Czy kiedyś było lepiej?

To pytanie nurtuje mnie od pewnego czasu. Nawet umyśliłem sobie książkę, która ma ambicję, by się z nim zmierzyć. Istnieje szansa, że uda mi się ją napisać. W ogóle coraz bardziej lubię wszystko, co można opatrzyć etykietką „retro”. Niekiedy daję temu wyraz na blogu. Ostatnio, na fali kolejnego kryzysu, pomyślałem, że gdy już totalnie dojdę do ściany z paplaniem „o wszystkim”, założę stronę poświęconą przeszłości. W różnych przejawach. Od kultury po sprzęt, od ludzi po wydarzenia. Widzę ją. Coś tak czuję, że miałaby wzięcie. Sprawdziłem potencjalną domenę. Jest wolna.

Oczywiście tego nie zrobię. Choć, fakt faktem, spośród rozlicznych słomianych fascynacji, jakie pod wpływem najrozmaitszych impulsów mnie ogarniają, właśnie ta do eksplorowania minionego utrzymuje się zaskakująco długo. Co jest o tyle osobliwe, że w szkole nigdy nie przejawiałem nadmiernych ciągot do historii. A może po prostu nie chciało mi się jej uczyć. Bo jeśli idzie o zainteresowanie się nią czysto hobbystycznie – na poziomie dokumentów w stylu Discovery czy książek popularnonaukowych – to i owszem. Choć raczej nie do końca rzecz rozbija się tu o historię jako pojętą literalnie dziedzinę wiedzy. Bardziej o melancholię, właśnie o bliżej niesprecyzowane poczucie, że kiedyś, oj kiedyś, panie kochany, to było.

Liznąłem już ten temat w tekście o otwieraczu pamięci. Chciałem w nim zarysować swoistą iluzoryczność wynikającą z idealizacji przeszłości, ale przede wszystkim pokazać, że taką czy inną drogą w którymś momencie swojego życia każdy dociera do tego punktu. Jest to w jakimś sensie punkt kryzysowy, w którym albo nastąpi przełamanie i ruszymy dalej, albo ugrzęźniemy w mentalnym lamusie pełnym zakurzonych wspomnień. I wówczas, jeżeli nie jesteśmy utalentowanymi pisarzami, zaczyna się robić cokolwiek niewesoło.

Fenomen ów stanowi treść „Panien z Wilka” Iwaszkiewicza. Kiedy pierwszy raz czytałem to opowiadanie, strasznie zbulwersowało mnie zakończenie, w którym Wiktor, utaplawszy się w miazmatach młodości, jakby nigdy nic, pogwizdując i wymachując teczką, idzie sobie na stację. Znacznie bardziej przemawiała do mnie nostalgiczna wersja Wajdy, w której zresztą wystąpił sam, stojący już nad grobem, Iwaszkiewicz. Wydawało mi się, że tak to powinno wyglądać, że tak się godzi, że jest to prawdopodobniejsze psychologicznie. Dziś, gdy mam mniej więcej tyle lat co Iwaszkiewicz w trakcie pisania, odrobinę lepiej to rozumiem.

Nawiasem mówiąc kilka dni temu „fejsik” szumnie poinformował mnie o siódmej rocznicy naszego szczęśliwego związku, przypominając w specjalnie z tej okazji przygotowanym filmiku, że moją pierwszą wrzuconą nań publikacją był album zdjęć z Radachówki. Właśnie tam, w dworku Ksawerego i Marii Szlenkierów, kręcone były „Panny z Wilka”. Rzeczywiście profil założyłem dosyć spontanicznie, odpoczywając po powrocie z autokarowej wycieczki śladami dawnego mazowieckiego ziemiaństwa, podczas której udało mi się cyknąć trochę niezłych fotek.

Ale wróćmy do głównego wątku. No więc jak? Było kiedyś lepiej, czy nie było? Pozornie to pytanie wydaje się kompletnie pozbawione sensu. Oczywiście, że nie było. Świat nigdy nie był idealnym miejscem. Zawsze toczyły się jakieś wojny, ludzie musieli konfrontować się z niesprawiedliwością, wybuchały epidemie itp. Nawet w tak zmitologizowanych przez moje pokolenie latach dziewięćdziesiątych sytuacja nie przedstawiała się, najdelikatniej ujmując, zbyt różowo. Przypominam, że gdy my przeżywaliśmy naszą arkadię wśród kaset wideo, dyskietek czy groszowych czytadeł z Phantom Pressu, w Ruandzie i na – całkiem skądinąd bliskich – Bałkanach rozgrywały się krwawe ludobójstwa.

A w kraju? Proszę bardzo: gigantyczne bezrobocie, masowo upadające lub wyprzedawane zakłady, które nie poradziły sobie z przejściem od gospodarki centralnie planowanej do agresywnego kapitalizmu, inflacja, która w szczytowym okresie dobiła do takiego absurdu, iż konieczna stała się denominacja… Wymieniać dalej? Politykę pomijam. To wszystko naprawdę się działo. Byliśmy tego świadkami, nawet jeżeli nie do końca to rozumieliśmy. Były, że posłużę się takim nieco chwytliwym uogólnieniem, „Młode wilki” i „Kiler”, ale była też „Arizona”.

A jednak widzimy tamte czasy w jasnych barwach. Ja też. Pomimo świadomości tego, co wymieniłem powyżej. Ba, jako dziennikarz lokalnej prasy spotkałem kiedyś człowieka, który twierdził, że najszczęśliwszym okresem w jego życiu były lata okupacji. Był młody, zdrowy, a Niemcy wcale nie byli tacy źli, jak się dziś powszechnie sądzi. Zamiast się ich bać, robiło się z nimi handel. Mówił to tak przekonująco, z takim błyskiem w oczach, że nie miałem powodu mu nie wierzyć.

Niby nic nadzwyczajnego. Typowe mitotwórstwo. Przecież każdy postrzega czasy swojej młodości jako najfajniejsze. To zupełnie naturalne. Ale co z całą tak dziś żywotną kulturą retro? Dlaczego tak lubimy przepełnione nostalgią opowieści? Mam odnośnie tego dwie wzajemnie się uzupełniające teorie. Pierwsza – odnosząca się bezpośrednio do pomysłu tego retrobloga, o którym pisałem wyżej – jest taka, że po prostu czujemy się bezpieczniej, obcując z zamkniętymi, już przetrawionymi przez kulturę narracjami. Odpada tu element nieprzewidywalności. Czyli mówiąc wprost: już wiemy, jak to się skończyło.

Druga, która dotyczy konkretnie lat dziewięćdziesiątych i naszego (zarówno nas, będących wówczas dziećmi, jak i naszych rodziców) do nich stosunku, zakłada, że były to ostatnie czasy, kiedy można było nakreślić wyraźną linię między prywatnym światem i tak zwaną sferą publiczną. Dziś, w erze sieci, ta przetoka właściwie zniknęła. Jesteśmy bezustannie podłączeni. Cały bulgot rzeczywistości, wszystkie jej niepokoje, konflikty i dramaty, są nam bezpośrednio, zresztą na nasze własne życzenie, transmitowane. Niekiedy wydają nam się wręcz bardziej realne, niż fotel, z którego je śledzimy.

Serio: kiedy myślę o latach dziewięćdziesiątych, moim pierwszym, zupełnie odruchowym skojarzeniem wcale nie są charakterystyczne dla nich gadżety, lecz uczucie, że było ciszej. I że zarówno dla mnie, moich kolegów, lecz i dla dorosłych, świat na ekranie telewizora – ma się rozumieć z wyłupiastym kineskopem CRT, a nie żadną plazmą czy LCD – był jakby fikcyjny. Wystarczyło pstryknąć i przestawał istnieć. Nie dotyczył nas. Nie dostrzegaliśmy powiązań między nim a nami, nawet jeśli racjonalnie zdawaliśmy sobie z nich sprawę.

I choć wiem, że ten stan umysłu opierał się na złudzeniu, częściowo zresztą dopisanym ex post, coraz bardziej za nim tęsknię. Czasem naprawdę żałuję, że świat nie zatrzymał się w rozwoju w okolicach przełomu tysiącleci. Przecież pod koniec XX wieku mieliśmy z grubsza już wszystko to, co istnieje dziś. Może było nieco bardziej toporne, wolniejsze, ale z drugiej strony tak gęsto nas nie osaczało, dawało większy margines autonomii. I wcale nie myślę tu jedynie o technologii. Może nawet o niej najmniej. Patrzę na teraźniejszych nastolatków i ugruntowuję się w przekonaniu, że coś cennego ich ominęło. Co oczywiście jest kolejnym mitem.

I tu docieramy do kluczowego aspektu sprawy, czyli do owego „kiedyś”. Bo kiedy właściwie ono było? Na kiedy powinno się je wyznaczyć? Gdzie usytuować ów suwak rozpylający za sobą złoty pył? Odpowiedź jak zwykle będzie zależeć od mnóstwa czynników. A też chyba nie jest do końca tak, że ten opromieniający przeszłość brokat rozkłada się równomiernie. Bo im dalej, tym zwykle jest go więcej. Im bardziej zacierają się chropowatości, tym łatwiej i hojniej się go rozsiewa.

Dla mnie na przykład złote dni skończyły się 11 września 2001 roku. Naprawdę odczuwam tamten przeklęty wtorek jako bardzo wyraźną cezurę. Po nim światło jakby lekko przygasło. Różne rzeczy, jakie nastąpiły potem, wspominam z mniejszym lub większym sentymentem, ale nie umiem o nich myśleć w kategoriach mitycznych. I nie chodzi o to, że przekroczyłem próg dorosłości. Po prostu wraz z atakami na Stany Zjednoczone ostatecznie załamała się ontologia, która mnie kształtowała. Tego dnia skończyły się lata dziewięćdziesiąte, skończył się XX wiek.

Zaczął się natomiast cały geopolityczny syf, który teraz przemeblowuje nam świat. Co też poniekąd wyjaśnia, dlaczego patrzymy wstecz. Abstrahując od zwykłych czynników, robimy to tym chętniej, im więcej niepewności i chaosu niesie teraźniejszość. To jest instynktowna reakcja obronna. I czasem warto sobie na nią pozwolić. Choćby po to, by przekonać się, że przeszłość też nie była doskonała.

Polecam również

  • Adam

    a czemu nie miałbyś zrobić tego bloga o retro? zaglądałbym 🙂

    • Hmm… czas, który nie jest z gumy? Wydolność mózgowa, która ma swoje ograniczenia? Gdybym chciał ulegać wszystkim swoim zachciankom, miałbym już z 15 blogów, a Luba wyrzuciłaby mnie z chaty 😉 Ale tę retropasję na pewno będę przemycał tu, bo rzeczywiście silnie trzyma.

      • Adam

        przecież są tacy co ciągną po kilka blogów.

        • Wiem, że są. Ale ja tak niestety nie umiem. Kiedyś już próbowałem. Gdybym zaczął rozkręcać nowy blog, ten musiałbym spisać na straty. Nie jest to może najbardziej przebojowe miejsce w sieci, niemniej kawałek życia mu poświęciłem. Byłoby szkoda.