Kto jest faszystą?

Gdyby organizatorzy Marszu Niepodległości mieli w głowach choćby ociupinę oleju, a mimo to jednak zdecydowali się użyć hasła „Polska dla Polaków”, mogliby całe to poprawnościowe wzmożenie zbić jednym celnym ruchem. Tak, wiemy, z czym kojarzą się te słowa, ale zależy nam na ich pozytywnym odczarowaniu. Co z imigrantami? Że dla nich Polska już nie? A czy Syryjczykowi, który by tu przyjechał, ktoś broni poczuwania się do polskości, jeśli tego chce? Dla niego jak najbardziej też. O tym, kto ma prawo nazywać się Polakiem, nie wyrokuje kolor skóry. Z jakichś powodów nikt w szeregach Ruchu Narodowego nie wpadł na ów jakże prosty trik. A jeśli wpadł, za słabo przebiło się to do opinii publicznej.

Tak pierwotnie miał się rozpoczynać niniejszy tekst. Lecz tydzień temu (w piątek 13 listopada 2015 roku) napisanie go, a co dopiero opublikowanie, przekraczało moje siły. Wobec tragedii paryskiej nasze tutejsze naparzanki, nawet rzucone na szersze tło, wydawały mi się błahe i co najmniej nie na miejscu. Zupełnie jakbym szykował się do rozpętania nic nieznaczącej kłótni na pogrzebie, gdzie przez szacunek dla majestatu przemijania animozje wypadałoby schować jednak do kieszeni. Ale cóż, minęło kilka dni. I nie, wcale nie chodzi o to, że zwłoki ostygły, ekipy sprzątające starły krew z parkietu sali koncertowej, a nam zaczął się już nudzić żałobny kir, więc z niecierpliwością przebieramy nóżkami, by móc wrócić do przymusowo przerwanej imprezy.

Po prostu: z każdą kolejną minutą i lawiną komentarzy przelewających się przez media coraz wyraźniej dostrzegałem, iż obie kwestie łączy o wiele więcej niż początkowo mogłem sądzić. W sumie powinienem się domyślić. Wciąż sam siebie zaskakuję naiwnością. Właściwie już w sobotę było zaorane. Podczas gdy tabuny jednych kretynów ustroiły sobie zdjęcia profilowe w barwy francuskiej flagi (może nie uwierzycie, lecz już w chwili dowiedzenia się o zamachach byłem gotów założyć się, że Facebook wprowadzi taką opcję), tabuny drugich, zwietrzywszy świeże mięso, ochoczo wzięły się do rozwieszania – też na fejsie, bo wszak gdzieżby indziej – nekrologów nieboszczki Unii. I tak, owszem, określenia „kretyn” używam tu z premedytacją, absolutnie i gorzko świadom, że wyrządzam tym przykrość kilku naprawdę zacnym ludziom z grona moich „znajomych”.

Tekst w tamtej poniechanej wersji miał traktować o polowaniu na faszystów, czyli, w gruncie rzeczy, o tym, jak debata – nie tylko u nas – w coraz większym stopniu grzęźnie w pułapkach językowych klisz. Inspiracją oczywiście miały być dyskusje wybuchające rokrocznie wokół listopadowego święta. Dyskusje – mam takie narastające wrażenie – coraz bardziej rytualne i jałowe. Ale też pewna wymiana zdań, którą przeprowadziłem na Facebooku dosłownie dzień przed paryską hekatombą, a w której interlokutor raczył był zarzucić mi ów faszyzm właśnie. I cóż z tego, że nie wprost – jakby bolszewizm nie robił tu za synonim – zabolało tak samo.

Faszyzm, rasizm, ksenofobia, izolacjonizm i nacjonalizm, plus jeszcze trochę innych izmów i fobii – na dobrą sprawę można by je stosować zamiennie, bo znaczą dokładnie to samo, czyli nic, nul, słownie zero. Sztuczność tego języka odwiodła mnie kilka lat temu od flirtu z lewicą po stokroć skuteczniej niż obrazki z młodzianami skandującymi do zdarcia strun „Bóg, Honor i Ojczyzna!”, na których urok, notabene, pozostaję doskonale obojętny do dziś i ani w głowie mi się przyłączać. Mierzi mnie całe to intelektualne sekciarstwo, to zaszpuntowanie umysłów. Rzygać mi się już chce od tych wszystkich napuszonych postępowymi sloganami fanfaronów, tropiących bolszewię i zamordyzm wszędzie tam, gdzie ktokolwiek ośmiela się zgłosić votum separatum do ich jedynie słusznego poglądu na wszechświat, tudzież do ich świętej wolności, która w istocie jest ulicą jednokierunkową. Też mi wybór.

Dmowskiego nie czytałem – i chyba raczej już nie przeczytam, choć nigdy nie wiadomo – na endecji się nie znam, a po tym jak narodowcy obciągnęli druta Kukizowi, byle tylko wczołgać się do sejmu i później razem z nim nasrać na rząd Beaty Szydło, nie poszedłbym z nimi nawet na piwo, cóż dopiero na wiec. Ale dla mojego walczącego z faszyzmem i nacjonalizmem eks-przyjaciela to jeden chuj! Bo on, wielce jaśnie oświecony, i tak wie lepiej, co we mnie siedzi. Ba, on ma wykupiony abonament z nielimitowanym dostępem do mózgu Kaczyńskiego (kody aktywacyjne najpewniej były dołączone do GW, a może Jaś Kapela sprzedawał je w księgarni KP) i wie, że gdy Prezes mówi o zagrożeniach związanych z bezkrytycznym przyjmowaniem imigrantów, to gdzieś tam w skrytości marzą mu się obozy koncentracyjne i krematoria.

Nie chce mi się kolejny raz bawić w rozkminianie historycznych uwarunkowań tych aberracji. Liczy się jedynie to, że wyrosły na ich gruncie dyskurs podlanej czułostkowym humanizmem politycznej poprawności może nas wszystkich drogo kosztować. Co dobitnie pokazują reakcje zarówno na obecny kryzys imigracyjny, jak i na zdarzenia w Paryżu. Terror doszukiwania się „mowy nienawiści” w każdej wypowiedzi podważającej oficjalną agendę, tropienia rasizmu i ksenofobii, może budzić uzasadnione skojarzenia z epoką najgorszego stalinizmu, lecz przede wszystkim krępuje swobodną debatę.

A ludzie mają pełne prawo się bać. Mają prawo artykułować wątpliwości, choćby okazały się w ostatecznym rozrachunku wyolbrzymione. Więcej – mają prawo wyrażać je rynsztokowym językiem, bo na ogół spełnia on rolę psychicznego wentyla bezpieczeństwa. Zderzenie kultur musi rodzić napięcia, jednak zaiste marksistowska wiara w to, że da się je stłumić odgórnymi dyrektywami, moralnym szantażem czy też kanalizowaniem naturalnego odruchu niezgody na zło otumaniającymi akcjami w rodzaju „Je suis coś tam”, to proszenie się o katastrofę. To, co wyparte, zepchnięte w strefę cienia, w końcu wyrodnieje, a potem wybija jak odetkany ściek. I wtedy jest już za późno na argumenty. Wtedy w ruch idą noże.

Nie wiem, czy niemiecka PEGIDA jest aż tak odrażająca i niebezpieczna, jak przedstawia ją pewna mieszkająca tam od lat i gotowa bronić uchodźców własną piersią internautka. Może i tak, a może nie. Może prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku. Natomiast wiem, że jeżeli w Europie dojdzie do ludobójstwa, to bez względu na to, kto będzie jego sprawcą – fanatyczni islamiści czy wściekli w swej bezsilności postchrześcijanie – krew ofiar splami ręce zarówno ich, jak i lewicowych pseudohumanistów, którzy dzisiaj w imię swojej obłąkanej ideologii nie pozwalają nazywać rzeczy po imieniu. I kto wtedy zostanie faszystą?

Poprzednie