Ten jeden dzień, który zniszczył świat

Pamiętam, jak to się stało. Pamiętam ten przeklęty wtorek w najdrobniejszych szczegółach. Był senny i deszczowy. Trochę tak jak dziś, tyle że zimniej. Wstałem jak zwykle nieco zbyt późno, bo prawie do rana ślęczałem nad jakąś wiekopomną prozą, której oczywiście nigdy nie skończyłem. Tego dnia miałem zdawać zaległy egzamin z literatury oświecenia. Jak to mówią: co masz zrobić w czerwcu, przełóż na wrzesień, oblać zawsze zdążysz. Moja złota zasada z czasów studiów. Z niecierpliwością czekałem na wieczór, bo w Trójce mieli akurat nadać relację z obchodów osiemdziesiątych urodzin Stanisława Lema.

Zaliczyłem. Mniejsza tu o stopień. Powiedzmy, że był na tyle dobry, by profesor P nie stracił nadziei, że kiedyś staniemy się kolegami z wydziału. Pewnie byłby lepszy, gdyby nie słabe, lecz uporczywe ćmienie między skroniami. Po uzyskaniu wpisu w indeksie nieniepokojony przez nikogo opuściłem uniwersytet i wsiadłem do autobusu. Tam natychmiast zapadłem w lokomocyjną drzemkę z głową opartą o rozwibrowaną szybę. Zawsze tak podrzemywałem w drodze. Zawsze też budził mnie zatykający smród licho jedno wie ilu kilogramów cebuli z hurtowni pod Dębem. Nie inaczej było i tym razem. Spojrzałem na zegarek. Dochodziło za dwadzieścia trzecia.

Grało radio, ale jego głos z ledwością przebijał się przez hurgot silnika. Gdy zbliżaliśmy się do Mińska, nagle dosłyszałem zdenerwowanego spikera, który zaczął mówić coś o tragedii w Nowym Jorku. Nie zrozumiałem dokładnie… Coś o samolotach? O wieżach World Trade Center? O tym, że samolot wbił się w jedną z nich? Brzmiało to tak nieprawdopodobnie, że nie byłem pewien, czy skołowany snem i kiepską pogodą mózg nie płata mi figla. Lecz inni pasażerowie wykazywali nadzwyczajne zaniepokojenie, więc sytuacja chyba była poważna.

Pamiętam, jak nieomal wyskoczyłem z autobusu, gdy tylko zatrzymał się na przystanku; jak wiedziony potwornym przeczuciem tego, co zobaczę, popędziłem do domu, dopadłem do telewizora i włączyłem CNN. I wtedy… Jak to określić? W ciągu następnych godzin, przez które praktycznie nie wstawałem sprzed ekranu, zacząłem rozumieć, co oznacza pojęcie biblijnego kataklizmu. Na moich oczach runęły obie wieże, Nowy Jork okrył apokaliptyczny pył, a kolejne coraz bardziej przerażające doniesienia o ofiarach, które zazwyczaj bardzo profesjonalni, wręcz nieludzko wymuskani prezenterzy wygłaszali łamiącymi się głosami, sprawiały, że wszystko we mnie zastygło, zatrzymało się. Istniał tylko ten ekran.

Potem doszły informacje o jeszcze jednym samolocie, który uderzył w Pentagon. I zaraz o tym, który roztrzaskał się w Pensylwanii. Wtedy już nikt nie miał wątpliwości, co się dzieje. Wtedy też po raz pierwszy poczułem – choć tak naprawdę mogę chyba posłużyć się liczbą mnogą – tę lodowatą diabelską metodyczność masowego mordu, którą teraz widać przy każdym nowym zamachu i z którą niestety powoli się oswajamy – dokładnie tak, jak sobie życzyli europejscy włodarze. Dziś to codzienność. W tamten wtorek było to szokiem, bo nie dość, że zginęło tylu ludzi, to jeszcze została złamana nieprzekraczalna dotąd granica.

A do mnie przez całe tamto straszne popołudnie jak refren powracały dwie myśli: że tydzień wcześniej na naszej ulicy zarządzono ewakuację, bo na poczcie jedna z paczek w sortowni zaczęła dziwnie buczeć, i że właśnie na moich oczach rodzi się dwudziesty pierwszy wiek. W paczce, jak się okazało, był pas do odchudzania – jedno z tych badziewi oferowanych w telezakupach – który po prostu sam się uruchomił. W przypadku Ameryki nie chciała zajść pomyłka.

Ale gdzieś w odległym tle czaiła się i trzecia myśl. Myśl, której się wstydziłem, a mimo to z biegiem czasu coraz bardziej wysuwała się na pierwszy plan. Myśl, że Ameryka została w jakiś sposób napiętnowana, skażona, że już nie chcę tam pojechać, choć od zawsze było to moim wielkim marzeniem. Przypominało to nieco odczucia, jakie się miewa wobec domu, w którym ktoś zmarł, albo wobec człowieka dotkniętego nieszczęściem. Nawet jeśli wcześniej był nam bliski, instynktownie go omijamy, unikamy kontaktu, pragniemy się odgrodzić. Żeby się nie zarazić. Żeby na nas nie przeszło.

A w gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do tego, że dana rzecz, miejsce albo człowiek przestał być tym, czym był, że przestał reprezentować świat, który nam się z nim kojarzył. Ba, że sam ten świat przestał istnieć. A jest to tym boleśniejsze, im bardziej byliśmy z daną rzeczywistością zżyci. A ja? No cóż, kochałem Stany Zjednoczone, kochałem je tą miłością zaiste bezprzykładną. Wychowałem się w ich micie. Ich zglobalizowana kultura kształtowała moją wrażliwość. Stany były jądrem wszechświata, punktem odniesienia, wielkim szeryfem, który zawsze trwa na posterunku i reaguje, gdy zaczyna dziać się zło. Stany były po prostu wieczne, niepokonane.

Bliźniacze wieże widywałem na setkach ujęć w filmach. Podobnie zresztą jak Pentagon. A tymczasem wystarczyły trzy samoloty i banda opętanych islamistyczną ideologią bydlaków, by to wszystko obróciło się wniwecz. Do tamtego upiornego wtorku wszyscy podświadomie wierzyliśmy, że wojna – ta prawdziwa – nigdy do nas nie dotrze i już zawsze będzie jedynie serią brutalnych obrazków w telewizji. Lecz tamtego dnia bastion runął, a wojna wdarła się za nasz próg, obwieszczając, że zamierza pozostać na dłużej.

Ostatnia dekada dwudziestego wieku po upadku żelaznej kurtyny była naszym zbiorowym snem o końcu ery totalitaryzmów. Miała raz na zawsze zatriumfować demokracja liberalna, do rozwiązania miały być już tylko doraźne codzienne problemy. Oczywiście gdzieś toczyły się jakieś konflikty, nawet dość krwawe – Zatoka Perska, Ruanda – ale po pierwsze były to już ostatnie podrygi przestarzałej militarystycznej mentalności, a po drugie mass media nie były jeszcze na tyle wszechobecne, byśmy to odczuli jako prawdziwie realne. Ba, nawet tak nam bliskie Bałkany stanowiły jedynie dalekie echo dogorywającej bestii. Poza tym przecież były Stany. Spokojnie, wuj Sam to załatwi.

Po sieci krąży od metra teorii spiskowych. Jedni są przekonani, że zamachów dopuściło się CIA, by odwrócić uwagę opinii publicznej od czegoś supertajnego. Inni zaś utrzymują – ba, przedstawiają nawet dowody – że wbijające się w wieże samoloty były tylko hologramami, podczas gdy prawdziwą przyczyną ich zawalenia się były ładunki wybuchowe umieszczone w podziemiach. Są rzekome ekspertyzy utrzymujące, że uderzenie samolotu nie mogłoby spowodować tak dużych zniszczeń. Tylko że nawet gdyby któraś z tych szalonych hipotez okazała się prawdziwa, absolutnie nie zmieni to podstawowego faktu.

A mianowicie, że był świat przed jedenastym września i jest świat po jedenastym września. I ta cezura jest – przynajmniej dla mnie – bardzo wyraźna. A co więcej, cały geopolityczny chaos, z którym obecnie mamy do czynienia – na czele z powstaniem Państwa Islamskiego i falą terroryzmu w Europie – jest konsekwencją właśnie tego konkretnego dnia. Nie jestem naiwny – zdaję sobie sprawę, że globalne procesy funkcjonują w ciągu przyczyn i skutków, i że to co się stało jedenastego września, nie wzięło się znikąd. Ale powiedzmy, że akurat w tym wypadku wyjątkowo ciężko mi zachować racjonalny ogląd.

Zbytnio przeszkadza mi w tym nostalgia. Nie umniejsza jej świadomość, że to, za czym tak tęsknię i co zostało mi w tamten przeklęty wtorek szesnaście lat temu na zawsze odebrane, było pięknym złudzeniem. Ale ja kochałem to złudzenie. Ono było światłem mojej młodości. Gdybym mógł cofnąć się w czasie i zrobić jedną jedyną rzecz, zrobiłbym wszystko, żeby powstrzymać te zamachy. Tak, tak, wiem, na czym polega fatalizm tego typu historyjek – zapobiegając jednemu strasznemu wydarzeniu możesz spowodować inne, o wiele gorsze. Ale – do ciężkiej cholery! – może warto byłoby zaryzykować?

Tamtego dnia moja wymarzona, wyidealizowana Ameryka umarła. A wraz z nią umarły lata dziewięćdziesiąte – równie iluzoryczne. Nie wiem, czy kiedyś tam pojadę, ale jeżeli nawet, wątpię, czy będę w stanie wskrzesić w sobie dawne uczucia. Nie tak to sobie wyobrażałem, Ameryko. Nie tak. Chcę cię zapamiętać dumną i niezniszczalną, z milionami wielobarwnych świateł roziskrzających twoje metropolie. I z bliźniaczymi wieżami World Trade Center, które teraz żyją tylko w moim sercu.

Kochałem cię, Ameryko. Tak bardzo cię kochałem. Tak bardzo kochałem słodkie kłamstwo, jakim byłaś. Cześć twej wiecznej pamięci.

 

Grafika joe.ie

Polecam również