Książkowa bańka spekulacyjna z dziewczyną w tytule

Kilka dni temu polską premierę miała najnowsza powieść Stephena Kinga. Po sieci krąży już trochę recenzji. Choć oceny na Lubimy Czytać są – jak na razie – umiarkowanie pozytywne, tak zwane serwisy branżowe „Koniec warty” raczej postponują jako rzecz nieudaną i blady cień dawnych dokonań niegdysiejszego króla strachu. Najciekawsze jest jednak nie to, co się o książce mówi, lecz hierarchia tych wypowiedzi. Bo oto okazuje się, że od treści znacznie ważniejsza jest strategia promocyjna – czy też w tym konkretnym wypadku jej zupełny brak – oraz to, na ile King wypełnił gatunkowe ramy, które przecież obiecywano.

Tu od razu zdradzimy, że według znawców tematu raczej nie wypełnił. Niektórzy poczuli się srodze zawiedzeni, by nie powiedzieć oszukani. Miał być kryminał, a jest jakieś licho jedno wie co. Tylko kto ich w tę butelkę nabił? Sam King, który coś zadeklarował i się z tego nie wywiązał, czy marketingowa machina, która tak a nie inaczej ukierunkowała oczekiwania? Kinga nie ma co żałować. Po pierwsze z głodu i tak nie umrze, a po wtóre określając się wiele lat temu mianem literackiego odpowiednika big maca z frytkami, sam dobrowolnie zgodził się przyjąć posadę rzemieślnika dostarczającego klientowi towar. Towar, przyznajmy, naprawdę dobrej jakości, o niebo wyższej niż urobek setek jego kumpli z tej samej taśmy produkcyjnej, ale wciąż tylko towar.

Kwestia leży gdzie indziej i kazus Kinga dobrze ją sygnalizuje. Bo o ile jeszcze stosunkowo niedawno marketing był po prostu niezbędnym dodatkiem do książki, o tyle obecnie stanowi właściwie integralną część obcowania z nią. Książkę już od podstaw kreuje się jako swoiste multimedialne wydarzenie, w którym to, co powinno stanowić jej zasadniczy miąższ, czyli jej treść, przekaz lub jakkolwiek zechcemy to nazwać, schodzi na drugi, a być może i trzeci plan. Mogą być i czyste kartki, byle dało się wymyślić sposób, jak je umiejętnie sprzedać.

To, podobnie jak fetyszyzacja samego aktu czytania, świadczy oczywiście o inflacji literatury. Ciekawie proces ten wygląda właśnie od strony przemysłu wydawniczego. W „Wyborczej” ukazał się niedawno tekst pod tytułem „Zobacz od środka fabryki bestsellerów”, z którego dowiemy się między innymi, że aby w dzisiejszych czasach tytuł żarł, warto umieścić w nim słowo „dziewczyna”, a już idealnie byłoby, gdyby była ona przed trzydziestką, posiadała psa i – broń Boże! – zero mężów. Małżeństwo się nie sprzedaje. Lepiej ponadto nie przesadzać ze scenami łóżkowymi. A tak w ogóle rzekomo istnieje już algorytm, który na podstawie analizy statystycznej tekstu (stylometrii) próbuje przewidywać czytelnicze trendy.

Najbardziej jednak frapuje część poświęcona pieniądzom. I nie tyle chodzi mi tu o milionowe zaliczki dla debiutantów, co do których agent / wydawca ma nosa, że wstrzelą się w trend, co raczej o samą filozofię, którą autorka porównuje do klasycznej bańki spekulacyjnej. Czyli mówiąc wprost: pompujemy, ile wlezie, by uczynić z książki wielki hit – najlepiej nim autor jeszcze postawi ostatnią kropkę – a ludzie to kupią. No bo niby jak tu nie kupić, skoro rzecz stała się bestsellerem, zanim jeszcze egzemplarze opuściły hurtownię, a prawa do ekranizacji nabyło 20th Century Fox, gdy historia była wciąż w fazie konspektu? A więc samospełniająca się przepowiednia – stara marketingowa sztuczka mająca nakręcić koniunkturę.

Jak to z bańkami spekulacyjnymi bywa, dobitnie pokazał kryzys 2008 roku. Tutaj może być podobnie. Gdy każdy autor nagle zostaje „złotym dzieckiem literatury”, a każda książka – no, przynajmniej ta, której wydawnictwo zapewni odpowiedni PR – awansuje do rangi „dzieła dekady”, rzeczywiście trudno nie oczekiwać, że prędzej czy później ten balon pęknie. I to z jakim hukiem. Czy będzie mi go żal? Bynajmniej. I to wcale nie dlatego, że chyba nie mam szans na lot nim ku gwiazdom. Jako pisarz polski z góry stoję tu na przegranej pozycji. Nie dla nas bowiem te frukty.

Oczywiście samo zjawisko merkantylizacji sztuki nie jest nowe. To prawda, że mnóstwo dzieł dziś uważanych za wybitne zostało skomponowanych, namalowanych lub wyrzeźbionych na zamówienie. Film w swych pierwotnych założeniach również miał być jarmarczną rozrywką, zaś to, że niektóre jego odnogi wyewoluowały w nieco bardziej skomplikowane organizmy, należy przypisać niezwykłej ludzkiej zdolności do przekraczania własnych granic. Nie inaczej jest z literaturą. Zawsze była ta groszowa, co samo w sobie jest jak najbardziej w porządku, tyle że obok niej funkcjonowali tacy zawodnicy jak Proust, Joyce, Gombrowicz czy Kafka. Dziś nie mieliby najmniejszych szans zaistnieć. I to już absolutnie w porządku nie jest.

Bo choć zjawisko może i nienowe, to dynamiczny rozwój popkultury w drugiej połowie XX wieku nadał mu bardzo niebezpieczny wymiar, którego fazę kulminacyjną obserwujemy. Gombrowicz dziś nie przebiłby się do masowej uwagi nawet nie tyle ze względu na to, że nie wpasowałby się w wydawnicze trendy, ale po prostu dlatego, że wraz z inflacją artystycznej wartości literatury zanika również namysł nad nią. Nie ma już właściwie krytyki ani eseistyki okołoliterackiej. Zastąpiła ją reklama – agresywna, bezprzedmiotowa, obliczona wyłącznie na zysk.

Nie oszukujmy się: Gombrowicz wcale się super nie sprzedawał. Jest nawet taka anegdotka dotycząca bodaj „Transatlantyku”, że pewien paryski bukinista, gdy po iluś miesiącach udało mu się upłynnić jeden egzemplarz, z wrażenia aż zadzwonił do Giedroycia, żeby mu się tym pochwalić. Tylko że byli ludzie, którzy w tym Gombrowiczu dostrzegli jednak coś istotnego. A na dodatek mieli gdzie to ogłosić, bo nie wymagano od nich jedynie sponsorowanej przez wydawcę recki na trzy i pół tysiąca znaków. I to w kulturze zostało. Czy cokolwiek zostanie po naszych dziewczynach z pociągów, Kosogłosach lub diamentoskórych wampirach? Nie wiem.

W pewnej dyskusji nad wzmiankowanym artykułem padł argument, że przecież Mickiewicz i Słowacki też pisali na zamówienie. Może nie w sensie dosłownym, ale – jak rozumiem – idzie tu o swego rodzaju zamówienie społeczne. Analogia ta wydaje mi się o tyle nie trafiona, że co prawda poruszali się w jakimś konkretnym duchu, kontekście epoki, niemniej był to pewien intelektualny klimat, a nie konwencja narzucona przez marketingowców. Poza tym warto by jednak rozróżnić pomiędzy tworzeniem się mód i dostosowywaniem się do nich – nawet z czysto koniunkturalnych pobudek – a inwazyjnym urynkowieniem i wymuszaniem przez nie określonych typów zachowań. Zarówno u odbiorców, jak i twórców.

Z artykułu można wysnuć wniosek, że wydawcy nadmuchują tę bańkę po prostu ze strachu. Z czysto ludzkiego strachu przed finansową klęską. Wiadomo jak jest: nakłady książek spadają, czytanie ma coraz silniejszą konkurencję, a trudno nagle z wydawcy przekwalifikować się na roznosiciela ulotek. Co więc robimy? Wmawiamy światu, że bez naszego produktu nie może żyć. Tylko co, gdy ten świat się zorientuje, że robimy go w trąbę, bo „dzieło dekady” okazało się sprawnie uszytym, lecz mimo wszystko przeciętnym czytadełkiem?

Z tym jest jak ze sztucznym kreowaniem czytelniczego snobizmu. W bliższej perspektywie może coś zyskujemy, ale w dalszej podpiłowujemy gałąź, na której siedzimy. W pogoni za mierzalnym w słupkach sprzedażowych efektem zabijamy duszę literatury. Widzę to po sobie. Kiedyś uwielbiałem buszować po księgarniach. Teraz przerażają mnie półki uginające się pod ogromem tej nikomu niepotrzebnej makulatury. A jeszcze bardziej przytłacza świadomość, że chce mi się ją wcisnąć na siłę. Bo na przykład wydawca zapłacił kilkanaście tysięcy, żeby to jego makulatura waliła mnie po oczach zaraz przy wejściu.

Ale jest też, proszę państwa, jasny promyk nadziei w tym tunelu pełnym mroku. Jak donosi jeden z internautów, w warszawskim metrze pojawiły się billboardy „Końca warty”. Zatem oddychamy z ulgą. A potem udajemy się do wydawnictwa i pierwsze, co słyszymy na „dzień dobry”, to: Czy planuje pan serię? A właściwie dlaczego nie napisał pan kryminału? Bo jakby pan napisał kryminał, to przynajmniej byśmy wiedzieli, jak to sprzedać. Widzi pan, co się temu biednemu Kingowi przytrafiło? A ja, rozumisz pan, kredyt spłacam.

Polecam również