Jak stworzyć mordercę

No tak, a ja znowu w kinie. Znowu w tym samym co poprzednio i znowu na filmie polskim. Różnica tylko taka, że na widowni większe luzy. Co akurat zapisuję po stronie zalet. Czekając na rozpoczęcie projekcji, nagle uświadamiam sobie, że jestem tu trzeci raz i że każdy z dotąd obejrzanych tu przeze mnie tytułów był historią opartą na faktach. Nie inaczej rzecz wygląda z „Jestem mordercą”. A co więcej, dwa kolejne, na które już ostrzę kły – tak trochę a propos bohatera dzisiejszego seansu – też należą do tej szczególnej kategorii. Przypadek? Raczej nie. Czasem po prostu rzeczywistość wyjątkowo silnie łomocze w drzwi.

Ach, jest jeszcze jedna zbieżność. Po raz drugi z rzędu widzę na ekranie Arkadiusza Jakubika. Tutaj występował jeszcze z brodą, którą pod koniec mu zgolili. W „Wołyniu” już jej nie miał. Tak naprawdę nie wiem, jaka była kolejność pracy, ani nawet nie jestem do końca pewny, czy zarost aby nie sztuczny. Zresztą mniejsza z tym. Wspominam o tym, bo w miarę jak opowieść o wampirze się toczy, coraz wyraźniej dociera do mnie, że owa broda, jak również noszący ją człowiek, ma fundamentalne znaczenie dla odbioru kreowanej przez niego postaci. Rozwinę ten wątek później. Na razie trzeba zarysować tło.

Otóż Jakubik gra w filmie Macieja Pieprzycy niejakiego Wiesława Kalickiego, wzorowanego na domniemanym (kluczowy przymiotnik!) seryjnym mordercy Zdzisławie Marchwickim. Bo Polska w swych dziejach też miała kilku takich typków. Najsłynniejsi obok Marchwickiego to między innymi Lucjan Staniak nazywany Czerwonym Pająkiem, Karol Kot, który do annałów kryminalistyki wszedł jako wampir z Krakowa, i Joachim Knychała – także wampir, tyle że z Bytomia. Nawiasem mówiąc intrygujące jest to masowe przyrównywanie ich do wampirów. Z wymienionych najbardziej kwalifikowałby się Kot, bo istotnie lubił pić krew swoich ofiar.

Wampir z Zagłębia – bo taki przydomek przylgnął do Marchwickiego – zaczął terroryzować Górny Śląsk w połowie lat 60.  W sumie zamordował czternaście kobiet, a przypisuje mu się usiłowanie zabicia kolejnych siedmiu. Milicja dłuższy czas była bezradna. Sprawy nabrały rozmachu dopiero, kiedy jedną z ofiar okazała się bratanica Edwarda Gierka – ówczesnego pierwszego sekretarza KW w Katowicach. Wskutek działań specjalnej grupy operacyjnej na głównego podejrzanego został wytypowany 45-letni konwojent z kopalni Siemianowice. Pięć lat po aresztowaniu i pokazowym procesie, który śledziła cała Polska, zawisł na stryczku, zaś jego nazwisko zaczęto wymieniać jednym tchem z takimi psychopatami jak Peter Kurten czy Ted Bundy.

Sprawa Marchwickiego dość szybko przeniknęła do kultury. Już w 1981 roku Janusz Kidawa nakręcił „Annę i wampira” – tytuł był odwołaniem do nazwy wspomnianej grupy MO, która z kolei wzięła się od imienia pierwszej ofiary. Nawiązania do postaci Marchwickiego pojawiają się też choćby w „Psach” czy w „Układzie zamkniętym” oraz w kilku powieściach. Nie jest to więc może samograj na amerykańską miarę, gdzie, jak wiadomo, seryjni urośli do rangi ikon popkultury, niemniej możemy chyba mówić o czymś w rodzaju mitologizacji.

I tu wchodzi Maciej Pieprzyca. Marchwickim tak naprawdę zainteresował się już w latach 90. W roku 1998 nakręcił telewizyjny dokument pod dokładnie takim samym tytułem jak obecny film fabularny. Przed pójściem do kina warto go odświeżyć, bo – przynajmniej według mnie – nie da się ich na dłuższą metę traktować rozłącznie. Pieprzyca ewidentnie chce za pomocą fikcji uzupełnić i rozwinąć to, na co ze zrozumiałych względów nie mógł sobie pozwolić jako zmuszony trzymać się litery faktów reportażysta. A jest to mianowicie teza – moim zdaniem dość dobrze umotywowana – że Marchwicki został po prostu kozłem ofiarnym, złożonym na ołtarzu propagandy sukcesu. W fabule to przekonanie wybrzmiewa jednoznacznie.

Już na początku mamy znamienną scenę odlewania maski pośmiertnej po egzekucji, podczas gdy radio obficie informuje o kolejnych osiągnięciach kwitnącej socjalistycznej gospodarki z epoki inżyniera Karwowskiego. Ta maska posłuży jako nadzwyczaj wymowna klamra i wróci jeszcze na końcu. Zaraz potem niczym w amerykańskim thrillerze zostaje nam przedstawiony młody milicyjny as Janusz Jasiński, który staje na czele ekipy dochodzeniowej pracującej nad schwytaniem mordercy.

Te hollywoodzkie konotacje nie są bynajmniej od czapy. Albowiem Jasiński – wzorowany na prawdziwym szefie „Anny”, kapitanie Jerzym Grubie – rzeczywiście wygląda i zachowuje się jak żywcem wyjęty z przebojów o seryjnych zabójcach zza wielkiej wody. Choć młokos i bez doświadczenia, szybko temperuje oddanych pod jego komendę starych wygów. Wdraża też nieortodoksyjne metody śledcze – ze słownikiem w ręku brnie przez anglojęzyczne książki o tworzeniu portretów psychologicznych, po czym wymusza na przełożonych pozwolenie na konsultację u jednego ze specjalistów w zakresie profilowania zza żelaznej kurtyny, wreszcie do selekcji potencjalnych kandydatów na podejrzanych wykorzystuje komputer, co wywołuje szok i zniesmaczenie nawet u towarzysza Gierka.

W osobliwy sposób – i myślę, że było to przez Pieprzycę w pełni zamierzone – kojarzył mi się z detektywem Milksem z „Siedem”. Podobnie jak tamtemu, również jemu życie rodzinne uprzykrzają pociągi. Popada ponadto w identyczną obsesję na punkcie ściganego zbrodniarza, co także zostało pokazane w amerykańskim stylu. I w sumie chciałoby się, aby taki właśnie był – inteligentny, nieubłagany w dążeniu do celu, gotów przeciwstawić się zwierzchnikom w imię sprawiedliwości. Ale niestety to nie Ameryka, lecz PRL, zaś Jasiński to, mimo pozorów, jego nieodrodne dziecię.

jasinski

Film to historia jego moralnego upadku. Najpierw jest to upadek na płaszczyźnie osobistej: sukces szybko zawraca mu w głowie, pojawia się alkohol w nieprzeciętnie dużych ilościach i zdrada. Potem przychodzi awans, a wraz z nim nowe mieszkanie – daleko od torów – i obiekt westchnień wszystkich Karwowskich tamtych lat, czyli kolorowy telewizor marki Rubin. Ale niestety głupia suka rzeczywistość jak zwykle skrzeczy: im bliżej procesu, na który już ostrzy sobie zęby opinia publiczna, tym bardziej mnożą się wątpliwości co do winy Kalickiego. Ma je i Jasiński, jednak skutecznie pomaga mu je zagłuszyć wódka oraz ramiona kochanki.

Tymczasem Kalicki uparcie się nie przyznaje. Mało tego – prawdziwy wampir, a w każdym razie ktoś, kto mógłby nim być, popełnia samobójstwo, gdy ekipa Jasińskiego jest praktycznie o włos od namierzenia go. To znaczy byłaby, gdyby szczęśliwy posiadacz Rubina i seksownej fryzjerki nie zataił istotnych dowodów. Jednocześnie rozwija się jego relacja z Kalickim. Jak Capote przy zbieraniu materiałów do „Z zimną krwią” zaprzyjaźnia się z więźniem, chcąc go skłonić do zeznań – najpierw dlatego, że wierzy w jego winę, a potem już tylko po to, by nie stracić zbudowanej na jego plecach pozycji.

No właśnie, Kalicki. To naprawdę wstrząsająca postać. O ile się orientuję z dokumentu, nie ma właściwie nic wspólnego z rzeczywistym Marchwickim. Dzięki grze Jakubika jesteśmy skłonni go polubić i współczuć mu, podczas gdy oryginał ponoć był nieokrzesanym, słabo kontaktującym prymitywem. Jakubik swoją charakterystyczną fizjonomią – i stąd wzięło się moje wcześniejsze napomknięcie o brodzie – ukazuje nam małego zagubionego człowieczka, w gruncie rzeczy dość sympatycznego pomimo kilku wad, który nagle dostaje się w tryby machiny bezmiaru niesprawiedliwości. Straszne.

Prawdziwy Marchwicki zapytany na procesie, czy jest wampirem, wydukał: „Z tego, co się dowiedziałem, to tak.” W ciągu pięciu lat, jakie spędził za kratkami, był poddawany torturom psychicznym, które mało kogo by nie złamały. Ciągłe przesłuchania, opowieści pod celą, jak to każdy miał jego żonę – swoją drogą Pieprzyca jej nie oszczędził – stopniowe zacieranie się granicy między zdrowym rozsądkiem a szaleństwem. W filmie tego wszystkiego nie widzimy tak szczegółowo z uwagi na ograniczenia fabuły, niemniej dostajemy sporo sygnałów, jakiej presji był poddawany.

„Jestem mordercą” nie jest w gruncie rzeczy ani filmem o mordercy, ani o śledztwie, ani też o skorumpowanym milicjancie. To rzecz o systemie, który jeśli się uprze, zniszczy jednostkę; o uwikłaniu w niego ludzi, którzy powinni stać na straży prawa. Jasińskiego możemy szczerze nie znosić, zarzucać mu brak moralnego kręgosłupa, ale faktem jest, że nie pozwolono mu być sprawiedliwym. Bo trzydzieści pięć milionów ludzi odetchnie z ulgą, bo trzydziestolecie Polski Ludowej, bo to, bo śmo. Kogo obchodzi jakaś jedna patologiczna rodzina?

Coraz bardziej wierzę, że Marchwicki był niewinny. Wierzę, że należy go uznać za kolejną cichą ofiarę PRL. Na ironię zakrawa w tym kontekście, że wieszając niewinnego człowieka, ten chory ustrój stworzył innego potwora. Mam na myśli wspomnianego już wyżej Joachima Knychałę, który – jak sam później przyznał – inspirował się czynami Marchwickiego, a nawet chodził na proces, by oglądać swego idola. Jego ofiary obarczają sumienie Polski Ludowej.


Drogi odbiorco – nie chcę się napraszać, ale jeśli materiał Ci się spodobał, byłoby mi niezmiernie miło, gdybyś polecił go swoim znajomym. Ciebie nic to nie kosztuje, a mnie pomaga dotrzeć do nowych odbiorców – takich jak Ty. Z góry wielkie dzięki.

Polecam również