Kim jest Elena Ferrante?

Właściwie to też mógłby być temat z pogranicza teorii spiskowych. Elena Ferrante to ponoć – tak przynajmniej orzekł Juliusz Kurkiewicz na łamach GW – najlepsza pisarka współczesnej Europy. Do tego – znów ponoć, bo niby co to w ogóle w dzisiejszym rozdrobnionym świecie znaczy? – niezwykle popularna. A do tego kompletnie nieznana z twarzy. Czyli mniej więcej coś jak Pynchon lub świętej pamięci Salinger. Ta anonimowość, dotycząca na dobrą sprawę nie tylko wyglądu, ale i tożsamości, stała się jej znakiem rozpoznawczym, co na pierwszy rzut oka wydaje się dziś kompletnie niemożliwe.

O Ferrante dowiedziałem się trochę przypadkowo, grzebiąc przy Knausgardzie, z którym jest często zestawiana, a szerzej – zgłębiając zagadnienie relacji pisarza z jego dziełem. Sądząc po opisach fabuł jej powieści, raczej niekoniecznie byłbym skłonny po nie sięgnąć. Z kompleksu nieoczytania z tym, z czym według tych czy innych opiniotwórczych gremiów oczytać by się wypadało, na szczęście już się wyleczyłem, a z kolei losy kobiet w patriarchalnej kulturze coś zanadto zalatują mi polityczną poprawnością. Chociaż… nigdy nie wiadomo. Tak czy inaczej, postać Ferrante mimo wszystko mnie zaciekawiła jako swoisty fenomen.

Najpierw kilka faktów. Podaję za artykułem Kurkiewicza.

***

Nieśmiała i tania.

Historia zaczyna się w 1991 roku, kiedy do włoskiego wydawnictwa E/O trafia maszynopis „Kłopotliwej miłości”. Właścicielka wydawnictwa natychmiast podjęła decyzję o publikacji. Ferrante, jak wynika z różnych enigmatycznych wzmianek, jest już wtedy dojrzałą kobietą. Ma za sobą nieudane małżeństwo, odchowane dzieci i sporo stron wystukanych na maszynie, z których wszelako nie jest zadowolona. Oczywiście to wszystko może być blef, jak zresztą zawsze, gdy w grę wchodzi paralelność między biografią autora i jego głównym bohaterem. A w przypadku Ferrante domniemanie takiej korelacji się pojawia. Stąd między innymi nacisk na podobieństwo do Knausgarda.

Tymczasem zbliża się premiera jej debiutu. Wydawca powoli obmyśla strategię promocyjną. I właśnie wtedy – jak wtrąca Kurkiewicz, przypominając młodszym czytelnikom, że jesteśmy jeszcze przed erą maili (pierwszy zostanie wysłany dopiero rok później – przypisek mój) – przychodzi list. „Ferrante pisze w nim, że nie zrobi nic dla promocji książki. Żadnych spotkań autorskich, festiwali, żadnego odbierania nagród – gdyby się pojawiły. I – zwłaszcza – żadnej telewizji.”

«Zrobiłam już wystarczająco dla tej książki – napisałam ją. (…) Jeśli wywiady, to tylko na piśmie, ale również one w liczbie ograniczonej do niezbędnego minimum. (…) Poza tym – promocja jest droga. Będę waszą najtańszą autorką. Oszczędzę wam nawet mojej obecności.»

Pierwszy wywiad z Ferrante twarzą w twarz został przeprowadzony dopiero na wiosnę 2015 roku. A udzieliła go – jak informuje Kurkiewicz – nie dziennikarzom, lecz swojej wieloletniej już wydawczyni. „Został przeprowadzony w Neapolu, dokąd Ferrante przybyła w «sprawach rodzinnych»”. Zapytana o decyzję, by konsekwentnie zachowywać anonimowość, odparła, że jej główny powód to nieśmiałość, ale „jest też wymierzona w powierzchowność współczesnej kultury medialnej, w której to, kto mówi, jest ważniejsze od tego, co mówi”.

Kurkiewicz zauważa też, że jej decyzję można interpretować jako przekorny gest wymierzony w tezę o „śmierci autora”. „Ferrante w jakimś sensie uśmierciła się sama. I w ten sposób paradoksalnie stała się dla czytelników bardziej realna.”

A może w ogóle nie istnieje?

Kurkiewicz przytacza kilka najczęściej pojawiających się w odniesieniu do Ferrante plotek. Pierwsza i według niego najbardziej niedorzeczna głosi, że Elena Ferrante to tak naprawdę zespół ghost writerów wynajętych przez wydawnictwo. Przeczy temu stylistyczna spójność powieści i powracające w nich stałe motywy. Druga mówi, że Ferrante w rzeczywistości jest mężczyzną i nazywa się Domenico Starnone. Ów ceniony we Włoszech prozaik i scenarzysta wielokrotnie z irytacją dementował te pogłoski, zwracając uwagę, że pani Ferrante nie ma monopolu na pisanie o samotnych kobietach.

Plotka trzecia, bezpośrednio powiązana z drugą, wskazuje, że Ferrante owszem istnieje i jest kobietą, ale nazywa się Anita Raja. Anita Raja to, tak się składa, nie tylko tłumaczka z języka niemieckiego, ale też konsultantka wydawnictwa E/O. A do tego jest żoną Starnone.

Z kolei na anglojęzycznej Wikipedii znalazłem informację, że tożsamość Ferrante próbował odkryć inny włoski pisarz, a jednocześnie profesor filologii na uniwersytecie w Pizie, Marco Santagata. Stworzył nadzwyczaj kompleksową teorię opartą zarówno na filologicznej analizie jej prozy, jak też na studium zawartych w niej opisów miasta czy znajomości realiów włoskiej polityki przez pierwszoosobową narratorkę. Wyszło mu z tego, że pod pseudonimem ukrywa się wykładowczyni z Neapolu, Marcella Marno. Oczywiście pani Marno i wydawca Ferrante zgodnie zaprzeczyli.

W tym samym artykule na Wikipedii możemy ponadto przeczytać, że w październiku 2016 roku dziennikarz śledczy Claudio Gatti ponownie zwrócił reflektor opinii publicznej na Anitę Raję, lustrując wyciągi z jej operacji finansowych. Jego publikacja wywołała spory skandal – padły między innymi oskarżenia o pogwałcenie prawa do prywatności.

***

Co z tego wynika?

W sumie niewiele, a zarazem całkiem sporo.

Przede wszystkim, w przeciwieństwie do Kurkiewicza, nie uważam, by teza o wykreowaniu Ferrante jako tworu marketingowego była aż tak bardzo niedorzeczna. No dobrze, może mam ostatnio lekki przesyt teorii spiskowych. Taka intryga na pewno byłaby do przeprowadzenia, a też – jak pokazuje globalny fenomen Ferrante – miałaby sporo plusów. Tylko że z drugiej strony wygląda to zbyt ryzykownie – można dużo zyskać, ale też dużo stracić, gdyby się nie powiodło. Sądzę, że kobieta podpisująca się jako Elena Ferrante naprawdę istnieje, a to, że nie chce ujawnić prawdziwej tożsamości, należy uszanować. Przyznam się, że sam czasami żałuję, iż dawno temu nie wymyśliłem sobie pseudonimu.

Poza tym niezależnie od tego, jak wygląda prawda, jej swoisty manifest, powtórzony także w przeprowadzonym oczywiście mailowo wywiadzie z Kurkiewiczem, uderza w samo sedno. Tak, jak najbardziej żyjemy w cywilizacji spektaklu. Tak, marketing zastąpił nam wartości, i to choćby nie wiem jak czołowi specjaliści od niego zarzekali się, że jest inaczej. Faktycznie „rozpoznawalność intelektualistów, artystów, celebrytów potwierdza ich prawo do zabierania głosu”.

Zgadzam się z Kurkiewiczem, że mianowanie się „najtańszą autorką” wydawnictwa było ze strony Ferrante prowokacją. Ale ta prowokacja przecież wiele nas uczy. I to jak na ironię tym bardziej, gdyby miało się okazać, że Ferrante to rzeczywiście kreacja.

Pisarz i jego dzieło.

I wreszcie kwestia podstawowa, wiążąca się z poprzednią – obecność autora w dziele. Jeżeli Ferrante przypisuje się autobiografizm, to jej przeciwstawiona otwartemu ekshibicjonizmowi Knausgarda anonimowość staje się jeszcze bardziej ambiwalentna i jeszcze dosadniej każe nam zadać pytanie o punkt ciężkości prawdy i materii literatury w ogóle. Ferrante powołuje się na słowa Gombrowicza o tym, że im bardziej jest się fikcyjnym, tym bardziej można być szczerym. Ja rozumiem to dwojako – po pierwsze jako wskazanie, że literatura, nawet ta non-fiction, zawsze jest w jakimś stopniu wytworem, a po drugie – z chwilą, gdy pisarz zamyka swe doświadczenie w słowach, zaczyna ono być autonomiczne, odrywa się od niego.

I w tym świetle szczególnego znaczenia nabiera też radykalna deklaracja Ferrante, że książka powinna bronić się sama, bez podpórki w postaci brylującego w mediach autora. Znów jest to ekstremalnie trudna do przyjęcia logika – zwłaszcza dziś, gdy pisarze dwoją się i troją, żeby sprzedać kilka egzemplarzy, gdy blogują, tweetują, instagramują najpierw jedynie po to, żeby być zauważonym, a potem już dlatego, że sami stali się dziełem.

Fakt, że Ferrante zaczynała w nieco odmiennych czasach. Wtedy takie ukrycie się było chyba jeszcze łatwiejsze. Ale już samo to, że w ogóle jest możliwe, że dziś ktokolwiek odważa się artykułować tak radykalną postawę, przynosi pewne pocieszenie. Może jest cień szansy, że tekst obroni się sam.

Grafika Pixabay


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również