Klub Mefista, czyli Tess Gerritsen bawi się w Polańskiego

Zaczynam pisać ten tekst w niemiłosiernie upalne wtorkowe popołudnie. Wiatrak ledwie się wyrabia. Aplikacja pogodowa w moim smartfonie pokazuje trzydzieści jeden stopni i pełne słońce, chętnie więc zanurzę się w mroźny nastrój powieści Tess Gerritsen. Co prawda jej bostońska zima nie jest taka do końca sielankowa, bo po mieście grasuje morderca, który zostawia za sobą poćwiartowane ciała oraz dziwne satanistyczne znaki, ale powiedzmy, że mogę spróbować wziąć to z dobrodziejstwem inwentarza. W końcu świat nie jest doskonały. Przynajmniej tu, na tym kosmicznym łez padole.

Sięgnięcie po prozę Gerritsen to kolejny etap mojego zaprzyjaźniania się z kryminałem. Nie zamierzam tu udawać, że kierowały mną inne pobudki niż chęć niezobowiązującej rozrywki, tudzież sława autorki. Chciałem wreszcie przekonać się, o co tyle szumu. Zwłaszcza że gdy pierwszy raz zetknąłem się z tym nazwiskiem, jakoś tak dziwnie skojarzyło mi się z typową amerykańską panią w średnim wieku z bogatych przedmieść, która trochę się w życiu nudzi i naoglądawszy się CSI, postanowiła dla zabawy sama zacząć pisać. Kiedy jednak internety doniosły z dumą, że Gerritsen wychwala dokonania naszego rodzimego czynownika Mroza Remigiusza, stwierdziłem, że to już nie przelewki, i kwestię bezwzględnie trzeba obadać.

Oczywiście, jak to ja, zabrałem się do tego od tak zwanej dupy strony, bo „Klub Mefista” to szósty tom serii przygód detektyw Jane Rizzoli i doktor Maury Isles. Oczywiście miałem tę wiedzę, przystępując do lektury, więc nie dezorientowały mnie odniesienia do poprzednich powieści. Poza tym, jak wyczytałem w opiniach, jest to część wyłamująca się z całokształtu poprzez poruszane w fabule wątki okultystyczne. Świadczy o tym zresztą już sam tytuł oraz blurb.

Powieść składa się z trzech wzajemnie się uzupełniających historii. Ta główna to oczywiście śledztwo w sprawie serii brutalnych morderstw dokonanych w Bostonie w okolicach Bożego Narodzenia. Pierwsza ofiara, napadnięta we własnym mieszkaniu, została rozczłonkowana. Jej odciętą głowę policja znajduje w kręgu narysowanym czerwoną kredą – lub czymś, co ją przypomina – na kuchennej posadzce. Ściany pokrywają tajemnicze symbole nakreślone tą samą kredą. Morderca napisał nią też słowo „zgrzeszyłam”. Później z jego rąk ginie między innymi młoda policjantka i pani psychiatra, która zawodowo zajmuje się zwyrodnialcami.

Kolejny temat, zresztą inicjujący fabułę, to dzieje osieroconego przez ojca chłopca, który po pogrzebie trafia do domu kuzynów. Początkowo ma zostać tylko na kilka dni, bo upiera się, że przyjedzie po niego niewidziana od dawna matka. Potem jednak, wyraźnie oczarowany wdziękami nastoletniej krewniaczki, zmienia zdanie i… cóż, powiedzmy, że będzie to całą rodzinę nadzwyczaj drogo kosztować. Co prowadzi nas do ostatniej nitki – losów tej właśnie dziewczyny, która już jako dorosła kobieta włóczy się po całej Europie, usiłując uciec przed demonicznym prześladowcą.

Jest wreszcie tytułowy Klub Mefista, czyli coś w rodzaju stowarzyszenia, międzynarodowej fundacji, a może po prostu grupy ekscentryków, której członkowie zajmują się – ni mniej, ni więcej – badaniem (w sensie jak najbardziej naukowym) istoty zła. Wierzą, że zło nie tylko przyjmuje fizyczną postać, uosabiając się w rozmaitych zwyrodnialcach, psychopatycznych szefach firm, a nawet niektórych politykach, ale też, że stanowią oni jakby odrębny gatunek, przypominający homo sapiens, mimo to nie będący nim ani duchowo, ani biologicznie. A co więcej, owe kreatury tworzą globalną sieć wzajemnych powiązań.

No i – last but not least – mamy główne bohaterki. Choć są skrajnie od siebie różne, łączy je przyjaźń, która poczęła się w jednej z wcześniejszych powieści w nader dramatycznych okolicznościach. Detektyw Rizzolli jest twardą jak stal policyjną heroiną, ale kiedy odkłada kaburę, staje się wzorową opiekunką domowego ogniska. Doktor Isles to z kolei singielka, która emocjonalny chłód i dystans wobec ludzi rekompensuje sobie pracą w prosektorium. Zmarli są, kolokwialnie ujmując, łatwiejsi w obsłudze. W przeciwieństwie do żywych nie są w stanie cię skrzywdzić. Na dodatek Isles dźwiga piętno bycia córką seryjnej morderczyni.

A ponieważ – jak nauczał niezrównany profesor Lattimore – w kryminale równie ważne jak intryga są wątki poboczne, niezwiązane z nią bądź związane bardzo luźno, nie brakuje ich i tu. I tak oto Isles przeżywa rozterki wynikające z romansu z księdzem, który – jak rozumiem – również został zapoczątkowany w innej książce, a na kartach „Klubu” dochodzi do długo wstrzymywanej konsumpcji. Czyni to jej relację z zaskakująco pruderyjną Rizzoli cokolwiek szorstką i wpływa na ich kooperację przy śledztwie. Rizzoli też nie ma lekko – jej stateczni rodzice nagle dostają pomroczności jasnej i w powietrzu wisi wojna domowa.

No dobrze, ale jak to wszystko razem zadziałało? Na poziomie czysto rozrywkowym nieźle. Nie nastawiałem się na reinterpretację „Dziewiątych wrót” ani, tym bardziej, „Klubu Dumas”. W gruncie rzeczy książka rzeczywiście w odbiorze nieco przypomina mi odcinek serialu w stylu CSI. Nawiasem mówiąc serial na motywach przygód Isles i Rizzoli naprawdę powstał. Podobał mi się klimat skutego w okowach śniegu i lodu miasta oraz klaustrofobiczny finał na odciętym od cywilizacji odludziu. Nie miałem pretensji do schematyzmu postaci ani do pop-psychologii, bo to przecież wynika z konwencji tej literatury.

Wbrew pozorom ciekawa, w sensie artystycznym, jako potencjał do wykorzystania, wydała mi się też zaserwowana przez Gerritsen koncepcja zła. Człowiek od zawsze usiłuje sobie wytłumaczyć jego obecność w świecie, a kiedy patrzy się na niektórych szczególnie mocno dotkniętych nim i gorliwie mu służących, naprawdę można sobie zadać pytanie, czy aby nie należą do odrębnego gatunku. Na plus należy autorce zapisać ambiwalencję w wyjaśnieniu jego pochodzenia. Bo mimo iż na końcu okazuje się, że zbrodnie popełniał człowiek z krwi i kości, i tak pozostajemy zawieszeni gdzieś między biologią i metafizyką.

A jednak, mimo tych niewątpliwych przymiotów, im głębiej w las, tym silniej ogarniało mnie rozczarowanie, by nie powiedzieć irytacja. Nie wiem, czy to przez jakieś moje intelektualne spaczenie każące wszędzie dopatrywać się wieloznaczności, wywindowane oczekiwania wobec, bądź co bądź, zwykłego wagonowego czytadła, czy może po prostu nieznajomość reguł gatunku, ale do szewskiej pasji doprowadzała mnie absolutna przewidywalność. Od niemal pierwszych stron można się domyślić, kto będzie zabijał, kawałek dalej zaczyna już majaczyć motyw, a mimo to Gerritsen nie zrobiła nic – literalnie nic! – by zagrać mi na nosie i wywrócić fabułę.

Jedyny króciuteńki moment zawahania miałem, gdy trzeba było odgadnąć, kto jest kretem infiltrującym Klub dla złych. Lecz i tutaj spotkała mnie przykra niespodzianka, bo Gerritsen pięknie podsunęła mi wszystkie wskazówki, po czym, kiedy już byłem gotowy uznać, że to nie może być aż tak banalnie oczywiste, że musi się tu kryć jakaś przewrotka, potwierdziła. Czułem się jak pół debil, który zostaje wynagrodzony za podążanie po najprostszej drodze. Cholera, chyba naprawdę muszę się jeszcze sporo nauczyć o kryminałach.

Niepomiernie wkurzający był też wątek uciekinierki. A raczej nie tyle samej uciekinierki, co sposobu jej przechwycenia przez Klub. Ja naprawdę rozumiem, że mamy XXI wiek, i ciężko się skutecznie schować. Jest elektronika, satelity, internet, monitoring. Akceptuję to, że Klub ma rozległe kontakty na całym świecie i mnóstwo możliwości. Jednak skoro on był w stanie ich użyć do jej tropienia, to tym bardziej potrafili się do tego posunąć źli, którzy dysponowali nieporównanie potężniejszym potencjałem. Chyba że chodziło o zabawę w kotka i myszkę, o czystą przyjemność osaczania ofiary przez drapieżnika. Ale w powieści o tym sza.

Nie sądzę, bym jeszcze kiedyś skusił się na którąś z powieści Tess Gerritsen. Nie ma tam nic, czego nie oferowałyby filmy z tego samego worka. A przynajmniej czasu zmitręży się mniej. Tymczasem upał wspina się do zenitu. Na szczęście w porę przychodzi paczka z nową lekturą. Gdy ją rozpakowuje, z okładki bucha prosto w moją twarz lodowata kurzawa śniegu. Uff, co za ulga.

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.