Możesz uwierzyć we wszystko, nawet w Mehrana Keshe

Mówi się, że nie ma ludzi, którzy w nic nie wierzą. Jednym ze słynniejszych wyrazicieli tego poglądu jest brytyjski pisarz, a przy tym ortodoksyjny katolik, Gilbert Keith Chesterton, który ukuł często powtarzane stwierdzenie, że jeśli człowiek przestaje wierzyć w Boga, gotów jest uwierzyć w cokolwiek. I właściwie trudno się z nim nie zgodzić. Historia naszego gatunku to w znacznej mierze historia tworzenia się i upadania religii – zarówno otwarcie deistycznych, jak i pozornie negujących transcendencję, ale w istocie przesyconych nią. Powód jest jeden – głód, wielki, niespożyty głód Sensu.

Inny radykalnie katolicki pisarz i myśliciel, francuz André Frossard, definiował socjalizm jako metafizykę ukrytą pod pozorami ekonomii i walki o sprawiedliwość społeczną. Kiedy się nad tym zastanowić, można dojść do wniosku, że ta prosta zasada obowiązuje w odniesieniu do każdego przedmiotu zbiorowego kultu. Dzisiaj w wydrążonym z chrześcijaństwa zachodnim świecie czcimy demokrację, ekologię, prawa mniejszości czy setki innych fetyszy, o których do znudzenia mantruje się w przestrzeni publicznej. Stanowią one świecką religię, która ma wypełnić próżnię po zdetronizowanym Bogu.

Ktoś mógłby się teraz postukać w czoło, że aż tak pogłębionym wstępem otwieram tekst o, bądź co bądź, zwykłym naciągaczu. Ten ktoś zapewne miałby sporo racji. Ale po pierwsze lubię, gdy temat może posłużyć do szerszych rozważań, a poza tym chcę tu zarysować tło, na którym cała kwestia się rozgrywa. Bo mówiąc o tej świeckiej religii, warto jednak zwrócić uwagę na jej szczególną cechę, a mianowicie wprost zadziwiającą podatność na zabobony. Tyle lat walki z obskurantyzmem – oczywiście kościelnym, bo każdy inny jest dopuszczalny – zaowocowało tym, że gotowi jesteśmy przełknąć każdą bzdurę, byle sprawiała wrażenie nowoczesnej, modnej lub opakowanej racjonalnym dyskursem.

Kilka lat temu zoologiczny antyklerykał Janusz Palikot opowiadał w „Gazecie Wyborczej” o gwiezdnych portalach nad Gangesem i swoich podróżach do jakiegoś guru. Błaznował? To całkiem prawdopodobne. Ale już sam fakt, że wydrukowała to gazeta pragnąca uchodzić za postępową, coś znaczy. Za trefnisia ciężko natomiast brać Krzysztofa Pieczyńskiego, który pod sztandarami laicyzmu co jakiś czas zalicza tournée po mediach, bredząc o kosmicznej świadomości i zbrodniczym Kościele, który kradnie sny, a za pomocą dzwonów kontroluje umysły.

Że już nie wspomnę o amuletach, wróżbiarstwie, ufo, homeopatii, jasnowidzach i licho wie czym jeszcze. Co ciekawe, wszystko to, kiedy dobrze się przyjrzeć, objawia jeden wspólny mianownik: właśnie tę otoczkę pseudonaukowości, w jakiej jest nam aplikowane. Rewolucja oświecenia sprawiła, że zapanował dość płytko pojęty kult Rozumu. Ale ponieważ nie szedł on w parze z rozwojem duchowym, w głębi pozostaliśmy istotami przesądnymi, z tą jedynie różnicą, że zaczęliśmy nasze gusła przyodziewać w scjentyczny język. A kwintesencją tego zjawiska w najczystszej postaci wydaje się być Mehran Tavakoli Keshe.

Kiedy kilka miesięcy temu usłyszałem o nim pierwszy raz, początkowo sądziłem, że ktoś tu, kolokwialnie mówiąc, robi sobie jaja. Albo że to jakiś zrozumiały tylko dla wtajemniczonych greps. Potem z niemałym zdziwieniem odkryłem, że człowiek ów naprawdę istnieje, do tego ma na świecie – także w Polsce – całkiem sporą grupę… no właśnie, jak ich określić? Choć słowo „wyznawca” nie wydaje się adekwatne – sam Keshe przedstawia się jako naukowiec i dyplomowany inżynier – doprawdy trudno mi znaleźć inne. Tym bardziej że jego wielbiciele ponoć gotowi są bronić jego dobrego imienia i dorobku z iście fanatyczną zaciekłością.

Na polskiej stronie jego fundacji można przeczytać, że urodził się w Iranie w 1958 roku jako syn inżyniera rentgenowskiego, a świat nauki i promieniowania poznawał od najmłodszych lat. W roku 1981 ukończył w Londynie studia z zakresu inżynierii nuklearnej. Od tamtej pory koncentruje się na dopracowywaniu swojej „technologii”, co biorąc w nawias całą niezwykle mądrze brzmiącą nomenklaturę, sprowadza się do produkowania nieograniczonych ilości praktycznie darmowej energii. Jak ironizuje jeden z piszących o Keshem blogerów, z jego koncepcji można zrozumieć co najwyżej pojęcie neutronu, Jednak też tylko do czasu, gdyż według irańskiego geniusza neutron składa się z materii, ciemnej materii oraz antymaterii.

Na dodatek jego darmowa energia nie należy do najtańszych. Pięć lat temu – bo z wtedy pochodzi blogowa notka, na którą się powołuję – tak zwany reaktor otwartej plazmy, czyli sztandarowy wykwit innowacyjnej myśli Keshego, kosztował 900 dolarów. Teraz zapewne podrożał. Z drugiej strony cena nie jest chyba wygórowana, jeśli zważyć na fakt, że dzięki zgromadzonym środkom Keshe umożliwi ludzkości podróże międzyplanetarne. Niektórzy utrzymują, że taka możliwość już istnieje. Ponadto Keshe wie, jak wyeliminować problem głodu, i ma – czy też dopiero ma mieć – urządzenie, które pozwoli unieszkodliwić każdą broń, z atomową na czele.

Bo Keshe – jak zresztą większość wizjonerów i dobroczyńców ludzkości – ma zadatki na mesjasza. Co prawda nie takiego zwyczajnego, gdyż, jak głosi internetowa wieść, wiedzę i umiejętności rzekomo zyskał dzięki kontaktom z kosmitami, lecz, tak czy inaczej, niosącego zbawienie. Choć są też tacy, którzy podejrzewają, że może być antychrystem. Bo nie dość, że pojawienie się Keshego zbiegło się w czasie ze szturmem izraelskich wojsk na meczet Al-Aksa w Jerozolimie, to jeszcze ów obiecywany przez niego „światowy pokój” ma zostać zaprowadzony dzięki światowemu rządowi pod egidą ONZ. Czyli – wypisz, wymaluj – znów NWO.

W 2004 roku został zaproszony do Belgii przez jakieś niewymienione z nazwy półoficjalne organizacje. I w tej samej Belgii trzynaście lat później – a konkretnie 7 sierpnia bieżącego roku – wraz z żoną Caroline został skazany przez sąd za oszustwa medyczne i nielegalne praktyki medyczne. I tutaj docieramy do powodu, dla którego w ogóle poświęcam mu swój czas. Może nie całkiem, bo i tak chciałem kiedyś o nim napisać w konwencji weekendowej ciekawostki, ale muszę przyznać, że sprawa, która doprowadziła do skazania, mocno mną wstrząsnęła.

Dotyczy niejakiej Anny – kobiety, która na skutek wypadku drogowego zapadła w śpiączkę. Matka Anny zaczęła szukać w internecie kontaktu z innymi rodzicami w podobnej sytuacji. Właśnie w ten sposób znalazła ją Caroline Keshe. Zaproponowała jej leczenie metodami swojego męża. Zdesperowana kobieta zgodziła się. Nie osądzam jej. Właściwie to nawet doskonale ją rozumiem. Pozwolę sobie wrócić do tego wątku jeszcze nieco później.

Keshe kilkukrotnie odwiedził Annę w szpitalu. Jego terapia miała polegać między innymi na oddychaniu przez specjalny plazmowy reaktor medyczny – podobno zrobiony ze zwykłego termosu. Gdy mimo to dziewczyna wciąż się nie budziła, zaczął obwiniać jej matkę o to, że promieniuje negatywną energią. Potem oznajmił, że nawiązał kontakt z duszą Anny i ta mu powiedziała, że nie chce wrócić. Jednak 13 lutego 2010 roku ogłosił przełom, równocześnie zabraniając lekarzom wstępu do pokoju. Jednemu z nich udało się spostrzec, że pacjentka ma czerwoną twarz i silne drgawki.

Okazało się, że w jej płucach pojawiło się mnóstwo kawałków stałego pokarmu. Konkretnie zaś fast foodu, którym Keshe postanowił ją nakarmić. Udało się ją odratować, ale „leczenie” natychmiast przerwano. Co jednak najbardziej bulwersujące, Keshe i jego żona byli na tyle bezczelni, by oświadczyć matce Anny, że jej córka mogła zostać wybudzona, ale dopiero po dokonaniu zapłaty. Tego typu sprawy związane z działalnością małżeństwa Keshe podobno wychodzą na jaw również w innych krajach, między innymi w Ghanie.

A dlaczego napisałem, że rozumiem? Z bardzo osobistych powodów. Poniekąd też dlatego w ogóle ten tekst piszę. Kiedy byłem mały, rodzina, dowiedziawszy się, że są nikłe szanse na wyleczenie moich oczu przez tradycyjną medycynę, zaczęła mnie wozić po wszelkich możliwych znachorach, cudotwórcach, szeptuchach i pseudonaukowych hochsztaplerach pokroju Keshego. Byłem u Harrisa. Zaklinaczka spod Hajnówki przypalała mnie ogniem. Pakowano we mnie homeopatyczne pigułki. A choć nic nie pomagało, moi bliscy szukali po gazetach i znajomych kolejnych szans. Więc tak, rozumiem. Rozumiem tę desperację, tę… nadzieję.

Zamierzałem jeszcze kilka linijek poświęcić popularyzacji sekty Keshe – bo chyba tak bez krygowania się należałoby to zjawisko nazwać – w Polsce, jednak sobie podaruję. Jedyne, na co natrafiam, to mętne przepychanki na równie mętnych forach, przez które przewijają się nazwiska osób rzekomo związanych z peerelowskimi służbami specjalnymi. Nie chcę w to wchodzić, bo nie mam narzędzi, by odsiać, co jest faktami, a co spiskowym bełkotem i zwykłym duraczeniem.

W ewangelii według św. Mateusza jest taki fragment: „Jezus powiedział do swoich uczniów: strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. Poznacie ich po ich owocach. (…) Nie może dobre drzewo wydać złych owoców, ani złe drzewo wydać dobrych owoców. (Mt 7,15-20). Tak, w tym naprawdę coś jest.

Polecam również