Konserwatyzm też może być post

Jak ogólnie wiadomo, w naszej zachodniej cywilizacji właściwie wszystko już jest post. Aż dziw, że jeszcze od tej hiperascezy nie poumieraliśmy. Nawet, psiakrew, na blogu opublikuję post. Obiad, który zjem, gdy go skończę, też będzie post, bo jako postchrześcijanin zachowuję z jakichś nie do końca zrozumiałych powodów zewnętrzne formy, niezbyt potrafiąc odnaleźć już ich duchowy sens. No dobrze, ale lingwistyczne żarciki na bok. Zagadnienie postprawdy, który to termin zrobił dopiero co oszałamiającą medialną karierę, kiedy kolegium redakcyjne Oxford Dictionary wybrało go na słowo minionego roku, to jednak poważny temat.

Nie sądzę, bym był w stanie napisać o nim coś, czego w ciągu ostatnich tygodni nie napisali wszyscy, którzy w jakikolwiek sposób wzięli go na warsztat. Moja aktywność ograniczyłaby się raczej do odnotowania ku potomności, że taka kwestia w ogóle istnieje i że stanowi ważki składnik charakterystyki naszej epoki. Może nie tylko naszej, ale naszej szczególnie z uwagi na pewne procesy cywilizacyjne, które umożliwiły temu zjawisku aż tak dynamiczny rozwój. Chodzi tu oczywiście zwłaszcza o media, nowe metody szybkiego dystrybuowania informacji itd. Co z kolei rzutuje na politykę, a nawet kulturę, skąd przecież to ukute na początku lat 90 pojęcie pierwotnie się wywodzi.

Rzeczywiście za swoisty fenomen należy uznać fakt, iż z niszowych humanistycznych esejów autorstwa m.in. Steve’a Tesicha, czytywanych jedynie przez gości w marynarkach z łatami na rękawach, spłynęło do głównonurtowego dyskursu. Przypomnijmy więc, dla porządku, o co w ogóle idzie. Otóż postprawda bądź też – jak często bywa zapisywana – post-prawda to termin odnoszący się do, lub opisujący sytuację, w której obiektywne fakty mają mniejsze znaczenie w kształtowaniu opinii publicznej, niż odwołania do emocji i osobistych przekonań. I tyle w suchej teorii, bo później, zresztą w myśl reguł samej tejże postprawdy, każdy z zajmujących się nią autorów ciągnie, zależnie od ideowego uposażenia, w swoją stronę: ci bardziej na lewo będą na przykład upatrywać jej triumfu w wygranej populisty Trumpa, zaś ich oponenci – w, dajmy na to, forsowaniu ideologii gender.

I tu mógłbym w zasadzie postawić kropkę i wreszcie iść na ten obiad, gdyby nie dwa teksty, które w ostatnich dniach zaskakująco mi owo ciut jednak mętne, choć na pewno intelektualnie atrakcyjne zagadnienie skonkretyzowały, ukazując wymiar związanych z nim zagrożeń, który chyba póki co nam umyka. Chodzi mi mianowicie o wywiad z Aleksandrem Duginem w tym samym numerze „Do rzeczy”, w którym ukazał się tekst Grzegorza Brzozowicza o radiowej Trójce, oraz o artykuł Piotra Skwiecińskiego „Trendsetterzy pustki” z tygodnika „wSieci” nr 3/2017. O niego nawet bardziej, ponieważ daje wstrząsającą teoretyczną podbudowę pod to, co rubaszny Dugin zaprezentował w praktyce.

Skwieciński rozpoczyna wywód od stwierdzenia, że polska prawica coraz bardziej nie pasuje do swoich nominalnych odpowiedników na Zachodzie. Mało tego! Przestaje też pasować do świata, którego narodzin zarówno tworzący ją politycy, jak i sekundujący im intelektualiści wyglądają niczym jutrzenki, czyli do tak opiewanego choćby na łamach „wSieci”, tudzież ich internetowych ekspozytur, świata buntu przeciw lewicowo-liberalnej dominacji. Ten bunt jest faktem, tyle że na zachodzie ma ewidentnie prorosyjski wydźwięk.

O tym istotnie niewiele się u nas mówi, tak jakby chciało się to zepchnąć w strefę tabu. Różni zachwyceni zrzucaniem gorsetu politpoprawności konserwatywni publicyści kopią grób dla „wyperfumowanej cioty” i z lubością odnotowują kolejne sondażowe skoki AFD bądź Frontu Narodowego, jednak fakt nieodporności tych ugrupowań i ich liderów na powiew rosyjskiej odnowy moralnej, której ideologiczną twarzą jest zarośnięty jak Tołstoj Dugin, jakoś tak im umyka. Czyżby nie chcieli mieszać dla dobra sprawy? Ale skąd w takim razie diagnozowane przez Skwiecińskiego nieprzystosowanie? Czyżby z przyrodzonej Polakom, a swoiście naszej prawicy, rusofobii, która nie pozwala nam dojrzeć do mądrości etapu?

Bynajmniej. Pomijając historyczną empirię, która pozwala nam oceniać rosyjskie zapędy ciut bardziej realistycznie niż zachodnim pięknoduchom, chodzi według Skwiecińskiego po prostu o to, że całe to uskuteczniane także przez Dugina w „Do rzeczy” prawienie o konserwatywnej kontrrewolucji, obronie chrześcijaństwa przeciw zgniłemu tęczowemu nihilizmowi, samo jest czystą pustką i nihilizmem instrumentalnie wykorzystującym pewne zewnętrzne atrybuty do jedynego nadrzędnego celu – ekspansji. W końcu to nie kto inny jak Rosjanie stworzyli świat, w którym prawda absolutna nie istnieje.

W tej w gruncie rzeczy na wskroś postmodernistycznej, pełnej kostiumów oraz zmienianych zależnie od potrzeb masek rzeczywistości wczoraj burzyliśmy cerkwie i mordowaliśmy kler, a dziś bez jakiegokolwiek poczucia zażenowania obsypujemy ich kopuły złotem. Nocne wilki obwożą na swych motocyklach prawosławne ikony wraz z portretami Stalina, a zapytani, jak udaje im się to aksjologicznie połączyć, odpowiadają z rozbrajającą szczerością, a też pewnie z wiarą we własne słowa, że nie im to sądzić, że kiedy wycinasz nowotwór, musisz też usunąć część zdrowej tkanki. Ludziom żyjącym w tak zdefiniowanej duchowej przestrzeni faktycznie wolno wszystko.

I tu wkracza Dugin ze swoim… hm… diabolicznym? kuszeniem. Przyznam, że gdy czytałem ten wywiad z nim, co rusz przypominała mi się wykładnia rosyjskiego nihilizmu pokazana w „Montażu” przez Vladimira Volkoffa. Dosłownie czułem tę jaszczurczą śliskość, ten szept: poddaj się nam, a będziesz mógł sobie istnieć; przecież jesteśmy braćmi, wywodzimy się z tego samego słowiańskiego pnia, jak się dogadamy na poziomie ideologii, to z resztą też się dogadamy. A najgorsze, że ta fałszywa pieśń miejscami naprawdę brzmiała bardzo słodko dla ucha mimo wszystko na konserwatywne tony wrażliwego. I tak na szyi zadzierzga się pętla.

Z tak zwanego „Archiwum Mitrochina”, czy choćby szerzej znanych wspomnień Suworowa, wiemy, że w czasie zimnej wojny zachodnie ruchy lewicowe były do cna spenetrowane przez sowiecką agenturę. Wyglądałoby więc na to, że teraz, gdy wiatr historii wieje w przeciwnym kierunku, sytuacja może być analogiczna, tyle że z odwróconym wektorem. Dla ludzi, którzy nie widzą różnicy między Matką Boską i masowym zbrodniarzem, to wszak żaden problem. Tylko jedno pozostaje constans: cyniczny uśmieszek kagiebisty, który przywoływany przez Skwiecińskiego brytyjski dziennikarz z przerażeniem dostrzegał na twarzach przedstawicieli nowych rosyjskich elit.

Przywykliśmy uważać, że to właśnie liberalno-lewicowe myślenie jest źródłem relatywizmu, podczas gdy konserwatyści stoją na straży odwiecznych wartości. O tym, że ów relatywizm wcale nie jest tak względny, że pod maską rozmontowywania uświęconych norm proponuje własną dość w gruncie rzeczy spójną i konsekwentną aksjologię, już kilka razy zdążyliśmy się przekonać. Ale że to, co powszechnie się z tymi normami utożsamia, może służyć za fasadę? No, to jednak lekka niespodzianka.

Po wygranej Trumpa oraz sukcesach prawicowych partii w zachodniej Europie sporo ludzi o konserwatywnej orientacji, również w tradycyjnie „rusofobicznej” Polsce, nie kryje radości i nadziei, słysząc powtarzaną coraz głośniej mantrę o budzeniu się tamtejszych społeczeństw. Podczas gdy lewicowcy mielą wyświechtane i też mocno postpolityczne frazesy o populizmie i nacjonalizmie, Marine Le Pen proklamuje narodziny nowego świata. Tylko pytanie, jaki ten świat ma być i kto ustanowi – a może już ustanawia – jego architekturę.

Fot Wierni Polsce suwerennej


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również

  • Tekst zacząłem pisać w piątek. Stąd to napomknięcie o postnym obiedzie. Skończyłem w niedzielę, ale już nie chciało mi się zmieniać.