Kto odpowiada za „milczenie” Piusa XII w obliczu Holokaustu?

Ten temat wypłynął mi niejako przypadkowo, na marginesie lektury książki Petera Seewalda, i na tyle mnie zafrapował, iż postanowiłem nieco głębiej w nim pogrzebać. Oczywiście moje „nieco głębiej” nie oznacza nic poza przejrzeniem kilku internetowych źródeł i odnotowaniem tego, co w nich znalazłem. Jest to więc raczej pobieżny przyczynek niż jakieś wnikliwe studium. Mimo to nawet w tak zalążkowej formie wydał mi się ciekawy. Zwłaszcza że wokół milczenia czy bierności papieża Piusa XII w obliczu zagłady Żydów podczas drugiej wojny światowej co pewien czas wybuchają medialne burze.

Przyznam, że sprawą tą nigdy zbyt gorliwie się nie interesowałem. Po pierwsze dlatego, że skrzywianie wizerunków papieży przez ludzi otwarcie Kościołowi wrogich bądź po prostu nierozumiejących go ma długą i niechlubną tradycję. Po wtóre zaś, by móc wejść w tego rodzaju spór rzeczowo zamiast jedynie bić publicystyczną pianę, trzeba mieć rozległą wiedzę, której mi brak, a też nie odczuwam specjalnego przymusu jej zdobywania. Co z kolei wiąże się z tym, że – jakby to tu zgrabnie określić? – postrzeganie zagadnień związanych z Żydami jako obligo dla każdego, kto pretenduje do miana humanisty, uważam za – proszę o wybaczenie – lekką aberrację.

Rzecz, najoględniej ujmując, przedstawia się tak: pod adresem Piusa XII, którego pontyfikat przypadał częściowo na okres wojny, od dawna padają oskarżenia, że nabrał wody w usta, podczas gdy Hitler na masową skalę mordował Żydów. Obrońcy czci Eugenio Pacellego (tak bowiem brzmiały jego świeckie personalia) wskazują na trudną dyplomatyczną sytuację, w jakiej się znalazł, oraz na fakt, że ukrywał w Watykanie pod samym nosem faszystów wielu żydowskich uciekinierów. Spotkałem się nawet z teorią, jakoby odprawiał nad Hitlerem i jego zausznikami egzorcyzmy na odległość. Każda ze stron dysponuje na poparcie swych tez mnóstwem mniej lub bardziej przekonujących argumentów i chciałoby się – jak zazwyczaj w takich razach – skwitować temat nieśmiertelnym stwierdzeniem, że prawda zapewne leży gdzieś pośrodku, niemniej tu ono chyba nie wystarczy.

Wiem, że brzmię trochę jak ignorant; że być może poniżej pewnego pułapu nie wypada zejść i to, co za chwilę napiszę, wśród tzw. „ludzi na poziomie” stanowi wiedzę powszechną. Ale cóż – niewykluczone, że po prostu jestem ignorantem. Nie wstydzę się do tego przyznać, a poza tym chyba większą zbrodnią od samej ignorancji jest uporczywe trwanie w niej. Zresztą piszę tak również na wypadek, gdyby na ten mój tekst trafili jacyś inni ignoranci. No dobrze, a teraz ad rem.

W rozdziale „Ostatnich rozmów” poświęconym uczestnictwu młodego Josepha Ratzingera w pracach soboru Seewald zwraca w pewnym momencie uwagę, że Kościół katolicki de facto uciekał od kwestii Holokaustu, zamiast tego debatując o zbiorowej winie Żydów w ukrzyżowaniu Jezusa, co – jak wiemy – stanowi jeden z filarów antysemityzmu. „To zaniedbanie – zauważa dziennikarz – do dziś przyczynia się do negatywnego odbioru Kościoła.” Asumptem do owego spostrzeżenia była nie tyle sama dyskusja o postawie Kościoła względem Szoah, co raczej stanowiąca jeden z mocniejszych w niej głosów sztuka teatralna pt. „Namiestnik” autorstwa niemieckiego dramaturga Rolfa Hochhutha.

W książce jest rozbudowany przypis odnośnie tego utworu, przepisany – co odkryłem nie bez pewnego rozbawienia – niemal słowo w słowo z notki biograficznej Hochhutha w Wikipedii. Wynika z niego, że „Namiestnik” osiągnął w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych niesamowitą popularność. A ponieważ stawiał Piusa XII w jednoznacznie złym świetle, znacząco przyczynił się do podkopania jego reputacji. W PRL sztuka była wykorzystywana do antyreligijnej propagandy.

Ale najbardziej intrygująca jest geneza tego tekstu. Otóż według informacji ujawnionych w 2007 roku przez generała rumuńskiej Securitate Iona Mihaia Pacepę do pracy nad „Namiestnikiem” Hochhuth był inspirowany przez KGB. Wysoki rangą przedstawiciel radzieckich służb miał mu dostarczać materiały oczerniające papieża, co stanowiło element dużej operacji dezinformacyjnej pod kryptonimem Seat-12. W ich przygotowywaniu brała udział między innymi właśnie Securitate. Sam pisarz zaprzeczył owym doniesieniom. Dopytywany o nie telefonicznie przez redakcję „Dziennika” przerwał rozmowę. Ale po kolei.

Zacznijmy od samej sztuki. Nie ma chyba potrzeby jej tu szczegółowo streszczać. Tekstu nie czytałem, toteż byłoby to streszczenie streszczenia, czyli klasyczne masło maślane. Lecz, o ile dobrze rozumiem, jej przewodnia myśl sprowadza się mniej więcej do tego, że papież, a wraz z nim również cały Kościół hierarchiczny, uznał Hitlera za mimo wszystko mniejsze zło niż nawała sowieckiego komunizmu. Stąd ich pobłażliwość i patrzenie przez palce na wywózki do obozów śmierci. Na cokolwiek prowokacyjny zabieg zakrawa wprowadzenie do fabuły postaci „katolickiego przemysłowca”, usprawiedliwiającego niewolniczą pracę w trakcie wojny. A na dodatek ma go grać ten sam aktor, który później wciela się w rolę papieża prawiącego o „większym dobru”.

Na przeciwległym biegunie występuje „ostatni sprawiedliwy” – ksiądz, który pod wpływem moralnego wstrząsu wywołanego ugodowością kościelnej „wierchuszki” wobec nazistów coraz bardziej utożsamia się z prześladowanymi Żydami. W następstwie daje się dobrowolnie zamknąć w obozie, żeby na końcu zginąć, uprzednio straciwszy wiarę i nadzieję na zbawienie. To do niego ma się odnosić podtytuł sztuki „chrześcijańska tragedia”. Tragedia – według wyjaśnień samego autora – w znaczeniu jak najbardziej poważnym, antycznym.

Sceniczna kariera „Namiestnika”, zwieńczona w 2002 roku filmową adaptacją, zaczęła się na deskach zachodnioberlińskiego Freie Volksbühne (Teatru Wolnych Ludzi). Od razu rozpętał się dyplomatyczny skandal i gorąca dyskusja, w której udział wzięła między innymi Hannah Arendt. Nie najgorzej jak na dzieło nikomu szerzej nieznanego 32-latka, nawet przez jednego z wydawców uznane za „artystycznie chybione”. Historycy też nie pozostawili na utworze – opartym bądź co bądź na faktach – suchej nitki. Pomimo to w odpowiedzi na zmasowaną falę krytyki były organizowane komitety poparcia, w ramach których broniono sztuki pod sztandarami „prawa do wolności słowa”.

Niektórzy oponenci dzieła Hochhutha – tacy jak amerykański prawnik i komentator polityczny Ronald Rychlak – zwracali uwagę, że od samego początku było ono silnie propagowane przez ośrodki i ludzi mających związki z komunistyczną ideologią. Zdeklarowanym komunistą był jego pierwszy producent – Erwin Piscator. Podobnie wielu recenzentów, chwalących „Namiestnika” w zachodnioeuropejskiej i amerykańskiej prasie. Marksistą i żarliwym lewicowcem był wreszcie sam Hochhuth, choć jego rola w operacji Seat-12 wydaje się cokolwiek sporna. Rychlak twierdził, że według odtajnionych dokumentów brytyjskiego wywiadu z 1969 roku należy go uznawać raczej za świadomego uczestnika, a może nawet agenta wpływu działającego na terenie Niemiec, niż za narzędzie zmanipulowane przez oficerów KGB.

Właśnie, Seat-12! Jej inicjatorem miał rzekomo być sam Chruszczow, a celem – podważenie autorytetu Kościoła katolickiego w zachodniej Europie. Przypominam: mówimy tu o zamierzchłych latach 60! Na ofiarę wybrany został Pius XII, bo – jak głosiło motto projektu – „zmarli nie mogą się bronić”. Młody Hochhuth miał otrzymać sprokurowane przez Rosjan i Rumunów kompromaty od jednego z czołowych specjalistów w dziedzinie propagandy i dezinformacji – generała Iwana Agajanca.

I to w najogólniejszym skrócie byłoby mniej więcej tyle. Mój tekst nie jest ani pierwszym na ten temat, ani z pewnością najlepszym. To, jak już podkreślałem, raczej zbiór luźnych notatek. Poczyniłem je, bo ludzka pamięć bywa wyjątkowo ulotna i to, co zdawało się oczywiste pół wieku temu, dziś może łatwo się zatrzeć. Czasem aż zbyt łatwo. Kiedyś – ba, jeszcze w latach mojego dzieciństwa – gdy słyszało się na przykład o nazistach, nie trzeba było dopowiadać, że chodzi o Niemców. Chociaż… może właśnie było trzeba? Może gdybyśmy tego nie zaniedbali, amerykański prezydent nie plótłby o „Polish death camps”.

Ratzinger pytany przez Seewalda, czemu Kościół tak łatwo tę sprawę odpuścił, odpowiedział: „Wtedy pamiętano jeszcze, że Pius XII chronił Żydów, więc sztukę postrzegano jako złośliwe wypaczenie niezasługujące właściwie na niczyją uwagę. Ben Gurion, Golda Meir i wielu innych dziękowało mu gorąco za podjęcie działania. W świadomości żydowskiej reprezentował jeden z wielkich, jasnych, pozytywnych czynników.”

No właśnie… wtedy. Niezwykle pouczająca lekcja.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również