Jeszcze kilka luźnych refleksji o mediach

Niemieckie media poinformowały o skandalicznych zajściach z sylwestrowej nocy dopiero po czterech dniach, bo… czekały na spójne stanowisko władz w tej sprawie. Kobietom, które muzułmańscy imigranci postanowili „ubogacić kulturowo”, oświadczenie ZDF o „złej ocenie sytuacji” przyda się jak lodówka w igloo, nie wątpię jednak, że, w przeciwieństwie do nich, kilku redaktorom już wrócił spokojny sen. Chciałoby się powiedzieć, że to doświadczenie nas czegoś nauczy, że będzie stanowiło jakiś zwrotny punkt, impuls do otrząśnięcia się, ale zanim zdążymy otworzyć usta, zza pleców już odzywa się rechot historii. I to by było tyle w temacie „wolności słowa” w kraju, który za rzekomy jej brak piętnuje nas. Cudowne samozaoranie.

Od teraz każdemu – zwłaszcza zza Odry – kto zacznie bredzić o zamachu na media publiczne, którego jakoby ma się dopuszczać PiS, będzie można rzucić tym dictum w twarz. A każdemu stąd, kto pobiegnie wypłakiwać się tamtym w rękaw, by później szczycić się swoim „gorszym sortem”, nie od rzeczy będzie wytknąć dwulicowość. Tylko czy naprawdę chcemy tak igrać? No okej, może niektórzy nie oprą się pokusie. Zresztą nie chodzi o to, żeby licytować się na uszczypliwości. Za dużo tego ostatnio. A poza tym obawy, że PiS może chcieć „upolitycznić” media i uczynić z nich swoją „machinę propagandową”, nie są tak całkiem wzięte z księżyca. Nie musi się tak stać, ale może, jeśli do głosu dojdą instynkty odwetu, co – paradoksalnie – w pewnej mierze należy również zapisać na rachunek win III RP.

Mam tu oczywiście na myśli jej bezalternatywność, spychanie przez całe lata 90 i spory kawał dwutysięcznych konserwatywnych narracji do „ciemnogrodu”. Teraz „ciemnogród” ma dobrą okazję się odwinąć. Obawy, że może z niej skorzystać, nasuwa mi choćby niedawny wywiad w „Do rzeczy”, w którym Krzysztof Czabański mówił o konieczności zapewnienia rządowi medialnej ochrony, ale też – pośrednio – powołanie Jacka Kurskiego na stanowisko prezesa TVP. A z drugiej strony: czy Duda miał nie podpisywać ustawy medialnej jedynie po to, żeby dać dowód swojej ponadpartyjności? Ot i klasyczny węzeł gordyjski.

Najciekawsze zaś jest to, że snuję te rozważania z perspektywy dyletanta. Od prawie dwóch lat telewizor służy mi wyłącznie do oglądania filmów. Z radiem również właściwie wziąłem rozwód. Trójka – jedyne w publicznym pakiecie, jakiego dość długo i regularnie słuchałem, czując się już członkiem mitycznej trójkowej gildii – po kuriozalnej akcji z czekoladowym orłem wywołała u mnie niestrawność, z której, nie bez trudu, dźwigam się do dziś. Zapewne rację ma Jerzy Sosnowski, wskazując na swoim blogu, że media publiczne nie są monolitem, więc hurtowe oskarżanie ich o „przechył w lewo” czy „sprzyjanie jednej opcji” jest, łagodnie mówiąc, nadużyciem. Szczególnie że akurat Trójka zawsze jawiła mi się jako raczej rzetelna. Bezstronna nie – Kuba Strzyczkowski nie musiał otwarcie deklarować poglądów, wystarczył dobór gości do audycji – ale właśnie rzetelna zgodnie z kryteriami, które już formułowałem.

Powiem więcej: wbrew całej uprawianej przez siebie intelektualnej ekwilibrystyce, ważeniu racji, bezstronny nie jest również Sosnowski. Kiedy już sobie dialogicznie pohamletyzuje, da się mniej więcej przewidzieć, że – przy masie zastrzeżeń – będzie bardziej skłonny wzmocnić lewą nogę kosztem prawej. Ale to jest absolutnie w porządku. Przynajmniej dopóki będzie się przykładał do swych dziennikarskich zadań na tyle, ażeby nie zniekształcać rzeczywistości na poziomie faktów podstawowych. Z jego poszczególnymi opiniami mogę się zgadzać bądź nie, ale powinien móc je głosić.

Moje zniechęcenie się do Trójki po akcji „Orzeł może” także tylko częściowo miało wymiar polityczny. Albo inaczej: role odgrywała w nim polityka jako emanacja pewnych tendencji kulturowych, które wydają mi się co najmniej dyskusyjne. Trójka wtedy dosyć jednoznacznie wpisała się w forsowany przez PO i prezydenta Komorowskiego nurt upupiania polskości. Za to mam do Trójki największy żal, bo nie sądziłem, że tak daleko się posunie. Wiem, że fajnie być Polakiem, tylko że na to poczucie chyba składa się coś więcej niż stadionowy patriotyzm i sygnowana przez szkaradne czekoladowe ptaszysko i różowe baloniki propaganda sukcesu. Wielka szkoda.

Jeżeli zaś chodzi o TVP, to, abstrahując od faktu, że zawsze uważałem ją za nudną i ceniłem głównie za brak wkurzających bloków reklamowych na filmach, sprawa rzeczywiście może budzić niepokój. Niedawno przywoływałem epizod ze starszą panią, która wiedzę o świecie czerpie z TVP Info i „Wiadomości”. Historia nie jest wyssana z palca i naprawdę zszokował mnie poziom agresji, jaki ujawnił się w tej przemiłej osobie, kiedy zaczęła mówić o obecnej władzy. Zacietrzewione pomruki, że tego Dudę to by najchętniej tępym nożem ukatrupiła, a ten Kaczyński to już dawno powinien siedzieć, sypały się z jej ust z identyczną łatwością jak z sitka cukier puder, którym oprószała racuchy, serwując mi owe dogłębne polityczne analizy.

Rozumiem, że starsza pani w charakterze pars pro toto to jednak za mało, by oddać spektrum problemu. No ale bardzo przepraszam – z powietrza jej się to nie wzięło. Sąduję na podstawie takich dowodów, jakie mam w zasięgu ręki. Weźmy inną rzecz: słynny wywiad red. Karoliny Lewickiej z prof. Glińskim. Zadałem sobie tę pokutę i obejrzałem. Tragedia! I to z obu stron. Gliński wypadł fatalnie, wyciągając jakieś karteczki i usiłując odczytywać oświadczenie. Ale dziennikarka nie lepsza. Nie daję głowy, że mi by nerwy nie puściły. Powtarzające się często porównania do historycznego magla, jaki Piotr Gembarowski urządził Krzaklewskiemu, są tu chyba jednak uzasadnione. Granica pomiędzy dziennikarską drapieżnością a zaangażowaniem w obu przypadkach była zbyt nieostra, by uznać ją za błąd w sztuce.

Otwartą wszakże pozostaje kwestia, jak tej postulowanej przez rządzących korekty dokonać. Będą rozdzielać czas antenowy na równe odcinki sprawiedliwie dla poszczególnych opcji? W niedzielę w południe wyemitują program redakcji katolickiej, żeby natychmiast po nim oddać studio Krzysztofowi Pieczyńskiemu, który będzie opowiadał, jak Kościół kontroluje ludzkie sny? Dziesiątego kwietnia puszczą „Mgłę”, a w rocznicę porozumień sierpniowych „Wałęsę – człowieka z nadziei”? Nie, bo to czysty absurd. Jeśli coś jest dla wszystkich, to zazwyczaj jest dla nikogo.

Ja też nie będę udawał, że wynalazłem jakiś złoty środek. Wobec tego, co dzieje się obecnie wokół mediów publicznych (niedługo narodowych), na razie przyjąłem postawę wyczekującą. Choć też bez przesady. Odkąd do Polski szumnie wkroczył Netflix, Piotr Kraśko może jak dla mnie nie istnieć. A tak zupełnie serio: rezerwując sobie prawo do wymienionych na początku wątpliwości, podzielam zdanie, że po prostu potrzebny jest czas. A przede wszystkim spokój. Choć nie podejrzewam, by ten ostatni był nam dany. Już KOD wraz z Ryszardem Petru się o to postarają. A ja bym tylko chciał nie musieć więcej przeżywać takiej sytuacji jak tamta przy racuchach. Niezależnie kto będzie rządził.

Poprzednie