Jesienne zadumy, czyli wpis pomostowy

Zacznę może od ilustrującego wpis zdjęcia. Zrobiłem je w Lourdes. Drzewo (nazwy niestety nie znam), którego pięknie rozświetloną wrześniowym słońcem koronę pokazuje, rośnie tuż nieopodal bazyliki różańcowej nad grotą Massabielle – dokładnie tej samej, którą widać na fotce dołączonej do tekstu opowiadającego o naszym wyjeździe. Wspominam tu o tym, bo właśnie tamten tekst sprawił, że piszę ten. Nie wiem, jak to w miarę jasno wytłumaczyć. Po prostu chyba potrzebuję czegoś w rodzaju łącznika, który pozwoli mi mentalnie wyruszyć w dalszą drogę.

Uważni obserwatorzy (cała trójka! dozgonne dzięki dla was!) na pewno zauważyli, że kilka dni temu zaliczyłem falstart, publikując materiał, który niedługo później skasowałem. Po Lourdes ogarnęła mnie permanentna blokada, a właściwie należałoby powiedzieć: twórczy impas. Nie z braku tematów. Tych mam pod dostatkiem! Więcej niż są w stanie udźwignąć moje moce przerobowe. Dziwnie to zabrzmi, jednak żaden z nich nie wydawał mi się godny sąsiadowania z tekstem o Lourdes. Ten, który koniec końców wrzuciłem, też nie. Ba, wręcz w największym stopniu nie. Ale po prostu chciałem dać cokolwiek, byle blog się kręcił.

W życiu każdego człowieka pojawiają się kamienie milowe, które radykalnie odmieniają jego bieg, albo – nawet jeżeli na pozór nic się nie zmienia – stanowią wyraźną granicę dzielącą je na czas przed i czas po. Kiedy miałem trzynaście lat, takim punktem zwrotnym stała się dla mnie śmierć dziadka. Mógłbym wymienić ich jeszcze wiele: decyzja o wyborze liceum (dla mnie osobiście o wiele ważniejsza niż ta dotycząca studiów), chwila, w której poznałem moją przyszłą żonę, pierwsza publikacja, spotkanie z panem Aleksandrem, który został bohaterem „Podążaj za snem”, śmierć matki itd. Czymś takim okazało się również Lourdes.

I to okazało się w znacznie większym zakresie, niż mogłem przypuszczać, gdy prawie rok temu rozpocząłem przygotowania do podróży. W większym, niż sądziłem po powrocie. Tak naprawdę chyba wciąż to odkrywam. To wciąż się dzieje w czasie rzeczywistym. Nie umiem tego precyzyjnie określić. W każdym razie jeszcze nie. To raczej pewna subtelna zmiana klimatu, niż konkretne przeobrażenia. Raczej niedostrzegalne gołym okiem, lecz wyraźnie wyczuwalne przesunięcia niektórych składników duchowego wyposażenia, niż gruntowne przemeblowanie.

Jak zwał, tak zwał, pisarsko zaowocowało to paraliżem, niemożnością wykonania ruchu w jakąkolwiek stronę. Postanowiłem więc napisać coś – cokolwiek, bez planu i konstrukcji, by tylko uderzać w klawisze – co przyjęłoby na siebie ciężar bycia kładką między mną sprzed i mną po Lourdes. Czy przez to pisanie jest łatwiejsze? Bynajmniej. Kolejne myśli wyłaniają się niby chaotycznie, a jednak domagając się jakiegoś porządku, kręgosłupa, na którym by się mogły wesprzeć. I tak wpadło mi, że może nim być jesień.

W sumie zabawna rzecz z tą jesienią. Kiedyś cholernie jej nie lubiłem. Gdy tylko zaczynał się październik, dostawałem chandry. Przeszkadzało mi, że coraz wcześniej zapada zmrok, i że szarość dni dodatkowo pogarsza moje, i tak przecież nieszczególne, widzenie. Od kilku lat – może dwóch, trzech – mój stosunek do tej pory uległ całkowitemu przewartościowaniu. Nie wiem, czy to kwestia estetyki, na którą mimo wszystko trudno pozostać obojętnym, czy wieku, który z roku na rok czyni człowieka coraz bardziej melancholijnym. A może po prostu chodzi o to, że jako stworzenie nocne doceniam fakt, iż słońce zbyt wcześnie nie psuje mi atmosfery. Poza tym jesienią chyba łatwiej uwierzyć, że przed światem jest jeszcze szansa.

Nie wspominając już o tych kamieniach milowych. W moim życiu wiele z nich zdarzyło się właśnie jesienią. Były to zarówno chwile dobre, jak i złe. Dawniej z przewagą tych drugich. W mojej rodzinie utarło się nawet przekonanie, że wisi nad nami coś w rodzaju jesiennej klątwy, i każdego roku, gdy sierpień chylił się ku końcowi, dorośli zaczynali się zastanawiać, co tym razem łupnie. To jesienią obrywały się szafki, zasypując kuchenne linoleum gradem skorup z potłuczonych naczyń. Jesienią do komórki w piwnicy włamywali się złodzieje, by zakosić kilka weków. Jesienią umierali ludzie. Ale potem się zmieniło.

Jesienią przed siedmiu laty na stronie wydawnictwa AMEA ukazała się zapowiedź antologii „Wbrew naturze”, w której miało zostać zamieszczone moje debiutanckie opowiadanie. Nie był to co prawda debiut w sensie ścisłym, bo już od kilku lat publikowałem w lokalnej prasie (nawiasem mówiąc tę przygodę też zacząłem jesienią), ale po raz pierwszy mój tekst miał się znaleźć w prawdziwej książce – takiej z numerem ISBN i dostępnej w księgarniach. To stanowiło dla mnie potwierdzenie, że wreszcie mogę się uważać za pisarza.

Pamiętam, jak niecierpliwie wyczekiwałem na paczkę z egzemplarzami autorskimi i jaka konsternacja mnie ogarnęła, gdy zobaczyłem, że w spisie na okładce błędnie podano moje imię. Pomyślałem jednak, że może to dobry znak. W końcu w historii literatury nie takie pomyłki się zdarzały. Ale znamienne jest coś jeszcze. Coś, czego wtedy nie przyjmowałem do wiadomości. A mianowicie, że beletrystyka, czy raczej fikcja, nie będzie moją główną domeną. To nie przypadek, iż mój pierwszy profesjonalnie wydany utwór należy do kategorii non-fiction. Gdybym już wtedy to zrozumiał, oszczędziłbym sobie sporo szarpaniny i wielu rozczarowań.

A może właśnie wcale nie? Może naprawdę każde doświadczenie jest po coś. Formuje nas i przybliża do doskonałości, nawet jeśli na pozór wydaje się niepotrzebne. Może naprawdę nie istnieje nic takiego jak stracone chwile. Bo może „stracone chwile” to jedynie wymówka dla tych, którzy są zbyt ślepi lub zbyt leniwi (albo jedno i drugie), by wyciągać wnioski. Cóż, może. Wszystko przecież w gruncie rzeczy zależy od nas. Chodzi mi o najbardziej bazowy sens. Jasne, że wpływają na nas czynniki zewnętrzne, ale – tak czy inaczej – w absolutnie każdej chwili pozostajemy wolni w naszych decyzjach.

Wszystko sprowadza się do akceptacji. Siebie takiego, jakim się jest, i warunków, w jakich przyszło nam realizować swoją wolność. Kiedyś tego nie rozumiałem. Było we mnie sporo niezgody i takiego głupiego, roszczeniowego buntu. Na kraj, w którym się urodziłem. Na to, że fizyczne ograniczenia nie pozwalają mi realizować marzeń. Na to, że inni – często dużo młodsi – znaleźli się w punkcie, do którego ja nie dotarłem. Na prawdziwe i wyimaginowane przeszkody, które nie pozwalają mi tam dojść. Na grawitację, która tak wrednie turla Ziemią przez kosmiczną czerń, iż od listopada do kwietnia ciężko nie dostać świra.

A potem polubiłem jesień. Nie pamiętam, jak dokładnie to się stało. Czy był to impuls, czy proces. Może to się wydarzyło podczas spaceru z psem, kiedy nagle odkryłem, że lekko słodkawa woń opadłych liści sprawia mi przyjemność. Albo w jedno z tych deszczowych i mglistych popołudni, gdy siedzisz w domu w otoczeniu bliskich, popijasz coś gorącego i ni stąd, ni zowąd spływa na ciebie błogie poczucie bezpieczeństwa. A może w którąś z tych niewiarygodnie ciemnych, metafizycznych nocy, kiedy to nie mogąc zasnąć, uświadamiasz sobie, że twoim udziałem jest jedyny w swoim rodzaju los, którego nikt nigdy ani nigdzie już nie powtórzy.

A to wszystko z kolei sprowadza się do jednego obrazu. Jest nim wnętrze taksówki, którą ja i Luba jedziemy w sobotni wieczór. Po prawej sunie tłusty październikowy księżyc, w radiu cicho plumka melodia z „Ojca chrzestnego”. Jest tak dobrze, że chciałbym, aby ta chwila trwała wiecznie. I właśnie wtedy, w dosłownie jednej nanosekundzie, to wszystko staje się dla mnie krystalicznie jasne. I myślę, że Lourdes jednak ma z tym coś wspólnego. Żadne tam zen, buddyjskie oświecenie. Ot po prostu chwila, migawka, nastrój. Tyle że zostaje po nim ślad niczym plamka po spadnięciu kropli.

Suma tych śladów drąży twardą skałę mojego tu i teraz. I już jestem po drugiej stronie.

Polecam również