Czy w kierunku Mekki powinny polecieć atomówki?

Żeby nie było żadnych niedomówień: nie, nie powinny. Ale tę myśl pozwolę sobie rozwinąć bliżej końca. Postawione w tytule pytanie – mam nadzieję, że pozostające jedynie w sferze prowokacji – wzięło mi się z podcastu zamieszczonego kilka dni temu na Nocnym Radiu. W stanowiącej jego treść dyskusji, a w każdym razie w jej części poświęconej islamowi, pojawiło się kilka ciekawych wątków. Szczególnie jeden. A mianowicie czy istnieją lepsze i gorsze kultury, jak to określać i czy należy wyciągać z tego praktyczne konsekwencje.

Zacznę od czegoś, co zbulwersowało – moim zdaniem słusznie – jednego z interlokutorów. Uczestnik, który rozpoczął dyskusję, rzeczywiście dość sprytnie poustawiał jej wektory, zarzucając prowadzącemu, że zapewne będzie się posługiwał rozpowszechnionymi stereotypami na temat islamu, zanim ten w ogóle zdążył cokolwiek powiedzieć. Od razu też zaszachował współrozmówców i słuchaczy (a więc i mnie) odwiecznym argumentem, że jeśli się nie przeczytało iluś mądrych książek o danym zagadnieniu albo nie zrobiło z niego specjalizacji naukowej, to nie powinno się wyrażać o nim opinii.

Powiedzmy sobie szczerze: to nie jest argument całkiem od czapy. Zwłaszcza w czasach mediów społecznościowych, gdy – parafrazując Różewicza – byle kto może pleść byle co, a jeśli zbierze odpowiednią ilość lajków, staje się wielkim autorytetem. Zgoda, że potrzeba więcej wstrzemięźliwości i umiejętności odsiewania bełkotu od rzetelnej wiedzy. Zgoda, że jest ona nieodzowna również w mówieniu o islamie.

Ja, który koranu ani hadisów nie czytałem – i raczej nie zamierzam, bo wole inne rozrywki – rzeczywiście mam ciut mniejsze prawo wypowiadać się w tej materii. Ale czy to oznacza, że nie mam go w ogóle? Nie i po trzykroć nie! Po pierwsze dlatego, że jacyś ludzie jednak je przeczytali i temat zgłębili, więc mogę czerpać z ich dorobku. Po drugie dziś islam jest na tyle istotnym czynnikiem wpływającym na rzeczywistość, że nie sposób całkowicie od niego abstrahować. I wreszcie po trzecie – biorąc pod uwagę to, co się w związku z nim dzieje, mogę wyrażać wątpliwości i obawy.

Fala krwawych zamachów w zachodniej Europie jest faktem. Pojawiają się głosy – na razie odosobnione, lecz przebijające się już do mainstreamu – że być może niedługo zagrozi i nam. Faktem jest, że sprawcy powoływali się na Allaha. Podobnie faktem są dokonywane w imię tegoż Allaha masakry chrześcijan na bliskim wschodzie. Oczywiście można to, jak wszystko zresztą, spostponować. Powiedzieć, że każda religia może być wykorzystana instrumentalnie przez fanatyków – chrześcijaństwo też! – albo że nie powinno się uogólniać na podstawie jednostkowych przypadków.

Sęk niestety w tym, że kiedy te przypadki zaczynają się mnożyć, trudno nie ulec pokusie doszukiwania się w oparciu o nie reguły. Gdy wychodzi na jaw, że po ataku w Londynie CNN montowała ustawkę z muzułmanami rzekomo protestującymi przeciwko przemocy, później idiotycznie tłumacząc się, że te tysiące spontanicznie manifestujących na pewno były gdzieś dalej, tylko nikt ich nie widział, można żywić ambiwalentne odczucia odnośnie intencji ich liberalnych orędowników. Gdy po zabiciu księdza we Francji muzułmanie zjawili się na mszy, ale nie zdjęli nakryć głowy, choć jest to w kościele przyjęte, ciśnie się pytanie o szczerość ich żalu, i o to, co by się stało, gdybyś ty w meczecie nie zdjął butów.

I tak – powtórzę raz jeszcze – można to wszystko jak najbardziej wziąć w nawias, odsunąć, Stwierdzić ex cathedra, że to islamofobia, rozpętywana przez populistów paranoja i rasizm. Można uznać, że siła tej propagandy jest tak duża, iż ulegają jej nawet ludzie rozsądni – choćby uchodząca do niedawna za nowoczesną i postępową norweska pisarka Hege Storhaug, która teraz biega po „prawicowych” mediach i bredzi coś o tłumach salafitów na ulicach. Ba, można wręcz postawić tezę, że tak naprawdę za wszystkim stoi na przykład Putin. Lecz po przekroczeniu pewnej masy krytycznej wątpliwości tak się nawarstwiają, że nie da się ich po prostu wyciszyć.

Jest też kilka innych – nurtujących mnie osobiście – aspektów. Choćby wysuwany często przez lewicę argument świeckości państwa. No bo przecież jeśli w odniesieniu do Kościoła krzyczy się o niedopuszczalnym w liberalnej demokracji sojuszu tronu z ołtarzem, to czemu toleruje się praktyczną nierozerwalność w tym zakresie w islamie? Dlaczego tu obowiązują podwójne standardy? Bo to, że jeden czy drugi rząd zakaże sobie noszenia chust – a przy okazji strojów zakonnych, bo, wiadomo, równość – zakrawa na jakiś ponury żart.

I wracamy do kluczowej kwestii, czyli gradacji kultur. Zgodzę się z tym, co powiedział jeden z dyskutantów w Nocnym Radiu. Owszem, też uważam, że warto sięgać do ich korzeni, do kodu źródłowego. Czyli w tym wypadku do życiorysów założycieli. Jak żył Mahomet, a jak Jezus? I nawet nie chodzi o realne postacie. Pomińmy spór, czy rzeczywiście istnieli i czy Jezus naprawdę zmartwychwstał. Jesteśmy ludami księgi, więc o księgi pytajmy. Po prostu recenzujmy książki. Z jednej strony powieść o człowieku, który nigdy nikogo nie skrzywdził, z drugiej – o gościu, który dziś najpewniej zostałby zdiagnozowany jako pedofil.

Obrońcom islamu ponoć zdarza się formułować kontrargument, że ponieważ jest młodszy o sześćset lat od chrześcijaństwa, z opóźnieniem przechodzi również jego bolączki. Tylko czy na pewno? Chrześcijaństwo miało, i nadal ma, swoje patologie – schizmy, przemoc w imię wiary, słowem wszystko to, co niosą ze sobą ludzkie ułomności – lecz może się także poszczycić wielkimi świętymi, którzy na przestrzeni wieków, nawet kiedy w Kościele było naprawdę źle, poruszeni naukami Chrystusa dokonywali wspaniałych czynów. Czy dałoby się coś podobnego znaleźć w islamie?

Pytam zupełnie serio, jako klasyczny laik. Tym bardziej, że mignął mi na Facebooku post Marcina Mamonia, w którym atakował on krytyków islamu w taki sposób, że jeden to były esbek, więc nie ma moralnego prawa się wypowiadać, drugi to fejkowy youtuber, a trzeci – właściwie trzecia, bo chodziło o Miriam Shaded – wielbicielka zbrodniczego reżimu Asada. Zaś fundamentalnym zarzutem przeciw nim było to, że obrażają muzułmanów i oskarżają Mahometa o pedofilię. Kiedy zapytałem, czy to prawda z tą sześcioletnią żoną, dostałem w odpowiedzi wywód o względności kulturowych norm, innym niż dziś dojrzewaniu i o tym, że pedofilia może być bardziej rozpowszechniona w zachodnim świecie.

Cóż… to rzeczywiście wiele mi wyjaśniło. Jeśli w podobnym duchu mieliby się wypowiadać przywoływani przez Mamonia prawdziwi, a nie fejkowi lub dwuznaczni moralnie, eksperci, to… sam nie wiem. Trochę to jednak grubymi nićmi szyte. Wolę tego fejkowego youtubera, bo wiem, że przynajmniej był w miejscach i miał styczność z ludźmi, o których mówi. Jakoś bardziej przemawia do mnie logika owoców, po których poznajemy dzieło, niż ezoteryczne wywody. A owoce jakie są, każdy widzi. Zgoda, że odłamów islamu jest wiele, i że powinno się oceniać ideologie, a nie ludzi. Tyle że to ludzie nadają tym ideologiom moc sprawczą, a muzułmańskie głosy potępiające ekstremizm są jakieś takie… słabiutkie i rachityczne.

Tak naprawdę podstawowe pytanie powinno chyba brzmieć inaczej. A mianowicie, czy zło, które dziś buduje w powszechnej świadomości wizerunek islamu, to po prostu „usterka” wynikająca z nieprzepracowania pewnych kwestii, czy immanentny składnik tej doktryny. Chciałbym, aby ktoś wreszcie je rozstrzygnął. Chciałbym, aby ci porządni muzułmanie, których być może jest większość – dobrze w każdym razie w to wierzyć – zajęli tu jasne i nie pozostawiające marginesu niepewności stanowisko.

I nie, ten tekst nie ma żadnych zaszytych między wierszami insynuacji. Nie głoszę żadnego supremacjonizmu. Nie nawołuję do starcia kultur. Chcę poprzez niego jedynie ukazać, jakie wątpliwości mogą zrodzić się w głowie przeciętnego człowieka czytającego kolejny news o zamachu… lub o sobie, że jest nietolerancyjnym ksenofobem. Człowieka, któremu nie chce się poznawać koranu i który nie chce kiedyś żyć w świecie, gdzie być może byłby do tego zmuszony. Ja lubię mój świat.

A jeszcze co do tych bomb. Ujmę to tak: nikt, kto powołuje się na Biblię, nie powinien tego rozważać nawet w najskrytszych nocnych marzeniach. Jeśli cokolwiek miałoby świadczyć o wyższości tej czy innej kultury, to chyba zdolność do niezabijania. Czyż można wyobrazić sobie lepszą miarę prawdziwego postępu?

Fot Sarah_Loetscher/Pixabay

Polecam również

  • Krzysztof Maczyński

    Tak, z mojej strony, jak wyjaśniam na dodanym już po nagraniu na żywo wstępie, wyciągnięcie tych nie moich słów na tytuł to zabieg retoryczny, nie podpisuję się pod tym postulatem.

    Wielu jednak, niestety, się podpisuje. Np. po ataku terrorystycznym w Paryżu pewna bliska mi osoba, wykształcona i dobrze zarabiająca, stwierdziła, że tej samej nocy bombowce powinny polecieć nad miasta kraju, z którego pochodzą zamachowcy (jakby to było coś już ustalonego w sposób pewny), i wywrzeć zemstę na tamtejszych miastach. Dokładnie takich reakcji chcieli organizatorzy. Dała się sterroryzować. W przypływie emocji, gotowa była nie tylko pominąć, kluczowe dla sprawiedliwości i stanowiące istotne osiągnięcie naszej cywilizacji, śledztwo według najwyższych standardów i najlepszych procedur, ale też sięgnąć po środek zaspokajający niskie instynkty, nieskuteczny wszakże w zapobieganiu ponownym atakom.

    • Niestety wraz z kolejnymi zamachami tego rodzaju reakcje będą coraz częstsze i z czysto psychologicznego punktu widzenia zrozumiałe. To taki rodzaj wentylu dla emocji. Nie każdy, kto mówi o zrzucaniu bomb czy zabijaniu muzułmanów, naprawdę by to zrobił, gdyby miał możliwość. Podejrzewam, że nawet zdecydowana większość z nas nie byłaby do tego zdolna. Ale niestety jest zupełnie realne niebezpieczeństwo, że spirala przemocy może się zacząć nakręcać. Czytałem, że po Manchesterze ktoś podpalił drzwi meczetu. I może to, co teraz napiszę, zabrzmi nieco dziwnie, ale winę za tę ewentualną spiralę będą w równej mierze ponosić sami jej sprawcy, jak i politycy czy, szerzej, elity, które zamiast rozwiązywać problem nieuniknionych w takiej sytuacji napięć społecznych i kulturowych, nadal wolą wbrew wszelkim faktom ulegać utopijnym mrzonkom.

  • Nie da się wypowiadając się na temat współczesnego Islamu nie zauważyć tego że Jego niechlubną kartą jest terroryzm na zachodzie Europy i zabijanie chrześcijan na bliskim wschodzie. Zabranianie posługiwania się tą kartą może doprowadzić do jeszcze większego zalewu muzułmanów na Europę. Pytanie tylko – jeśli zastanawiamy się nad możliwymi scenariuszami – czy muzułmanie atakując nie wprost i stawiając na terroryzm uśpią czujność Europy czy będziemy świadkami ponownych wypraw krzyżowych w celu odparcia Islamu. O ile Kościół miałby jeszcze siłę przeciwstawić się…

    • Mnie osobiście spędza sen z powiek inny scenariusz, o którym miałem napisać w tekście, ale byłby już zbyt długi, więc dałem sobie spokój. To scenariusz opisany przez Houellebecqa w „Uległości”, wedle którego muzułmanie po prostu zaczną przejmować Europę za pomocą demokratycznych instrumentów. Epoka terroru kiedyś minie i wtedy do gry wejdą elegancko ubrani politycy, którzy – tak jak ostatnio muzułmański burmistrz Londynu – ładnie potępią przemoc. A ludzie będą już tak zmęczeni codziennym strachem, że zagłosują na kogokolwiek, byle mieć znów spokój. U Houellebecqa siejący terror na ulicach zadymiarze to już margines, na który nowe muzułmańskie elity patrzą z pogardą. A Kościół? No cóż – niedawny przykład zakonu w Belgii, który de facto poparł eutanazję, chyba mówi nam wszystko o kierunkach jego rozwoju w zachodniej Europie na najbliższa przyszłość.