Kultura

Klimatyczne zmagania z „11.22.63”

Stephen King jest pisarzem wyjątkowo płodnym, lecz przez to szalenie nierównym. Odkąd z czystego horroru – w każdym razie czystego na tyle, na ile w jego wypadku w ogóle można o czymś takim mówić – wspiął się o szczebelek wyżej na drabinie literackiego rzemiosła, jego twórczość stała się jednym wielkim rollercoasterem. Co prawda idiotycznym, utrzymanym w ocierającej się o young adult konwencji „Doktorem Snem” całkowicie zniszczył i zaorał kult „Lśnienia”, jednak wydał również dzieła wybitne – takie jak choćby „Ręka mistrza” czy zbiór opowiadań „Po zachodzie słońca”. Powieść „Dallas ‘63” zdecydowanie plasuje się w górnych rejestrach.

Jest – co tutaj dużo gadać – po prostu piękna. Oferuje wszystko to, co King ma najlepszego – drobiazgowy opis realiów, pełnokrwistych, wiarygodnych psychologicznie bohaterów, nutkę nostalgicznej tęsknoty za starymi, dobrymi czasami, intertekstualne gry z samym sobą oraz, nade wszystko, niesamowitość, która niepostrzeżenie wdziera się do zwykłej amerykańskiej codzienności. King pichci to tak, że można mu nawet wybaczyć coraz częstsze w ostatnich latach wycieczki polityczne. Historia Jake’a Eppinga – do bólu przeciętnego anglisty, który za namową przyjaciela cofa się w przeszłość, by powstrzymać Lee Harveya Oswalda przed zastrzeleniem JFK – chwyciła mnie za serce od pierwszej strony i aż do słodko-gorzkiego finału nie chciała puścić.

Wiadomość o planach nakręcenia na podstawie książki serialu przyjąłem właściwie pół na pół z radością i sceptycyzmem. Ten drugi wynikał stąd, że a) King niekoniecznie sprawdza się w adaptacjach, b) trudno byłoby w ekranowej wersji czymś zaskoczyć, zwłaszcza jeżeli idzie o zakończenie, c) znając nieubłaganą logikę przemysłu rozrywkowego, mógłby jeszcze powstać ciąg dalszy, co byłoby – kolokwialnie ujmując – maksymalną kichą. Serial zadebiutował na platformie Hulu, gdzie właśnie się skończył. Teraz w Polsce można go oglądać na kanale Fox. I co? I jest… nieźle. O ile nie zepsują go kontynuacją.

W oczy od razu rzuca się kilka znaczących różnic. W książce „królicza nora”, czyli portal do podróży w czasie, znajdowała się na tyłach restauracji, tu przejściem jest stara szafa. Czyżby aluzja do C. S. Lewisa? I o ile takie modyfikacje jak ta właśnie wspomniana czy przesunięcie roku, do którego trafia Jake, z 1958 na 1960, są w zasadzie kosmetyczne, o tyle kompletnie nie mogłem zrozumieć, po ki czort scenarzyści wyposażyli Jake’a w partnera, czyniąc nim jedną z postaci w powieści zupełnie marginalnych. Właściwie przez cały czas mi się to gryzło i bardziej w końcu po prostu przywykłem do Billa niczym do irytującej ćmy, niż naprawdę go zaakceptowałem. Może kiepsko to o mnie świadczy, ale jednak się ucieszyłem, gdy… no, gdy przeszłość zrobiła z nim porządek. Bo przeszłość – jak wiadomo z książki – jest nieustępliwa. Za nic nie chce się zmienić. A jak próbujesz lecieć z nią w kulki, odwinie ci się tym samym.

King temat oporu przeszłości przed ingerencją rozgrywał bardzo subtelnie, dawkując napięcie i piętrząc iście metafizyczny niepokój. W serialu, siłą rzeczy, wiele z tych typowo kingowych smaczków musiało zostać zaprzepaszczonych w celu zdynamizowania fabuły, toteż i katalog „przeszkód” bywa niekiedy dość… hm… spektakularny. Bardzo szybko zostaje odpalonych kilka efektownych fajerwerków, co budzi uzasadnione obawy, czy starczy ich do końca, lecz tam, gdzie zawodzi dramaturgia, autorzy nadrabiają humorem.

Niestety nie za bardzo wiem, jak ocenić jeden z kluczowych wątków zarówno powieści, jak i serialu, czyli romans Jake’a z Sadie. Może spaczyła mnie lektura, gdzie talent Kinga zasłonił całą jego pretensjonalność. Był mi w sumie obojętny. I tak mniej więcej orientowałem się, co się wydarzy, bo akurat tu scenarzyści – chyba na szczęście – nie poszaleli zbytnio. Jedyny zaś dramatyczny moment przeżyłem, gdy na scenę wkroczył eks-mąż Sadie – typ psychopatyczny do cna, co zresztą zostało przez filmowców znakomicie naszkicowane. Zastanawiam się też, czy kupił mnie klimat – drugi ważny filar tej opowieści. Właściwie tak. Właściwie było okej. Lubię lata sześćdziesiąte w Stanach jako dekorację. Nawet nawiązania do zimnowojennych kontekstów były najzupełniej w porządku. Powinny tam być. Pasowały jak ulał.

W ogóle, śledząc kolejne epizody „11.22.63”, zyskałem ostateczną pewność, że nie jestem wymarzonym targetem współczesnych amerykańskich seriali. No bo tak: kiedy oglądałem „The Walking Dead”, ciekawiło mnie przede wszystkim, co spowodowało epidemie zombie, podczas gdy według recenzentów powinienem skupiać się na „traktacie o ludzkiej naturze”; w „Archiwum X” – zarówno w starej serii, jak i w reaktywacji – z zapartym tchem oczekiwałem na odcinki mitologiczne, a „potwory tygodnia” traktowałem raczej jak miłe, choć w zasadzie zbędne wypełniacze. Tak, wiem – herezja.

11.22.63

Tutaj interesowały mnie głównie dwie sprawy: syndrom alienacji Jake’a w świecie, w którym nie powinien był się w ogóle znaleźć, oraz Lee Harvey Oswald. Pierwszą filmowcy nakreślili tak sobie, natomiast co do drugiej… no, tu czapki z głów. Oswald zarówno w interpretacji Kinga, jak i tu, jest mega. Przyznam, że nigdy nie interesowałem się wybitnie morderstwem JFK, niemniej postać zabójcy – niezależnie od tego, czy działał sam, czy też stanowił część spisku – niezmiernie mnie frapuje. I to do tego stopnia, że chyba coś o nim więcej poczytam. Oswald – taki, jaki wyłania się i z serialu, i z powieści – to podręcznikowy przykład tego, jak rodzi się fanatyk. Potrzebne są dwa składniki: przemawiająca do wyobraźni ideologia (tutaj komunizm) i zgęszczenie dupkowatości bliskie masy pozwalającej zaginać czasoprzestrzeń.

Szczerze mówiąc nie pamiętam, czy King opowiedział się jednoznacznie za którąś z teorii. W serialu pytanie o przyczyny zamachu zostaje definitywnie rozstrzygnięte. Sylwetkę Oswalda ukazano zaś na tyle sugestywnie, że jeśli choć w minimalnym stopniu jego filmowy portret odpowiadał temu, jaki rzeczywiście był, byłbym chyba w stanie uwierzyć w zaserwowane mi wytłumaczenie. Chyba że to kolejny spisek. Wszak, jak wiadomo, macki służb specjalnych sięgają daleko – kto wie, czy i nie do wytwórni filmowych. A prezydenci – jak to prezydenci – czasem giną. I czasem lepiej może nie wiedzieć dlaczego.

Jeżeli czegoś naprawdę mi szkoda, to tego, czego zabrakło mi i w książce – wyjaśnienia, skąd się wzięła królicza nora, i kim był pijak, na którego Jake wpada natychmiast po przenosinach. U Kinga czegoś tam niby się dowiadujemy, niby dostajemy jakieś tam szczątkowe sygnały. Ja na przykład stawiałbym, że jest to kolejny link do uniwersum „Mrocznej wieży” i że w jakiejś przyszłej książce King go rozwinie. Niestety twórcy adaptacji nie pokusili się o uchylenie rąbka tajemnicy. A skoro tego oczekuję, to chyba faktycznie nie po drodze mi z dzisiejszymi produkcjami. Po „Zagubionych” trzeba być doprawdy idiotą, by spodziewać się, że w serialu o żywych trupach dostaniemy wyjaśnienie, dlaczego ożyły, a w serialu o podróżach w czasie – czemu uskok znajduje się w zwykłej szafie.

Ten tekst wypsnął mi się spod kontroli. Miało być na propsie, a wyszło, że się czepiam. Ale ja zawsze się czepiam, więc nie ma co podnosić larum. Bo tak naprawdę „11.22.63” ogląda się bardzo przyjemnie. Jest tam i do śmiechu, i do popłakania, i – na upartego – do filozoficznego namysłu. Nie podoba mi się emanująca z historii idea, że dzieje ludzkości są zdeterminowane. Wolę myśleć, że jesteśmy panami własnego losu i mamy moc, by go zmienić. Choć z drugiej strony ta opcja ma też swoje plusy. Choćby ten, że jeżeli dwóm duszom przeznaczone jest się spotkać, nie przeszkodzi im w tym nawet czas. I tego się warto trzymać.

Polecam również