Publicystyka

Kukiz szuka głosu… tylko czy znajdzie?

Podobno cały czas nagrywa. Zastrzegam się, bo – jak już kiedyś pisałem – nie jestem zbyt mocno osadzony w kulturze muzycznej i nie śledzę na bieżąco tego, co się w niej dzieje. Ale jeśli rzeczywiście wciąż zagląda do studia, to podejrzewam, że jako czynny polityk pewnie miewa poczucie stania w rozkroku. Jak to mówią: nie da się dwóm panom służyć, a sztuka (polityka przecież też poniekąd nią jest) to zaborcza pani. Po cichu trochę liczyłem, że Maciej Pieczyński zahaczy o ten wątek w wywiadzie z Kukizem w „Do rzeczy”. To, że nie zahaczył, oznacza, iż Kukiz wizerunkowo już całkowicie przeszedł do świata polityki.

Jeśli więc faktycznie zdarza mu się nadal sięgać po mikrofon – a słyszałem, że też koncertuje – to owo odium polityczności (upolitycznienia?) siłą rzeczy musi mu towarzyszyć. To zresztą swoisty paradoks: Kukiz jako twórca nigdy specjalnie nie kojarzył mi się z tak rozumianym aktywizmem – i to biorąc poprawkę na drapieżność części jego tekstów – a jednak to właśnie on formalnie wcielił w czyn marzenie wielu autorów protest songów o sztuce zaangażowanej. Nie podejmuję się rozstrzygać, czy istnieje bezpośrednie junkting między jego zapatrywaniami na muzykę i jej rolę w życiu społecznym a tym, co teraz robi – przypuszczam, że dla niego może istnieć – niemniej skoro chce być jednoznacznie traktowany jako polityk, uszanuję to.

I, stety lub niestety, przyznam, że mam z nim na tym tle pewien problem. Od razu zadeklaruję jedno, by później już do tego nie wracać: w tej chwili, w takiej sytuacji sceny politycznej jak ją postrzegam, Kukiz – jako ruch, pewna propozycja, ale także po prostu jako osoba, Paweł Kukiz – to jedyna realna alternatywa wobec PiS. Jedyna, którą mogę traktować poważnie i co do której wierzę, iż poważnie traktuje politykę rozumianą jako działanie dla dobra wspólnego. Cała tzw. opozycja totalna wraz z basującym jej aparatem medialnym i zastępami autorytetów to – ujmując bez zbędnej dyplomacji – dno i metr mułu.

Gdyby po następnych wyborach PiS musiało tworzyć koalicję – a wiele wskazuje, że może zajść taka konieczność – to nie wyobrażam sobie, żeby partnerem w niej mógł być kto inny niż kukizowcy. Jasne, że będą się żreć. Wywiad w „Do rzeczy” wskazuje, że może nawet iść na ostro, ale przy tym wszystkim jestem w stanie uwierzyć, że będą to spory o realne sprawy, a nie o wydumane fiksacje z domieszką różnych interesików i ambicyjek. Dla mnie to nawet ważniejsze niż jakie kto ma poglądy. Chcę po prostu czuć, że ten ktoś jest prawdziwy, że gdy mówi o zagrożeniu demokracji, to zaraz nie spierdoli z kochanką na Maderę, a gdy w imię bliskich mu wartości podejmuje głodówkę, to nie zakończy jej grubszy i gładszy niż kiedy ją zaczął.

Kukiz właśnie takie poczucie autentyczności do polityki na nowo wniósł. To ono wielu do niego przyciągnęło. Słyszałeś tego faceta i nawet jeśli nie we wszystkim się z nim zgadzałeś, wierzyłeś, że o coś mu chodzi. On też – chyba jako pierwszy u nas – tak wyraźnie pokazał, że nie jesteśmy skazani na tradycyjnie zabetonowane podziały. On to nazywa „partiokracją”, ale ma to o wiele głębsze podłoże, którego partie i ruchy polityczne są tylko powierzchniowymi bąblami.

Lecz coraz natarczywiej nachodzi mnie nieodparta refleksja, że ta jego siła jest również jego podstawową słabością. Jego osobiście, lecz także jego sympatyków czy współpracowników. Hasła typu PiS PO – jedno zło!” czy „rządzą nami dwa PZPR-y!” brzmią ładnie i efektownie. A też, jak wynika choćby z wzmiankowanego tu już wywiadu, Kukiz potrafi je przekonująco uargumentować. Miło, że w ramach jednego ugrupowania mogą się zmieścić i odnaleźć coś wspólnego postaci tak na pierwszy rzut oka różne jak Liroy i Marek Jakubiak. To właśnie ten antysystemowy, antyestablishmentowy potencjał. Tylko trudno dalej unikać pytań o to, co ich na dłuższą metę spaja.

Skłaniają do nich zarówno niedawne odejścia, jak i pewna, by tak rzec, szamotanina samego lidera. Cieszy, że potrafi przyznać się do błędu i przeprosić – tak jak ostatnio w przypadku „Ognia”. Z drugiej strony na Twitterze spotkałem się z opinią, że była to wykalkulowana (i w domyśle nieudana) akcja obliczona na pozyskanie bardziej centrowego elektoratu. Cóż to, PR u Kukiza? Gdy z kolei czytam ten wywiad w „Do rzeczy”, rodzi się we mnie wątpliwość, na ile jego krytyka PiS, przy pozorach merytoryczności, jest rzeczywiście podyktowana troską o kraj, a na ile stanowi próbę zrzucenia przylepianej mu często etykiety ich przystawki.

Wygląda to bardziej jak szukanie głosu, takie trochę chaotyczne uderzanie w klawisze pianina w nadziei, że ułoży się czysty akord, niż jak przemyślana doktryna i zbiór konstytuujących ją idei. No tak – oburzy się zaraz ktoś – ale przecież z tym właśnie kukizowcy szli do polityki, prawda? Taki sposób myślenia o polityce uczynili swoim atutem. Przecież właśnie to, że przedkładają porywy serca i emocje nad pragmatyzm, tak bardzo ci się podobało. No, zgoda. Tylko że dotychczasowa ewolucja kukizowego pospolitego ruszenia świadczy przeciwnie.

Pokazuje bowiem, że nie da się zbyt daleko ujechać bez w miarę ugruntowanego kręgosłupa. Jasno do zrozumienia dała to w wywiadzie dla TV Republika Magdalena Błeńska, tłumacząc powody swego odejścia. Co do tego zgadza się też większość komentatorów, niezależnie od afiliacji. Stanisław Michalkiewicz obrazowo, w swoim niepodrabialnym stylu, porównał ruch Kukiz 15 do arki Noego, na którą załapali się ludzie o najróżniejszych światopoglądach. Lecz równocześnie wskazał, że jeśli wspólna idea prędzej czy później się nie wyłoni, to lepiszczem takiej organizacji może być tylko parcie na władzę i zysk.

Czy naprawdę kukizowcy tego chcą? Gdyby tym miała się zakończyć ich wspólna podróż, gdyby rozedrgany emocjonalnie Paweł Kukiz miał zostać niczym więcej niż trampoliną dla cynicznych cwaniaczków, byłoby to zaiste smutne. Nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że w fundamentalnym sensie Kukiza nic nie różni od Palikota czy partii X, ale może mu się przydarzyć takie samo zgaśnięcie w politycznym niebycie. Zaś na szerszym planie przypadek Kukiza uświadamia, jak ważne są jednak w polityce idee i jak trudno je wypracować.

Bo bunt prędzej czy później musi znaleźć konkretny wyraz, jakoś się określić. Inaczej będzie tylko anarchią i populizmem. Wiem, że to trochę jak zaklęty krąg, bo po co niby kontestować system, by później samemu go odtwarzać. Ale tak to niestety działa.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również