Nie każcie mi zrozumieć takich ludzi!

O takich sprawach ciężko mi pisać bez emocji. Dotykają mnie osobiście. A już ta konkretna, z uwagi na moją własną niepełnosprawność, a właściwie jej charakter, szczególnie. Tekst w pierwotnym założeniu miał być znacznie ostrzejszy. Chciałem go wystukać na tak zwanym spontanie, by wyrzucić z siebie całą wściekłość. Nie tyle może na samą ludzką głupotę, co raczej na pewien cywilizacyjny klimat, który pozwala tej głupocie bez przeszkód rosnąć. Ba, podsyca ją! Na szczęście trochę ochłonąłem, co bynajmniej nie znaczy, że i tak się we mnie nie gotuje.

Kilka dni temu wspaniały, niezrównany, niezastąpiony „fejs” podsunął mi artykuł o niejakiej Jewel Shuping, która od wczesnego dzieciństwa miała marzenie, żeby stać się niewidoma. Myślenie o ślepocie sprawiało, że czuła się szczęśliwa. Spędzała całe godziny, wpatrując się wprost na słońce, bo matka nieopatrznie ostrzegła ją, że od tego można uszkodzić wzrok. Później zaczęła udawać niewidomą. Chodziła w ciemnych okularach i z zamkniętymi oczami. Nauczyła się posługiwać białą laską, a z czasem opanowała brajla. Świetnie, ja też znam brajla. Choć podejrzewam, że nie tak biegle jak Jewel.

Lecz to, co od biedy dałoby się uznać za niegroźne dziwactwo czy jakiś ekscentryzm, który być może nawet mógłby przerodzić się w coś pozytywnego – na przykład w to, że jako dorosła chciałaby się poświęcić pracy dla niewidomych – przestało jej wystarczać. Zdeterminowana, by jej największe marzenie się spełniło, znalazła psychologa, który „pomógł” jej stać się niewidomą. Sprawę załatwiło po kilka kropel środka do czyszczenia rur zaaplikowanych do każdego oka. Oczywiście nie było to zbyt przyjemne. Bolało jak diabli, krople, spływając, paliły skórę na policzkach, a do tego kiedy obudziła się następnego dnia w szpitalu, jej oczom ukazał się nie upragniony mrok, lecz… ekran telewizora.

W ciągu następnych sześciu miesięcy obrazy jednak stopniowo zaczęły zanikać. Rogówka w jej lewym oku się rozpuściła i całe nadawało się do usunięcia. W prawym rozwinęła się jaskra i zaćma, a także wyrosły jakieś brodawki. Na dołączonym do artykułu wideo Jewel opowiada, że chce zostać nauczycielką nauczania początkowego. Mówi też, że zdaje sobie sprawę, iż jej samookaleczenie to wynik zaburzeń psychicznych. I dorzuca, jakby rytualnie, że ma nadzieję, iż inni nie pójdą jej ścieżką.

Przypadek Jewel Shuping to niejedyny tego typu, o jakim słyszałem. Istnieją całkiem zdrowi ludzie, którzy pragną być sparaliżowani. Jeżdżą na wózkach inwalidzkich, unieruchamiają kończyny najróżniejszymi szynami i opaskami, by mieć choć złudzenie niepełnosprawności. Niektórzy posuwają się dalej i wymuszają na lekarzach amputacje, a spotkawszy się z odmową, próbują na własną rękę. W sieci można się natknąć na przykład na historię mężczyzny, który usiłował odciąć sobie nogę siekierą, bo uznał, że wtedy lekarze nie będą mieć wyjścia i dokończą to, co zaczął. Wykrwawił się na śmierć, nim zdążyła przyjechać wezwana przez niego karetka.

Oczywiście ma to swoją medyczną nazwę – B.I.I.D. Jest to skrót od angielskich słów „Body Integrity Identity Disorder”, co można chyba mniej więcej przetłumaczyć jako „zaburzenie poczucia integralności własnego ciała”. Schorzenie to, w największym skrócie, polega na tym, że dotknięty nim traktuje jakąś część – a nawet części – organizmu jako niepasujące i obce. Dopiero amputacja – czy, jak u Jewel, „unieszkodliwienie” intruza – zapewnia takim osobom poczucie, że są – jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało – kompletne. Nie chcę się tutaj wikłać w naukowe szczegóły. Zainteresowanych odsyłam na przykład do tego tekstu.

To właściwie powinno rozładować i rozbroić moją złość. Mimo iż czytając o pannie Klejnocik, czułem się, jakby napluto mi w twarz. Zapomnij, zduś to. Ona przecież jest chora! Powinieneś być tolerancyjny! Nieważne, że podczas gdy ja, odkąd zorientowałem się, że z moimi oczami coś nie gra, robiłem, co tylko mogłem, by zminimalizować wpływ kalectwa na moje życie, ona patrzyła na takich jak ja z zazdrością. Sama myśl o tym napawa mnie skrajnym obrzydzeniem!

Wiecie, jak to jest być ślepym lub – jak w moim wypadku – prawie ślepym? Jesteście tego ciekawi? Jara was to? No to wam powiem. Jest do luftu! Nigdy się z tym nie pogodziłem. Nigdy tego nie zaakceptowałem. Kalectwo zabiło moje marzenia. Nie zrekompensuje tego żadna nowoczesna technologia, żadne mówiące autobusy, pipczące światła, ani nawet renta socjalna. O którą staranie się jest zresztą potwornie upokarzające. Wiecie, czego bym tak naprawdę chciał? Po prostu wsiąść za kierownice jakiejś sportowej bryki i pognać ku zachodowi słońca, ile fabryka dała. Ale tego nie zrobię. Bo nikt przy zdrowych zmysłach nie da mi prawa jazdy! Nie mówiąc już o tym, że i tak roztrzaskałbym się na pierwszym napotkanym drzewie!

Całe moje życie od chwili, gdy zdałem sobie sprawę, że nikt poza mną nie musi wsadzać nosa w telewizor, by cokolwiek na nim dostrzec, jest bezustannym zmaganiem się między pragnieniem i możliwością. Jasne, coś tam osiągnąłem. Może coś znaczącego. Być może nawet coś, co znajdowałoby się poza moim zasięgiem, czego nawet bym sobie nie wyobrażał, gdybym był zdrowy. Jednak z drugiej strony nigdy nie przestanie mi towarzyszyć obsesyjna myśl, że mimo wszystko jest to egzystencja reglamentowana.

Świadomość, że ktokolwiek – na własne życzenie, powodowany kaprysem czy… no, niech i tak będzie… w wyniku choroby – mógłby pakować się w bagno, na które mnie skazano, nie dając możliwości wyboru… ta świadomość… po prostu mnie obraża, urąga mojej godności, przekreśla wszelkie moje wysiłki, by na tyle, na ile pozwalają mi ograniczenia, zniwelować skutki kalectwa. Nie każcie mi tego zrozumieć! Nie każcie być wobec tego tolerancyjnym! Czuję się tym zbrukany, jak gdyby ta idiotka się na mnie wyrzygała. Ach, gdybym znał jakiś magiczny sposób, by przekazać jej mój defekt i w zamian wziąć sobie jej cudowną pełno sprawność. Chciałaś? Masz! Udław się!

Wiem, przesadziłem. Ale to przesadzenie jest w pełni kontrolowane. Rzeczywiście miałem takie emocje „na gorąco” – teraz jedynie je odtwarzam. Choć nie powiem, żeby całkowicie już odpuściły i nie włączały się w trakcie pisania. Wiem, że niejeden – na czele z autorem tekstu, który stał się dla mnie punktem wyjścia – najchętniej uhonorowałby Jewel Shuping nagrodą Darwina. Ale wiem też, że zbyt łatwe osądzanie jest błędem. Bo ludzie naprawdę zmagają się z najróżniejszymi psychicznymi zmorami. Choćby z depresją, przy której nie wystarczy poradzić choremu, by przestał się mazać.

Szczerze mówiąc w tej historii najbardziej bulwersuje mnie postawa psychologa. Jewel jest jego ofiarą i uważam, że za to, co jej zrobił, powinien pójść siedzieć. Lecz szokująca wydaje mi się również reakcja środowiska. Na filmie wypowiada się kilkoro jej niewidomych przyjaciół, którym dopiero po dłuższej znajomości przyznała się, w jakich okolicznościach straciła wzrok. Właściwie nikt, na czele z nią samą, nie widział w tym problemu. To właśnie dlatego wcześniej wspomniałem o „rytualności” jej nadziei, że inni nie pójdą tą ścieżką. I nie chodzi mi o jakieś potępianie, wytykanie, stygmatyzowanie, a jedynie o wyraźny sygnał, że nie akceptujemy choroby. Nie człowieka, lecz właśnie choroby. Tego sygnału tam zabrakło.

Bo to chyba rzeczywiście w ogóle jest szerszy problem. Żyjemy w świecie stłamszonym przez terror bezwzględnej afirmacji wszelkich dziwactw. Nie wolno nam osądzać, oceniać, ba, niekiedy nawet nie wolno leczyć, by nie zostać oskarżonym o tę czy inną fobię. Różne przemądrzałe gremia wymyślają coraz to nowsze ideologie, które mają usprawiedliwić obłąkaną rebelię człowieka przeciwko naturze. Rebelię, której źródła są w gruncie rzeczy bardzo infantylne i oparte na opacznie rozumianym szczęściu.

Nie, nie każcie mi rozumieć takich ludzi jak Jewel Shuping. Bo zrozumieć ich równałoby się pozostawić ich na pastwę dręczących ich demonów. Powtórzę jeszcze raz: Jewel Shuping jest ofiarą. Ofiarą własnych zaburzeń, ofiarą hochsztaplera, któremu pomoc najwyraźniej pomyliła się z ideologią, wreszcie ofiarą ufundowanej na postromantycznym permisywizmie współczesnej kultury.

Polecam również