To i owo

Czy zbliża się koniec internetu, jaki znamy?

Kiedyś – dla mojego pokolenia właściwie przedwczoraj, dla urodzonych choćby dziesięć lat później w epoce kamienia łupanego – było tak, że aby obejrzeć jakiś film, należało pójść do kina albo poczekać, aż wyemituje go telewizja. Istniała oczywiście jeszcze opcja z kasetami wideo. Muzykę kupowało się najpierw na kasetach magnetofonowych (co to w ogóle był ten cały magnetofon?), następnie na pięknie tęczujących płytach kompaktowych, które wielu z nas uważało za przełom na miarę wynalezienia druku i wierzyło, że to, co na nich zapisano, przetrwa setki lat, nawet jeśli będzie się ich używać jako talerzyków do sałatek.

Gazety wychodziły na papierze. Co prawda istniała stanowiąca prehistoryczny odpowiednik współczesnych portali telegazeta, którą można było czytać na ekranie telewizora, lecz mało kto miał sprzęt z odpowiednią płytką… lub czymś tam. A nawet jeśli miał, to i tak uważał ten wynalazek za ciekawostkę bez znaczenia. Czyli mniej więcej tak jak dzisiaj. Podobno były czasopisma na dyskietkach, jednak z tego, co wiem, dotyczyły zagadnień informatycznych i interesowali się nimi najbardziej zagorzali komputerowcy. Książki, nawiasem mówiąc, także były tylko papierowe. O e-bookach słyszeli chyba najwyżej najdociekliwsi technomaniacy.

O świecie wiedzieliśmy tyle, ile pokazały duże media. To zatrudnieni w nich redaktorzy wraz z wąską grupą wyselekcjonowanych autorytetów decydowali o tym, co i jak mamy myśleć o polityce albo sprawach społecznych. Gust w absolutnie każdej dziedzinie kultury meblowali nam zawodowi recenzenci. A prym w tym wszystkim wiodła, rzecz jasna, telewizja, która na dodatek miała na nas niezawodny bat pod postacią ramówki. I bat działał, bo jeszcze pod koniec lat dziewięćdziesiątych całkiem sporo ludzi z niezrozumiałych dla mnie przyczyn nie umiało zaprogramować nagrywania w magnetowidzie. Tylko co to, do cholery, w ogóle był ten cały magnetowid?

Teoretycznie funkcjonował wolny rynek, więc mogłeś założyć własne medium o dowolnej proweniencji. I niektórzy zakładali, a jakże. W praktyce, jeżeli nie dysponowałeś kilkoma wagonami gotówki lub mocnymi plecami, gdzie trzeba – a najlepiej jednym i drugim – nie miałeś najmniejszych szans. Niby mogłeś sobie nakręcić, co ci się tylko żywnie spodobało, kamerą VHS, ale i tak nie było tego gdzie wrzucić. Mogłeś robić gazetę, ale jeśli chciałeś wybić się ponad poziom drukowanego na domowej drukarce lub odbijanego na ksero zinu dla garstki znajomych… no właśnie. Mogłeś bawić się w radio… a zresztą, rozumiecie, o co idzie.

Internet rozwijał się gdzieś na marginesie. Mnie osobiście pasjonował niewiele bardziej niż telegazeta. Nie wierzyłem, że kiedykolwiek stanie się alternatywą dla prawdziwych mediów. A jednak na przełomie tysiącleci cybernetyczna bomba wybuchła. I oto nagle wszyscy stali się nadawcami. Zawodowych dekoratorów gustów wymietli blogerzy i użytkownicy mediów społecznościowych. Wystarczyło parę kliknięć myszką i już mogłeś się nazywać wydawcą. Wystarczył byle telefon z kamerką oraz dostęp do YouTube i jęły się wyrajać całe tabuny samozwańczych gwiazd, a zasięgi niektórych zawstydzały dawne analogowe bożyszcza.

Każdy z naszkicowanych tu powyżej światów ma swoje wady i zalety. W tym internetowym niby wszyscy mają równe szanse i dostęp do narzędzi, o jakich jeszcze ze dwadzieścia lat temu przebąkiwali co najwyżej futurolodzy. To jednak powoduje chaos i zanik jakichkolwiek hierarchii. Ma też negatywny wpływ na tradycyjne media, nie mówiąc już o politykach. Na kuriozum zakrawa sytuacja, gdy od kilku wpisów na Twitterze zależą wyniki wyborów. Albo gdy grupka anonimowych twórców memów może zniszczyć czyjś wizerunek, a „poważne” portale jeszcze zrobią z tego wielki news.

Z kolei ten przedinternetowy może był bardziej feudalny, choć z drugiej strony był też chyba cichszy, spokojniejszy. Łatwiej było się w nim zdystansować. Przestrzeń publiczna nie była tak potwornie przesiąknięta wścieklizną, pogardą i zwykłą głupotą. Wszelkiego autoramentu hejterzy mogli co najwyżej smarować po murach. Muszę się przyznać, że im jestem starszy, tym bardziej za nim tęsknię. Sieć, dając więcej wolności, zarazem uwydatniła najpodlejsze cechy naszej natury. Takich nostalgików jak ja jest więcej i wygląda na to, że mogą powoli odkorkowywać szampany.

Oto bowiem po sieci – no bo gdzieżby indziej? – krąży alarmująca informacja, że Parlament Europejski szykuje nam coś po stokroć gorszego niż ACTA. Coś, co – jak straszy Bolesław Breczko na technologicznych stronach Wirtualnej Polski – sprawi, że możemy zapomnieć o internecie, jaki znamy. A konkretnie chodzi tu o dyrektywę o prawach autorskich i jednolitym rynku cyfrowym, która ma być głosowana w Brukseli już w czerwcu. A właściwie dopiero, bo początkową datą miał być kwiecień.

Z pozoru wszystko prezentuje się świetnie – ot, kolejny ulepszacz naszego i tak niezwykle szczęśliwego życia. W założeniu Komisji Prawnej PE dyrektywa ma chronić twórców treści, przeciwdziałać plagiatom i kradzieży oryginalnych materiałów. Ma również – jak zaznacza Breczko – dać tymże twórcom poważny zastrzyk finansowy. Oczywiście nie bezpośrednio – zapłacą za to zwykli użytkownicy internetu. A jak owo dobro ma się dokonać? Na przykład poprzez zakaz udostępniania skrótów artykułów na portalach społecznościowych, czyli coś, co dziś stanowi w sieci chleb powszedni.

Komisja – oczywiście wyłącznie dla dobra wydawców – chce, by czynność ta była odpłatna. Dodatkowo mają zostać wprowadzone rozwiązania, które nałożą na właścicieli serwisów w rodzaju Wykopu, Facebooka lub Twittera obowiązek automatycznego sprawdzania każdego materiału jeszcze przed jego upublicznieniem. Oczywiście jedynie po to, by się upewnić, że nie narusza on czyichś praw autorskich. Jak zauważa Breczko, już dzisiaj taka prewencyjna cenzura działa na YouTube, co powoduje masę kłopotów i zadziwiających paradoksów. Na przykład usunięcie wideo z wykładu, na którym w tle słychać fragment utworu muzycznego, czy blokada artysty za wrzucenie klipu, na którym śpiewa własną piosenkę.

Najzabawniejsze, że dyrektywie w obecnym brzmieniu sprzeciwiają się zarówno niektórzy politycy i aktywiści – eurodeputowana z ramienia Partii Piratów Julia Reda uważa, że nowe prawo zagrozi wolności słowa i utrudni dostęp do informacji – jak i potencjalni beneficjenci. Co akurat nie powinno dziwić, bo przecież każdy, kto choć trochę działa w internecie, zdaje sobie sprawę, że napędzana przez użytkowników klikalność jest walutą nieomal tak cenną jak pieniądze, a w wielu wypadkach wręcz się na nie bezpośrednio przelicza.

Cieszyć się będą mogli tylko najwięksi. Oni zostaną. Reszta – w tym również takie mikrusy jak ja – będzie musiała zwinąć kram. Albo odejdziemy dobrowolnie, albo będzie nas można zneutralizować pod lada pretekstem – choćby takim, że zapomnieliśmy oznaczyć graficzkę lub że na wykonanym przez nas samych zdjęciu przypadkiem pojawi się jakieś zastrzeżone logo. Może i fatalizuję, lecz kiedy słyszę choćby o przygodach youtuberów, taki scenariusz wcale nie wydaje mi się nieprawdopodobny. Szansa, że to akurat mnie ktoś będzie musiał zapłacić, wydaje się mniejsza niż tyłek komara.

Oczywiście cała sprawa ma także wydźwięk polityczny. Co gorętsze głowy alarmują już, że owa dyrektywa będzie doskonałym narzędziem kontroli. Jeśli nie będzie można swobodnie linkować, praktycznie zamrze jakakolwiek debata. Jeżeli za upichcenie zwykłego głupiego mema będzie ci grozić kara, szlag trafi satyrę. Jeśli będzie można zamknąć dowolny portal, stosując zasygnalizowane powyżej metody, nie pozostanie już nikt, kto by patrzył władzy na ręce i ją recenzował. Mogę sobie niestety wyobrazić, że ten argument pozytywnie rezonuje w głowach wielu zasiadających w PE decydentów, i to niezależnie od prezentowanej opcji.

A w gruncie rzeczy – o ile naprawdę jest tak źle – wszystko sprowadzi się do jednego: do powrotu opisanego na początku świata, w którym garstka monopolistów mogła dyktować masom to, co uznawała za stosowne, ty zaś mogłeś być jedynie biernym konsumentem z pilotem w ręku. Znowu będzie cicho i spokojnie. Zniknie cały ten chłam, który dziś zalewa sieć. Znów prawo do nadawania uzyskają tylko wybrani. Tyle że… wcale tak nie będzie. Nie będzie, bo nigdy nie ma powrotu do tego, co było.

Jestem jak najdalszy od idealizowania internetu. Właściwie im lepiej go znam, tym mniej go lubię. Dawniej uważałem, że panujące w nim totalne bezhołowie nie wróży mu zbyt dobrze na przyszłość. W prywatnym dzienniku, który wówczas prowadziłem, wstydziłem się pisać, że o czymś przeczytałem w sieci – bo a nuż za sto lat ktoś te bruliony odkryje i dowie się, jakim byłem ignorantem i leniem. Dziś, gdy internet praktycznie pożarł wszelkie inne kanały komunikacji, a jego anarchistyczna dusza jest coraz bardziej temperowana, dostrzegam w nim wiele niebezpieczeństw. Strach pomyśleć, co się wydarzy, kiedy któregoś dnia padnie.

Zresztą nawet bez specjalnych uregulowań coraz wyraźniej widać, jak w sieci odtwarzają się dawne hierarchie i zależności. Potencjalnie każdy może nadawać, a jego komunikat może dotrzeć do milionów odbiorców, w praktyce jednak liczy się ten, kto ma więcej forsy na promocję na fejsie. A i z tym ostatnio bywa krucho. Niby panuje pełna wolność słowa, ale zarządcy platform społecznościowych nie kryją, że niektóre idee są im bliższe niż inne, więc te, z którymi nie sympatyzują, mają pod górkę.

To przez internet doczekaliśmy się legislacyjnych kretynizmów w rodzaju RODO. Pani w aptece, gdzie ostatnio odbieraliśmy z Lubą zamówienie – złożone nomen omen online, bo jakżeby inaczej – powiedziała, że przez RODO nie może nas zapytać o nazwisko, mimo iż przedtem nie było z tym problemów. Na dobrą sprawę nie powinienem też dotykać laptopa Lubej, bo trzyma w nim dane firmy, w której pracuje, i pouczono ją na szkoleniu, że musi je chronić nawet przed domownikami. To właśnie takie drobiazgi sprawiają, że rzeczywistość w coraz większym stopniu odbieram jako paranoiczny syf. I to wszystko dzięki internetowi!

Z drugiej strony weźmy piracenie filmów. Jeszcze kilka lat temu tyle się o nim gardłowało. Były spektakularne zamknięcia stron. A potem przyszedł Netflix i pozamiatał. Okazało się, że ci wstrętni, rozglądający się tylko, co by tu ukraść, internauci są gotowi płacić rozsądne ceny za dostęp do prawilnych treści. Załatwił to sam rynek bez konieczności wprowadzania drakońskich ustaw. Już nawet CDA przechodzi na legal, a lada dzień zapewne usłyszymy, że Chomikuj dogaduje się z producentami. Można? Można.

Głosowanie już za niecałe trzy tygodnie. Ciekawe, czy doczekamy się masowych protestów jak w przypadku ACTA. Sądząc po panującej w eterze niezmąconej ciszy w temacie, śmiem raczej powątpiewać. I nie żebym ja sam rwał się do wybiegania na ulice w maseczce Guya Fawkesa. Żywię coraz głębszy, graniczący niekiedy wręcz ze wzgardą, sceptycyzm wobec wszelkich pospolitych ruszeń. Zawsze – prędzej czy później – wyradzają się one we własne karykaturalne, spotworniałe i zawłaszczone przez politykę przeciwieństwo.

Tak jak coraz gęstszy splot przepisów, mający rzekomo zapewnić nam komfort, stopniowo zmienia się w jedwabny sznur, na którym w końcu któregoś dnia, z frazesami o wolności na ustach, radośnie się powiesimy. Bo tak już po prostu działa ten nasz najlepszy z możliwych, chory, smutny świat. Niektórzy wciąż naiwnie wierzą, że właśnie internet jest lekarstwem na ów tanatyczny popęd. No cóż, nie jest. A zresztą gdyby nawet był, to i tak nie pozwolono by mu zadziałać. Zbyt wielu ma zbyt dużo do stracenia.


Grafiki: Pixabay tu, tu i tu.

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.