To i owo

Jak Stephen King z Donaldem Trumpem wojował

W Polsce chyba niewiele się o tym pisało. W każdym razie ja natknąłem się tylko na jedną wzmiankę. A i to przypadkowo, poszukując dokładniejszych informacji. W USA sprawa była dość głośna jeszcze w zeszłym roku, odżyła zaś ponownie kilka dni temu przez wywiad, jakiego Stephen King, promujący obecnie swoją najnowszą powieść, udzielił Stephenowi Colbertowi w programie „Late show” na CBS. W trakcie rozmowy King zdradził zarówno powód zablokowania go na Twitterze przez Trumpa, jak i obmyśloną przez siebie żartobliwą zemstę na prezydencie.

Dla nikogo, kto kiedykolwiek śledził aktywność Kinga na Twitterze, nie jest tajemnicą, że Trump nie należy do jego ulubieńców. Właściwie to bardzo delikatnie powiedziane. King Trumpa po prostu nienawidzi, czemu wielokrotnie bez żadnych zahamowań dawał wyraz jeszcze w trakcie kampanii. Przyznam, że to właśnie z tego powodu go odobserwowałem. I bynajmniej nie dlatego, że należę do jakiegoś fanklubu Trumpa. Twórczość Kinga lubię – nawet jeśli dostrzegam w niej pewne subtelne, choć narzucające się i niekoniecznie bliskie mi polityczne konteksty – jednak nie toleruję rynsztokowego, graniczącego z fanatyzmem chamstwa. Nie takiego Kinga chciałbym zapamiętać.

Tak czy inaczej, według samego pisarza do zablokowania miało dojść po tym, jak wyraził on opinię, że Trump trzyma głowę mniej więcej tam, gdzie wymaga tego pewna pozycja w jodze. Na jodze się nie znam, więc mogę tylko domniemywać, że chodziło o krocze. To, że po czymś takim facet dostał bana, mnie nie dziwi. Ja też bym nie chciał, żeby ktoś opluwał mnie w taki sposób. Tyle że – i tu ciekawostka, która dość mocno mnie zaskoczyła – ponoć istnieje orzeczenie sądu federalnego wskazujące, że blokowanie przez prezydenta ludzi w mediach społecznościowych jest… niekonstytucyjne. A Trump bany rozdaje hojnie.

Oczywiście pisarz nie pozostał dłużny. Odpłacił Trumpowi pięknym za nadobne, przy okazji odcinając też wiceprezydenta Mike’a Pence’a, którego zresztą w publicystycznym ferworze raczył obdarzyć przymiotnikiem „creepy”, co równie dobrze może oznaczać „przerażający”, jak „czołgający się” i konotować określenia takie jak „lizus” albo „gad”. Ponadto w ramach retorsji „zablokował” Trumpowi możliwość oglądania ekranizacji „Tego” i „Pana Mercedesa”, równocześnie dwuznacznie sugerując, by „Donald” poszedł się utopić. I co, już Państwo boki zrywają? Bo ja się turlam. Tylko nie wiem, czy ze śmiechu, czy z bezsilnej rozpaczy.

King ma na Twitterze blisko pięć milionów followersów. Zdecydowana większość z tych aktywnych – przynajmniej o ile zdołałem się zorientować – spija każde słowo z jego klawiatury. Po aferze z Trumpem pojawiły się nieliczne głosy krytyki. Kilka osób ogłosiło bojkot kingowych wyrobów, a jedna wyraziła opinie, że pisarz, którego praca polega na dostarczaniu rozrywki, nie powinien się angażować politycznie. Zwłaszcza że wśród jego wielbicieli są też wyborcy Trumpa. Choć pewnie w ciągu ostatnich dwóch lat ich ubyło.

Cała ta sytuacja w gruncie rzeczy jest mocno groteskowa. Dwóch dorosłych mężczyzn – do tego leciwych – dorwało się do internetu i zachowują się jak gimbaza. A przynajmniej byłoby tak, gdyby nie chodziło o TYCH dwóch wiekowych mężczyzn. Ta awantura to tylko jeden z bardziej jaskrawych przykładów skrajnej polaryzacji, w jaką popadło społeczeństwo w USA. Skrajnej i dziwnie przypominającej tę, z jaką mamy obecnie do czynienia w Polsce. O skali tej polaryzacji wiem co nieco od kilku amerykańskich znajomych. Co ciekawe, należących raczej do stronnictwa Kinga.

Ameryka zawsze była podzielona politycznie – a co za tym idzie również tożsamościowo – w stopniu, jaki nam, nawet teraz, trudno sobie wyobrazić. U nas póki co nie ma osiedli, których mieszkańcy dobieraliby się pod kątem tego, czy głosują na Demokratów, czy na Republikanów. Tam nikogo one nie dziwią. Jeszcze w okresie kampanii czytałem tekst, którego autor powoływał się na badania wykazujące, iż zaledwie około trzydziestu procent „mieszanych” małżeństw nie kończy się rozwodem. Tradycyjnie też – podobnie jak u nas – elity intelektualne i ludzie show biznesu, poza nielicznymi wyjątkami, mają serca raczej po lewej niż po prawej stronie i przy każdej sposobności to manifestują.

O ile jednak jeszcze do roku 2016 funkcjonował światopoglądowy konsensus, o tyle gdy już było wiadomo, że oponentem Hilary Clinton zostanie właśnie Trump, tamy pękły. Wzajemna wrogość jego przeciwników i zwolenników stała się namacalna, z aktami fizycznej agresji włącznie. Sytuacja jeszcze pogorszyła się po wygraniu przez niego wyborów. Rozpętały się uliczne demonstracje, a w eter płynęły histeryczne wynurzenia celebrytów przypominające to, co działo się u nas rok wcześniej po zwycięstwie PiS.

Teraz, choć sytuacja już nieco okrzepła, temperatura antagonizmu – przynajmniej w sieci – wciąż oscyluje na poziomie czerwonej kreski. Amerykanie mają nawet swój odpowiednik naszej TVPiS aka Kurwizji. A jest nim – oczywiście! – Fox News, które tamtejsi bojownicy o demokrację i gwałcone przez hunwejbinów Trumpa prawa człowieka wyszydzają jako „Faux News”, co stanowi czytelną aluzję do wojny wytoczonej przez Trumpa liberalnym mediom. On sam zresztą ustawicznie dolewa oliwy do ognia kolejnymi konfrontacyjnymi tweetami. Zresztą chyba nikomu tak naprawdę nie zależy na wyciszeniu sporu.

King od samego początku był na pierwszej linii frontu i nigdy nie przebierał w słowach. A choć, jak każdy, ma prawo do posiadania własnych poglądów i artykułowania ich, to jednak w przypadku takich publicznych figur jak on kwestia granicy uwikłania w politykę zdaje się nader problematyczna. Zresztą podobnych przykładów mamy na pęczki również u nas. Szkoda, że ludzie, którzy mienią się tak bardzo kolorowymi i otwartymi, i którzy tak bardzo krytykują podziały w społeczeństwie, sami się do pogłębiania tych przepaści przyczyniają.

King, niezależnie od oceny jego dorobku, to nie jest jakiś hejtujący Kaczyńskiego Czesiek z unijną flagą przy nazwisku, dwoma obserwującymi oraz dumnie wybitą w opisie deklaracją przynależenia do gorszego sortu. On potencjalnie wywiera wpływ na miliony ludzi nie tylko w zakresie tego, co im przekazuje, ale przede wszystkim tego, jak to robi. A skoro tak kocha popkulturowe żonglerki, to powinien sobie przypomnieć, co wujek Ben klarował Peterowi Parkerowi o wielkiej mocy oraz wiążącej się z nią wielkiej odpowiedzialności. Zresztą nie on jeden. Trumpowi też raz na ruski rok przydałaby się twitterowa kwarantanna.

Choć akurat King niedawno wyciągnął gałązkę oliwną. Nie, nie do Trumpa! Raczej do jego otumanionych przez „Faux News” wyborców. Zaapelował do swoich followersów, żeby, jeśli mają tych biedaków wśród znajomych lub w rodzinie, nie zrywali kontaktów i cierpliwie im tłumaczyli, że są karmieni kłamstwami. Brzmi jakoś osobliwie swojsko, nieprawdaż? Skądś ten paternalistyczny ton jakby znamy. Niestety fani Kinga są już zmęczeni uświadamianiem tamtejszego ciemnogrodu, że dał się uwieźć populiście. Podobnie jak ich polscy towarzysze w niedoli postawili krzyżyk na demokracji.

Co natomiast tyczy się samego Kinga, to już wiele, wiele lat temu, w powieści pod tytułem „Martwa strefa”, jasno wyłożył, co należy zrobić z prawicowymi oszołomami, faszystami i podżegaczami wojennymi, którzy mają czelność pchać się do Białego Domu. Trzeba ich po prostu odstrzelić, nie bacząc, że samemu można przy tym zginąć. Jedną ze swoich książek już wycofał ze sprzedaży, kiedy okazało się, że rzeczywistość naśladuje wykreowaną przez niego fikcję. Oby nie musiał tego robić ponownie. Byłoby cholernie szkoda.


Obrazek z Mashable.com

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.