Jak herbata zabija literaturę

W jednym z ubiegłorocznych wydań „Literatury na trzeźwo” trafiłem na ciekawą rozmowę Mateusza Matyszkowicza z Adamem Wagą, przyjacielem Zygmunta Kubiaka. Poeta, zapytany przez prowadzącego o charakter ich codziennych relacji, odparł, że Kubiak nie znosił pleść o byle czym. Uwłaczające dla niego były zagajenia o pogodę, błahe rozwodzenie się nad gazetową szmirą, ogólnie bezproduktywne trwonienie słów. Słuchając, odruchowo zacząłem rewidować własne życie i te, z pewnością idące w setki, może w setki setek, sytuacje, gdy puszczałem treść na wiatr. Tego problemu co prawda raczej nie miewałem z M – większość naszych spotkań, jeśli nawet rozpoczynała się od niezobowiązującej gadki-szmatki, prędzej czy później na ogół przechodziła w ostry spór o pryncypia – niemniej sumienie moje pod tym względem ma sobie sporo do zarzucenia.

Oczywiście jak wszędzie, także i tu, należy znać umiar. Leszek Kołakowski w wywiadzie-rzece ze Zbigniewem Mentzlem „Czas ciekawy, czas niespokojny” wspomina swój okres młodzieńczego zaangażowania w marksizm jako śmiertelną i permanentną walkę o wartości, toczoną przy każdym oddechu, w studenckiej kantynie, w autobusie. „Głos bogów ściga nas w czterech ścianach naszego pokoju, a powietrze, którym oddychamy, zatrute jest pyłem wojny toczonej na Olimpie” – napisze później. Stanowi wiecznej gotowości, bezustannego uzbrojenia, przeciwstawi zaś niszczące morale idiotyzmy życia codziennego. Tak czy inaczej, przesada w żadną ze stron nie jest zdrowa. Coś o tym wiem, przerobiłem (poniekąd wciąż to czynię) ów dylemat Kołakowskiego na własnej skórze.

Miernota jest wartością autoteliczną, skierowaną całkowicie ku sobie samej, na podtrzymaniu własnego istnienia bezgranicznie skupioną. To – przynajmniej w mojej ocenie – podstawowa cecha dystynktywna kultury masowej, znacznie bardziej niebezpieczna niż uprodukcyjnienie i standaryzacja, przed którą przestrzegali Adorno i Fromm, przerażeni tym, co ujrzeli w Stanach Zjednoczonych. Miernota to niechlubny bękart tych procesów. Wyobrażam ją sobie jako system replikujących się w nieskończoność lustrzanych odbić, z których nie ma wyjścia do świata zewnętrznego. Robert Tekieli ukuł niegdyś neologizm „nibyt”, który dosyć trafnie portretuje to niestety pogłębiające się zjawisko.

W literaturze, w zależności od penetrowanego obszaru, nibyt manifestuje się w rozmaitych formach – od akademickiego hermetyzmu, poprzez głupie, pozbawione jakiegokolwiek sensu towarzyskie utarczki (temu potworkowi żyzną glebę zapewnił Internet, a w nim tzw. portale literackie), aż po ubóstwienie sprawności warsztatowej. W literaturze pop stwierdzić, że pisarz jest sprawny, to jakby dokonać jego kanonizacji. A wszystko to w gruncie rzeczy sprowadza się właśnie do ucieczki przed światem i jego realnymi problemami – ba, do jakiegoś klinicznego lęku przed nimi.

Czytałem kiedyś na pewnym blogu wywiad z pewną pisarką. Przepraszam – autorką. Ponoć na miano pisarza wedle jednej z bardziej chodliwych amerykańskich definicji zasługuje jedynie ten, kto z maltretowania edytora jest w stanie się utrzymać, pozostali – w tej liczbie także ja – to co najwyżej autorzy. I ta oto pani pięknie i czule opowiadała przepytującej ją blogerce, że uwielbia zapach herbaty, najchętniej z zagonionej stolicy przeniosłaby się nad morze (na razie zamierza tam wysłać swoich bohaterów), nienawidzi bezsensownych krwawych wojen, a najlepiej relaksuje się w kąpieli i ciepłych kapciach. Oczywiście z filiżanką herbaty. Cud miód po prostu – aż mi się ciepło koło serca zrobiło. Znajomy z Facebooka, który wrzucił link do tej rozmowy, zachwalał ją, że taka normalna, bez udziwnień. I ja właściwie nie mogłem się z nim nie zgodzić – tak, rzeczywiście taka była, normalna i przeciętna do bólu. Tylko co z tego? Ile jeszcze mam wysłuchać/przeczytać/obejrzeć ckliwych filipik o sączeniu herbaty z cytryną, urokach sielskiej prowincji, tudzież o tym, że pisarz (autor!) to taki sam człowiek jak ja, który traci czas w korkach i robi zakupy?

Small talk! Banał! Kicz! Byle co! Ucieczka! Przy całym szacunku dla wzmiankowanej pani, która przecież potencjalnie mogłaby natknąć się na mój tekst. Chociaż nie, żadnego kajania! Co za jakiś, kurwa, nowy politpoprawny obłęd, żeby na każdym kroku baczyć, by kogoś nie obrazić. Chyba żeby ten ktoś był chrześcijaninem, a najlepiej katolikiem – wtedy wręcz mus, ostatnio nawet moda.

Herbaty prawie nie pijam, papucie mam jakieś stare i podarte, a co do wojen… no fakt, mnie też brzydzą, ponieważ jednak nie udało mi się tego wyperswadować takim bydlakom jak dajmy na to Władimir Putin, jestem na nie skazany. Też bym chciał przekuć swój miecz na lemiesz, ale na razie specjalnych widoków na to nie ma. A tak już bez uszczypliwości – ani ta nieszczęsna herbata, ani bamboszki, ani wonny płyn do kąpieli same w sobie nie są przecież negatywne lub pozytywne. Liczy się to – że tak górnolotnie pojadę – jakie znaczenie mają dla wieczności. Co jednak, jeżeli służą wyłącznie jako wata do wypychania językowej pustki, usprawiedliwienie do bezowocnego gadania o niczym? Ja już naprawdę nie mam czasu na bzdury! Za dużo ich się nałykałem.

Haniebny ów proceder wysładzania i rozmiękczania ma też swój rewers. Idealnie zobrazowała go kłótnia Małgorzaty Kalicińskiej z Ignacym Karpowiczem. Na pewno jeszcze do wyszperania w sieci. Jedno jak durne ciele upierało się przy światłości, drugie takoż samo przy mroku i brudzie. Kalicińska, że za strzelanie fekaliami otrzymuje się dziś nagrody i stąd parcie na turpizm – Karpowicz, że różowe okulary, ckliwość i oszustwo.

A ja, choć – jak wynikałoby z powyższych akapitów – powinienem był opowiedzieć się za Karpowiczem, w istocie nie potrafiłem przyznać racji żadnej ze stron. Jak zwykle męczyło mnie poczucie, że istota zagadnienia leży gdzie indziej, oraz że ja nie potrafię jej na tyle celnie zwerbalizować, by się mądrzyć. Teraz zresztą też w dużej mierze obwąchuję jądro problemu jak pies kość. Może po prostu chodzi o to, że mam przesyt roztrwaniania słów po próżnicy – także przez siebie – a biedna pani autorka nawinęła się jako niewinna ofiara. Może chcę zająć stanowisko w naprawdę ważnych sprawach i średnio wiem, jak to zrobić, żeby nie popaść w śmieszność, więc mszczę się na tych, którym wystarczą zwykłe codzienne wzruszenia.

Chociaż chyba jednak nie do końca. Naprawdę, najzupełniej szczerze, irytuje mnie to ciągłe hodowanie protez, grodzenie się, odwrót w jakąś histeryczną prywatność. Byle nie wpuścić chaosu świata, nie pobrudzić sobie rąk.

Swego czasu M w sposób zadziwiająco jak na niego emocjonalny zarzucił mi, że zdradziłem literaturę, bo zarówno w moim pisaniu, jak i czytaniu, coraz więcej polityki, bo zamiast monografii o Różewiczu wolę esej o demokracji liberalnej. A ja się pytam – zapytałem go wtedy i teraz ponawiam w przestrzeń: kto i na podstawie jakich praw wyznacza granice temu, co literatury godne, a co już należy uznać za zbyt niskie, za brzydkie lub za ładne? Myślę w tym kontekście szczególnie o męczarniach Miłosza po sukcesie „Zniewolonego umysłu” na Zachodzie. Powodem jego największych cierpień nie było odrzucenie przez rozkochanych w Stalinie intelektualistów. Drażniła go łatka pisarza politycznego. Sen z powiek spędzała mu ewentualność, że nie zdoła wrócić do poezji, że się zatraci w płytkiej bieżączce.

Jego dramat, jakkolwiek niewątpliwie szczery, zdaje mi się wszak odrobinę minoderyjny. Kartkowałem ostatnio „Zniewolony umysł”. To książka ważna, być może kluczowa dla zrozumienia uwikłania w ideologię. Książka, którą mógł stworzyć tylko Miłosz – może właśnie dlatego, że był poetą. Bo gdyby nim nie był, dziś gniłaby na śmietniku historii. Tak jak jedynie Grudziński i Sołżenicyn, ze swoją specyficzną wrażliwością, mogli przeprowadzić porażającą wiwisekcję sowieckich łagrów. Ich nikt nie pouczał, o czym wolno pisać, a o czym lepiej sza; ile znaków na pościgi, ile na seks, a ile na przemyślenia głównego bohatera, by się sprzedało. Nikt ich nie wychwalał za sprawność. Jej apoteoza odsłania całą nicość popkultury.

Dziś, w oplatającej nas tyranii miernoty, ta nicość – czy to pod postacią bukolicznego domu nad rozlewiskiem, czy gościa w rynsztoku – urasta do rangi aksjomatu. Byle nic istotnego nie powiedzieć. To jest kategorycznie zakazane. Musi być miło lub upiornie, ale zawsze obok. No i żeby herbata nie wystygła. Czego wszystkim nam jak najserdeczniej życzę.

Polecam również