Kilka myśli po śmierci Paradowskiej

Tak, ten gruby łysy całkiem z lewej to ja. A ten tekst w żadnym razie nie będzie ani ckliwym epitafium w stylu „Ach, umarł Prince – od zawsze uwielbiałem Prince’a”, ani też żadną próbą podsumowywania czy rozliczania publicznej działalności Janiny Paradowskiej. Piszę go po prostu dlatego, że jej śmierć dotknęła mnie tak, jak zawsze dotyka śmierć kogoś, z kim miało się osobistą styczność. Nawet jeśli tego kogoś spotkało się tylko raz, i to w bardzo formalnych okolicznościach, człowiek ów w specyficzny sposób zamieszkuje w naszym wnętrzu. Choćby poprzez to, że dotknęliśmy jego dłoni, weszliśmy z nim w jakąś interakcję.

Prawdą jest też, że gdy przywołujemy zmarłych, myślimy zarówno o nich, jak i o sobie przez ich pryzmat. Zastanawiamy się, jaką drogę przebyliśmy od czasu ich spotkania, i co z relacji z nimi wynieśliśmy dla siebie. Mnie właśnie tego rodzaju refleksje nachodzą, kiedy spoglądam na to zdjęcie. Zdjęcie, o którego istnieniu – przyznam – zapomniałem i przypomniałem sobie dopiero przeczytawszy, że Paradowska nie żyje. Nie byłem nawet pewien, czy wciąż je mam. Zostało zrobione przed sześciu laty podczas dyskusji z Paradowską o kondycji mediów, którą zorganizowałem z pewnym moim znajomym w ramach stworzonego przez nas Klubu Idei. To był drugi panel z tego cyklu. Na poprzedni zaprosiliśmy redakcyjnego kolegę Paradowskiej – Jacka Żakowskiego.

Gdy więc teraz patrzę na tę fotografię i usiłuję odtworzyć w pamięci tamto upalne czerwcowe popołudnie, myślę przede wszystkim o tym, jak wiele i jak łatwo może poróżnić ludzi niegdyś sobie bliskich, a w każdym razie dzielących pewne wspólne przestrzenie. Ówże mój znajomy dziś jeździ na marsze KOD i z zaciętym wyrazem twarzy nazywa TVP „reżimową telewizją”. Ja mogę co najwyżej dziwić się, czemu nie protestował w imię zagrożonej demokracji, kiedy ABW wkroczyło do siedziby tygodnika „Wprost” lub gdy policja wyciągała dziennikarzy z tłumu w trakcie zamieszek pod PKW w 2014 roku.

Ale nawet nie w tym kwestia. W czym wobec tego? Chyba w tym, że patrząc na siebie na tej fotce, widzę kolesia, któremu na dłuższą metę wisiało. Na przykład z kim i na jaki temat robi spotkanie. Traktowałem wtedy rzeczywistość jak zbiór kolorowych szkiełek i gdzieś w głębi duszy trochę zazdrościłem mojemu znajomemu światopoglądowej samoświadomości, ale też i konsekwencji w kierowaniu się nią. On estetykę podporządkowywał etyce, ja – dokładnie na odwrót. A w tamtym okresie nadzwyczaj estetyczne i słuszne wydawało mi się rozmawianie z osobami powszechnie uznawanymi za autorytety „normalnej” części społeczeństwa. Na ironię w tym świetle zakrawa więc fakt, że gdy w końcu i ja zacząłem się co nieco rozeznawać, o co w owej grze kolorowych szkiełek idzie, byłem zmuszony optykę mego znajomego odrzucić.

Paradowska podczas tamtej rozmowy powiedziała jedną niezwykle celną rzecz. Mianowicie, że nie da się w dziennikarstwie osiągnąć pełnej neutralności, bo każdy ma zestaw poglądów, których będzie się mniej lub bardziej trzymał. Natychmiast też uściśliła, że ich prezentowanie nie należy do dziennikarskich powinności, bo liczy się merytoryczne przygotowanie, którego częsty we współczesnych mediach ubytek zastępuje się agresywnym przypieraniem do muru i niepozwalaniem żadnej ze stron na wyrażenie swojego stanowiska.

Bez wątpienia miała rację i ja sobie to jej credo dosyć mocno wbiłem do głowy. Nie chce tu – jak zaznaczyłem na wstępie – rozliczać jej, na ile sama dochowywała wierności tym regułom. Nie mogę jednak uczciwie nie przyznać, że właśnie ich łamanie miało kluczowe znaczenie w odwróceniu się przeze mnie od kierunku, w którym podążała zarówno ona, jak i mój znajomy. Samemu nieco później otarłszy się o świat mediów, z przerażeniem i niesmakiem odkryłem, jak bardzo właśnie prywatne poglądy, polityczne uwikłania, a nawet pospolite resentymenty rzutują na to, co później tzw. przeciętni odbiorcy biorą za obiektywny obraz rzeczywistości, serwowany im przez ludzi, którym przecież ufają.

Przyzwyczailiśmy się wierzyć, że problem ten dotyczy wyłącznie pewnej specyficznej części środowisk dziennikarskich – czy też szerzej – opiniotwórczych. Wpojono nam przez ćwierć wieku istnienia III RP, iż mylenie funkcji dziennikarza, publicysty lub eksperta z agitatorem czy partyjnym siepaczem stanowi jedynie „prawicową” – jak przymiotnik ów z nieukrywaną wzgardą wypowiada mój znajomy – przypadłość. To Ewa Stankiewicz mogła mieć pisowski obłęd w oczach, gdy próbowała zadawać pytania Stefanowi Niesiołowskiemu, jednak już nie reporter TVN, gdy relacjonując konferencję smoleńską i nie mając się już żywcem do czego przyczepić, darł łacha z Macierewicza, że nie chce mu działać Skype.

Nie, on nie! Jemu wolno. Bo on stoi po jasnej stronie mocy i to go rozgrzesza. Tak samo jak gazetę, której nie jest wszystko jedno i która chcąc dowalić zwalczanemu biskupowi, posuwa się do manipulacji faktami o stosunku Kościoła do rzezi w Rwandzie, zaś przyłapana za rękę brnie w mętne uzasadnienia zamiast po prostu przeprosić. Albo weźmy na przykład okładki. Jedne to antysemickie bagno, a inne – na przykład przedstawiające całujących się księży bądź polityka w kaftanie bezpieczeństwa – to artystyczna prowokacja. Zależy, kto drukuje.

Zresztą jeśli akurat idzie o Smoleńsk, to rozmawialiśmy zaledwie dwa miesiące po tej tragedii i wszyscy byliśmy nią bardziej porażeni, niż gotowiśmy przyznać. Paradowska w odniesieniu do niej mówiła o braku profesjonalizmu u dziennikarzy, o tym, że nie zdali tego egzaminu, bo pozwolili sobie na płacz przed kamerą. Ja jednak dziś zastanawiam się, co tak naprawdę było gorsze – dopuszczenie do głosu emocji czy szczucie na ludzi modlących się pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, na przykład poprzez kreowanie chuliganów szczających na znicze na bohaterów walki o kolorowy, nowoczesny i otwarty świat. Czy właśnie to nie było jawnym wykroczeniem poza nakreśloną wtedy przez Paradowską dziennikarską powinność?

Tak naprawdę nie jest to problem tego czy tamtego człowieka o takich lub innych poglądach. Ani, tym bardziej, poszczególnych redakcji. To problem systemowy, wypływający z faktu, że media i kreatorzy opinii są na ogół podmiotem politycznej gry. I w tym sensie rzeczywiście trzeba przyznać Paradowskiej rację, kiedy mówiła o niemożliwej do osiągnięcia neutralności. Kłam mitowi o obiektywizmie mediów zadał już William Hearst, a na mniejszą skalę i sporo jego poprzedników. Tylko że jednak boli, gdy samemu się empirycznie odkrywa, że diabeł w ornat się ubrał i na mszę ogonem dzwoni.

Przy czym nie chodzi mi o to, że Paradowska świadomie przerzucała odpowiedzialność za ów stan rzeczy na „pisowskich” dziennikarzy, wiedząc, że sama nie ma w tym względzie całkiem czystych rąk. Myślę, że naprawdę wierzyła, iż stoi po jedynie słusznej stronie, podobnie jak i my, ukształtowani przez jej towarzyszy z medialnego establishmentu władającego umysłami szerokich mas po 1989 roku, słuszności tej strony nie kwestionowaliśmy pod groźbą anatemy. Gdy teraz o tym myślę, w zupełnie nowym świetle jawi mi się jej wyrażana wówczas niechęć do sieci. Akurat dopiero co zaczęła prowadzić blog i mówiła o nim jak o dopuście bożym. Nie tylko ona zresztą. Żakowski też wielokrotnie podkreślał swój dystans, mówiąc, że technicznie jest to niewątpliwy postęp, ale informacyjnie – regres.

Dziś widzimy, że przy wszystkich swych mankamentach to właśnie nielubiany i lekceważony przez Paradowską Internet rozbił informacyjny monopol i zbliżył nas do pluralizmu. A zatem i do demokracji. Wiemy, jak źle – nie tylko w Polsce – znoszą ten przełom uprzywilejowane grupy, które przywykły, że arbitralnie definiują podstawowe pojęcia. Kiedy rozmawialiśmy z Paradowską, nie było to jeszcze tak oczywiste. Również dla mnie. Wciąż działał rozpostarty przez strażników pookrągłostołowej ortodoksji parasol. Wciąż obowiązywał jasny podział na tych właściwych i tych, których zbywa się pobłażliwym uśmiechem. A jeśli się ich czytuje, to co najwyżej po kryjomu, żeby nie robić wstydu w towarzystwie.

Tak, od tamtego upalnego czerwcowego popołudnia przebyłem daleką drogę. Nauczyłem się, że najlepsza jest zasada ograniczonego zaufania. W pewnym sensie ponownie znalazłem się w tym samym punkcie. Chociaż z jedną różnicą. Dziś wiem, że te kolorowe szkiełka układają się w nieprzypadkowe wzory i zawsze warto dokładnie się przyjrzeć, kto i w jakim celu nimi operuje. A Paradowska? Niech odpoczywa w pokoju. Istnieje cień szansy, że już wie, czy się myliła.

Poprzednie