Joanna Bator o kotach i Śląsku

„Ciemno, prawie noc” było moim dziewiczym – i jak dotąd jedynym – zetknięciem z powieściową twórczością Joanny Bator. Pierwszym, ale czy ostatnim? Tę sprawę będę musiał poważnie przemyśleć. Z biegiem lat coraz rzadziej pozwalam sobie na luksus lektur zbędnych. Stosuję coraz bardziej restrykcyjny klucz ich doboru. Czytam tylko dwa rodzaje książek: takie, które czegoś mogą mnie nauczyć, oraz te, przy których odpoczywam, żeby przygotować mózg do kolejnej porcji wysiłku. Sytuacja idealna – i szczęśliwie wcale nie tak rzadka – jest wówczas, gdy owe płaszczyzny się przetną.

Bywa, że trafię na zatruty owoc, i wtedy bez żadnych ceregieli go porzucam. Czas płynie, żal wytracać go na brednie. Takim zbukiem okazały się choćby „Trociny” Vargi. A napomykam tu o nich, ponieważ to, co miotało mną coraz silniej w miarę zanurzania się w mroczny wałbrzyski świat Alicji Tabor – głównej protagonistki i narratorki powieści – jest do pewnego stopnia analogiczne. Ale tylko do pewnego, bo Joannie Bator powiodła się sztuka, której Varga najwyraźniej nie posiadł lub po prostu nie zaprzątał sobie nią głowy w trakcie pisania – zostałem oto pochwycony w sidła, uwiedziony i zmuszony do chłonięcia aż po finałowy wers. Joanna Bator najzwyczajniej umie snuć zajmującą historię, dzięki czemu nawet jeśli brała mnie pokusa ciśnięcia jej w kąt, jakoś nie mogłem się na to zdobyć, bo chciałem wiedzieć, co będzie dalej. Niebezpieczna zdolność.

Jednak zestawiam obydwa tytuły z jeszcze innego powodu. Otóż ich autorzy są rodzeństwem. Tak, dobrze państwo przeczytaliście – Joannę Bator i Krzysztofa Vargę, a w każdym razie ich książki, łączą więzy duchowej krwi. Oboje w gruncie rzeczy komunikują to samo. Z tym że o ile Varga czyni to raczej prymitywnie, raczej nieudolnie maskując publicystykę pod cieniutką kołderką fabuły, o tyle Bator okazuje się absolutną mistrzynią dywersji. Z jej ręki łykasz tran i chcesz prosić o jeszcze. Oj, demoniczne, demoniczne.

Powieść Bator gatunkowo bez dwóch zdań przynależy do horroru. Nie twierdzę, że wybitnego – w konfrontacji z mistrzami tej estetyki braki wykazuje – lecz w kategorii czysto rozrywkowej – a wszak tym dobry horror powinien być przede wszystkim – sprawdza się nienajgorzej. Ja w każdym razie bawiłem się przednio. Autorka powpychała do tego kociołka kilka składników, które pozwalają wsiąknąć na dłużej. Jest dziennikarka z Warszawy – czy może raczej z Warszawki – która wraca na rodzinny Śląsk, żeby zebrać materiał do reportażu o zaginięciach dzieci. Jest duszna, oniryczna atmosfera, wynurzające się z mgły postacie o niejasnych motywach, a nawet szalejący po miejskim forum duch. Jest diaboliczny kult, zbieracze kości i stwory prosto z piekieł, które opętują ludzkie serca. Jest trauma, którą Alicja kryje w najgłębszych zakamarkach pamięci. Jest wreszcie samo rozwiązanie tajemnicy.

Nieco baśniowa atmosfera ciekawie miesza się z grozą. Groteska bez zakłóceń współbrzmi z dramatem. Rzeczywistość relacjonowana przez Alicję zakrzywia się, w miarę jak bohaterka w nią brnie i pozwala jej przejąć władzę nad zmysłami. Tu i ówdzie przebłyskiwały skojarzenia z filmem „W paszczy szaleństwa” Johna Carpentera. Choćby w scenie, kiedy zbieracze kości prezentują w nieistniejącym pokoju najnowsze okazy, a ich guru je zatwierdza.

I nawet jeżeli clou sensacyjnej intrygi trąci lekko banałem, jeśli blednie w natłoku uprzednio nagromadzonych wątków, całość trzyma się, gra. Bator udało się osiągnąć efekt w horrorach nieodzowny, by klisze, z których składa się ten gatunek, zadziałały skutecznie – sprawiła, że nierealne uzasadnia się w realnym. Każdy mroczny lub nadprzyrodzony element kreowanego przez nią świata można wytłumaczyć racjonalnie, gdy spojrzy się na historię chłodnym okiem analityka, lecz znakomity styl, mylenie tropów, zaciemnianie konturów prawdopodobieństwa i skrajnie zsubiektywizowana narracja wzbudzają niepokój. Bo a nuż diabelskie moce jednak istnieją.

Warto nadmienić, że owe upiory, nazwane przez tragicznie zmarłą siostrę Alicji kotojadami, to tak naprawdę zło naszych dziejów. Wszyscy bohaterowie dźwigają na sobie skazę wojny. Matka Alicji i Ewy, jako dziewczynka zgwałcona przez sowieckich żołnierzy, później sama krzywdziła córki. Jedno z zaginionych dzieci narodziło się z kazirodczego związku, który z kolei wykwitł na zgliszczach innej rodzinnej tragedii. Krzywda rozprzestrzenia się tu jak fala uderzeniowa i infekuje ofiary, które zamiast szukać odkupienia, stają się katami, nosicielami i dalszymi rozsadnikami wirusa. A łańcuch klątwy rozciąga się aż po współczesność.

Gdybym niniejsze słowa wypowiadał z perspektywy zjadacza popkultury, powinienem w tym miejscu zakończyć. Ale nie ma tak hop siup. Nie dajmy się zwieść – ani Joanna Bator swojej powieści nie pisała po to, by wyrwać czytelnikowi parę godzin z życiorysu, ani jej laudatorzy z jury Nike sprzed trzech lat nie nagrodzili jej za ten akurat aspekt. Zachwyty Adama Michnika nad „Ciemno, prawie noc” też nie z niego się wzięły.

Gdy bowiem odwinie się formalne pozłotko, łatwo się zorientować, że dreszcze i hokus pokus to jedynie osłona – fakt, o wiele grubsza i zmyślniejsza niż u Vargi – pod którą zaaplikowano nam dyskurs ideologiczny i – nie waham się powiedzieć – polityczny. Bator oskarża. Kogo i o co? Najoględniej ujmując – Polaków o to, że są, jacy są. Stereotyp w budowanym przez nią obrazie społeczeństwa goni stereotyp, zaś Polska – pokazana tutaj na zasadzie pars pro toto – zmienia się w koszmarny fantazmat, który nieomal fizycznie męczy i przyprawia o zaburzenia perystaltyki.

Dominującym uczuciem, jakie towarzyszy Alicji Tabor od pierwszych stron, jest odraza. Już w pociągu doznaje napadu wstrętu na widok współpasażerów. Potem brzydzą ją brudne ulice, brzydcy ludzie w obskurnych sklepach itd. Jeżeli rodzina, to obowiązkowo patologiczna. Gdy patriotyzm, to – ma się rozumieć – tromtadracki i brutalny niczym bluzgi internetowych trolli, którym autorka z jakąś wręcz sadomasochistyczną lubością poświęca aż trzy rozdziały. Rosół, ów ikoniczny atrybut polskiej gościnności, też obrywa, gdy pani reporterka, wizytując babcię jednego z zaginionych dzieci, przeżywa estetyczne katusze, zmuszona zjeść to paskudztwo z tłustymi okami. Gdyby Bator pisała swą powieść dziś, pewnie dowiedzielibyśmy się, że winę za ten pożałowania godny stan rzeczy ponosi pięćset plus.

Należy jednak pamiętać, że Alicja to produkt nowego wspaniałego (tęczowego) świata. Toteż, w przeciwieństwie do ksenofobicznych, zacofanych troglodytów z biedaszybów, nieobca jest jej tolerancja i szlachetne odruchy. Potrafi wykazać się empatią, nawet wódki się napije, gdy trzeba. A i w czółko – oczywiście lepiące się od potu – wspaniałomyślnie ucałuje.

Jest ponadto „Ciemno, prawie noc” powieścią o Smoleńsku. Tak, dobrze państwo przeczytaliście. Choć żadne literalne odniesienia nie padają, motyw nie tyle smoleńskiej, co posmoleńskiej mgły przewija się tam aż nazbyt wyraźnie, by go zignorować. Tuż przed przyjazdem Alicji do Wałbrzycha w niewyjaśnionych okolicznościach umiera lokalny prorok, któremu objawiła się Matka Boska. Błyskawicznie zgromadzili się wokół niego wyznawcy, zaś po śmierci równie szybko jęły się mnożyć teorie spiskowe. Nie mówiąc o dynamicznym ruchu, który jako żywo przypomina to, co zaraz po katastrofie rozgrywało się na Krakowskim Przedmieściu. Na jego czele stoi – jakżeby inaczej – oszust nazwiskiem Łabędź (sic!).

Ale z tego labiryntu ciemnoty, resentymentów i mesjanistycznych egzaltacji jest wyjście. Jedyna nadzieja tkwi w odmieńcach – ludziach o nieostrej tożsamości i proekologicznych kociarach. To oni pełnią w powieści funkcję jednoznacznie dobrych aniołów. Ba, pojawia się nawet transwestytka, która czaruje uśmiechem, piecze nafaszerowane ziołem ciasteczka, a pod koniec dociera do miejsca zbrodni. Istna drużyna pierścienia – pogromcy nienawiści i tradycjonalistycznych zmór.

Dawno już żadna książka nie wywołała we mnie tak ambiwalentnych reakcji. Z jednej strony podziw dla niewątpliwego literackiego kunsztu, z drugiej – złość, że został użyty do naplucia mi w twarz. Łatwiej mi to jednak znieść u kogoś z pośledniejszym talentem. Przykład Joanny Bator pokazuje, jak piorunujący rezultat można osiągnąć, gdy dobre – nie genialne, ale dobre – pióro wprzęgnie się w ideologiczną krucjatę. Naprawdę szkoda. Wniosek zamykający może więc być, niestety, dokładnie taki sam jak przy tępym produkcyjniaku Krzysztofa Vargi: tam, gdzie w miejsce pytań o człowieka wkracza uogólnienie i środowiskowy sznyt, literatura musi skapitulować przed propagandą.

Nas wicher jest! – oznajmia kociara Babcyjka. No i zaiste, wicher potrzeba rąk (i zdolnych piór), żeby pokonać kotojady pasożytujące na polskiej duszy. Nigdy więcej rosołu!

Fot WallpaperFolder


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również

  • Nie przepadam za tego typu literaturą. Uwielbiam za to czytać biografie i wspomnienia.

    • To ja z kolei, jeśli idzie o literaturę faktu, bardzo lubię reportaże. Biografii aż tak dużo nie czytuję – bardziej wspomnienia czy dzienniki. No a z Bator, cóż, lepiej uważać 🙂