość, okazało się, że Jezus też był uchodźcą. W końcu uchodził do Egiptu przed Herodem. A do tego najpewniej wyglądał dokładnie tak, jak współcześni przybysze, w związku z czym niechęć do nich tym bardziej zakrawała na faryzeizm i bluźnierstwo.

Szantażowano opinię publiczną elegią o martwym syryjskim chłopcu na plaży. Pisowskiej Polsce wypominano, że podczas wojny inne kraje były dla nas tak bardzo gościnne, a my teraz nie chcemy okazać minimum wdzięczności. Po fali seksualnych napaści w Kolonii w sylwestrową noc niemieckie media wstrzymywały informacje na ten temat przez kilka dni, byle tylko nikt – broń Boże! – nie mógł użyć ich jako argumentu przeciwko uchodźcom oraz jedynie słusznej idei multikulturalizmu. Mógłbym tak jeszcze wymieniać i wymieniać.

Jaki z tego wniosek? Oczywiście pomijając wszelkie polityczne zawiłości, tudzież mniej lub bardziej dorzeczne teorie spiskowe, jakoby globalna grupa trzymająca władzę posługiwała się migracją jako bronią demograficzną do zniszczenia tradycyjnych społeczeństw. Ówże wniosek brzmi: uchodźca to bałwan. Zanim zza winkla wyskoczy Rafał Gaweł i jego dzielna drużyna pierścienia tropiąca przejawy rasizmu, ksenofobii i mowy nienawiści, wyjaśniam, iż pojęcie „bałwan” stosuję tutaj w znaczeniu biblijnym, opisującym zjawisko bałwochwalstwa, nazywanego też idolatrią.

W kulturze i mentalności dzisiejszego szeroko pojętego Zachodu uchodźca czy imigrant to symboliczna figura obcego, przed którym biały człowiek musi po wsze czasy pokutować za zbrodnie epoki kolonializmu oraz sto tysięcy innych rzeczywistych i wyimaginowanych win. Uchodźca stanowi ucieleśnienie religii praw człowieka, którą usiłujemy zapełnić pustkę po wypchniętym chrześcijaństwie. Uchodźca to papierek lakmusowy naszego humanizmu. To dzięki niemu możemy się do upadłego egzaltować naszą ach jakże wielką i bezgraniczną dobrocią.

Właśnie dlatego to zdjęcie Aylana urosło do rangi najświętszej ikony. Na podobne względy nie mogła niestety liczyć fotografia siedmioletniego Australijczyka zabitego w zamachu w Barcelonie. Miał po prostu nieszczęście być białym. Tylko tyle i aż tyle. Tak więc uchodźca / imigrant spełnia wiele funkcji, naprawdę wiele poza jedną – nie jest człowiekiem. Jego los w gruncie rzeczy nikogo nie interesuje. A już najmniej – obawiam się – tych, którzy wciągają go sobie na sztandary albo leczą nim własne kompleksy. Nie muszę też chyba dodawać, że stanowi idealną kartę przetargową i narzędzie wywierania nacisku.

W USA kwestia nielegalnych meksykańskich imigrantów to następna okazja do licytowania się na wiecach i w mediach społecznościowych, kto głośniej naubliża Trumpowi. W Europie temat uchodźców nieco wytracił impet, czego zwieńczenie stanowią ostatnie ustępstwa. Po części na pewno odpowiada za to oddolna presja samych społeczeństw, z którą politycy – chcąc nie chcąc – jakoś muszą się jeszcze liczyć. Ale czy jest to równoznaczne z powrotem rozsądku? Tu niestety śmiem powątpiewać. To raczej taktyczna gra na przeczekanie. Kiedy tylko nadarzy się sposobność, karuzela ponownie ruszy, a wichrzycielom utrze się nosa.

Migracja to zjawisko, z którym należy się oswoić. Trwa i będzie trwać. Tuż za moim oknem powstaje właśnie nowy blok i słyszę, że część robotników mówi po ukraińsku. Brytyjczycy z kolei musieli się przez ostatnich kilkanaście lat oswoić z polskim. Tyle że naturalne procesy to jedno, a próby ich kanalizowania dla własnych korzyści – coś zupełnie innego. To, śmiem twierdzić, najgorsza postać zakamuflowanego neokolonializmu, którego zadufany w sobie Zachód nigdy się nie wyrzekł.


Fot Wikipedia

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.