W imię zasad mamy się dać zarżnąć

Zaczynam pisać niniejszy tekst w poniedziałek kilka minut po trzynastej. Rano w mediach pojawiła się informacja, że w Marsylii samochód wjechał w wiaty autobusowe. Dodam, że jesteśmy bezpośrednio po zamachach w Hiszpanii, Finlandii i Rosji, do których przyznało się tak zwane Państwo Islamskie. Sprawcy jednego z nich od weekendu poszukuje cała europejska policja. Wedle stanu wiedzy na chwilę obecną w najnowszym ataku zginęła jedna osoba, a kierowca białej furgonetki marki Renault Master został zatrzymany. Incydent najprawdopodobniej nie miał podłoża terrorystycznego.

Proszę mi wybaczyć kronikarski ton „ku potomności”. Choć poniekąd rzeczywiście z taką intencją go przyjąłem. Nie wiem, jak sytuacja rozwinie się, gdy skończę, lecz pomyślałem, że może warto zarejestrować specyficzny koloryt chwili. Trochę naprawdę ku potomności, a trochę dla samego siebie, bym, wracając do tego materiału za kilka miesięcy lub lat, miał w pamięci cały towarzyszący jego powstawaniu dramatyzm. Poza tym dla mnie jest to pewna cezura. Jeszcze do czwartku sądziłem, że nie ma sensu komentować tych spraw. Bo niby co nowego mógłbym tutaj wnieść? Jednak zrozumiałem, że to równałoby się popadnięciu w rutynę. A to oznacza przyzwyczajenie. Nie wolno do tego dopuścić.

Tytuł jest oczywiście lekką prowokacją. Nawiązuje do felietonu Stanisława Janeckiego, który wczoraj ukazał się na portalu wPolityce. Janecki, moim zdaniem, dotknął tam istoty obecnej sytuacji, w której utkwiliśmy bez szczególnie optymistycznych widoków na dobre wyjście. „Wraz z kolejnymi zamachami terrorystycznymi słyszymy, czego się nie da zrobić – pisze Janecki. – Nie da się skutecznie walczyć z gangreną terroryzmu, bo ograniczają to demokracja, system prawny, zasady, wartości, konstytucje, traktaty, ustawy, moralność, tolerancja, otwartość, humanizm, humanitaryzm, wstręt do ksenofobii, rasizmu…” Itede.

Zaraz po masakrze w Barcelonie nader dobitnie przekonaliśmy się, że to wszystko dałoby się właściwie sprowadzić do jednego wspólnego i prostego mianownika, który potocznie w nieznoszącym subtelności języku sieci nazywa się „lewacką logiką”. Studia telewizji zaroiły się od tych samych co zawsze ekspertów. I oto podstarzała już nieco nadzieja tak zwanej kawiorowej lewicy wytłumaczyła nam, że ofiar terroryzmu jest mniej niż ofiar grypy, więc nie ma się czym ekscytować. Następnego dnia na Twitterze doprawił eks-członek PiS, a teraz samozwańczy guru od politologii, oznajmiając, że tylko w długi weekend Polacy zabili na polskich drogach trzydziestu rodaków.

Można by się zastanawiać, w jakim celu oni to robią. Chodzi im po prostu o rozgłos w imię klasycznej zasady „nieważne jak o tobie mówią, byle mówili i nazwiska nie przekręcali”? A może naprawdę w te kuriozalne brednie wierzą? Nie mi wnikać w głąb ludzkich motywacji, choć akurat w przypadku Sierakowskiego rzeczywiście obstawiałbym wiarę. Tak, on wierzy, że wszystko sprowadza się do liczb. On i reszta jego ideologicznych pobratymców. Wiem, że tak jest.

Wiem, bo przeprowadziłem niezliczoną ilość rozmów z pewnym moim – stety lub niestety byłym już – znajomym, który otwarcie, a nawet z niekłamaną dumą, definiuje się jako „lewak”. Na dodatek należy do partii Razem. W pamięci utkwiły mi zwłaszcza dwie. Po dantejskich scenach w paryskim kościele św. Rity, kiedy policja siłą wyrzuciła wiernych i sprawującego liturgię księdza, bo obiekt został sprzedany, a na jego miejscu miał powstać apartamentowiec i parking, usłyszałem od niego, że właściwie nic strasznego się nie stało, bo… nikt nie został ranny. A prawa przecież przestrzegać trzeba.

Cały przerażający symboliczny wymiar tego zdarzenia praktycznie dla niego nie istniał. Nie poruszył go też fakt, że stało się to zaledwie dwa tygodnie po zamordowaniu księdza przez dwóch islamistów. Liczyło się tylko jedno: policjanci nikomu nie wyrządzili fizycznej krzywdy, więc nie ma tematu. A dodam, że mówił to człowiek, który kilka miesięcy później szedł w tzw. czarnym marszu, święcie przekonany, że złe PiS chce wsadzać kobiety do więzień za aborcję.

Druga rozmowa dotyczyła właśnie tego. Przez około dwie godziny, nieomal zdarłszy sobie struny głosowe, przekonywał mnie do swoich racji argumentami w stylu, że odcięta ręka to nie człowiek, a jajko, które wbijam na patelnię, nie jest kurą, więc również i płodu nie należy uznawać za istotę ludzką, nawet in spe. Nie chce tu wchodzić w dyskusję o tym, czy i pod jakimi warunkami aborcja powinna być legalna, a jedynie pokazać pewien dosyć znamienny tok rozumowania. Dla mnie było to jedno z bardziej surrealistycznych doświadczeń w życiu. Nie mogłem uwierzyć ani w to, co słyszę – było nie było z ust człowieka wykształconego – ani w jakąś zaiste fanatyczną zapalczywość, z jaką za pomocą tych absurdalnych tez bronił swojego stanowiska.

Jakiś czas później ów znajomy udostępnił na fb infografikę portalu Uchodźcy.info, z której wynikało, że w ogólnym rozrachunku zaledwie kilka (bodaj osiem lub dziewięć) procent zamachów w Europie to te popełnione przez wyznawców Allaha. Dane podobno pochodziły z Europolu i obejmowały wszystkie „incydenty” – zarówno te, które się powiodły, jak i te, które w porę powstrzymano i nawet się o nich nie dowiedzieliśmy. Jedyne, czego tam zabrakło, to procentowa liczba ofiar, które zginęły z rąk poszczególnych grup. Wymowa była jasna: nie wolno winić islamu, a zwłaszcza uchodźców.

I znów: nie chcę się bawić w spekulacje, czy ten serwis finansuje Soros, ani czy dane były prawdziwe. Pewnie były. Tylko że przecież nie o to tutaj chodzi, prawda? Nie chodzi o to, że statystycznie istnieje większe prawdopodobieństwo, że zginę w wypadku, niż że rozwalcuje mnie furgonetka prowadzona przez opętanego morderczą ideologią Marokańczyka. Chodzi o okoliczności, w jakich to się dzieje, a także o przyczyny i, że tak to enigmatycznie ujmę, o ich dalekosiężne konsekwencje. Wydawałoby się, że dla każdego w miarę rozgarniętego i potrafiącego dodać dwa do dwóch człowieka będzie to oczywiste. Dla nich jednak nie jest.

I tak oto powracamy do poruszanej przez Janeckiego kwestii zasad, w których imię „ludzie Zachodu powinni dać się zarżnąć, zniewolić bądź w najlepszym wypadku wykorzenić.” Ale czym one właściwie są? Jedynie – jak postuluje Janecki – imposybilizmem, podobnym do tego, jaki przez dwie dekady trawił III RP? Jakimś tanatycznym instynktem, który popycha Unię Europejską do zbiorowego samobójstwa i zakładania na siłę sznura na szyję tym, co umierać nie chcą? Bo – jak pisze Janecki – „nie może być wyjątków” i „wszyscy muszą być zaczadzeni i tylko biernie czekac na to, co nieuniknione”.

Tak, dokładnie tym są. Jednak są też czymś znacznie więcej. Są bezpiecznikami mającymi zapobiegać negacji świata, w który się bezgranicznie uwierzyło i w który się zainwestowało wszystkie siły – polityczne, duchowe, kulturowe etc. Zgodziłbym się z tymi opiniami, które mówią, że gdyby dziś elity europejskie przyznały się do błędu, to podkopałyby tym samym fundamenty swojej pieczołowicie budowanej posthipisowskiej utopii. Jest to więc klasyczny mechanizm obronny.

Nie, nic się nie zdarzy. Nie nastąpi żadne cudowne przebudzenie. A gdyby nawet nastąpiło, moim zdaniem i tak jest już za późno. Za daleko z tym zabrnęliśmy. Kolejne zamachy oraz wypływające po nich fakty – choćby o hermetyzmie muzułmańskich gett, które zapewniają terrorystom bazę – coraz wyraźniej uświadamiają, że gdybyśmy rzeczywiście chcieli się z tym problemem rozprawić do samych korzeni, należałoby przekroczyć granice demokracji. I to daleko. Przyszłość nie rysuje się wesoło. O ile nie zajdzie coś, czego w tej chwili nawet nie umiem sobie zwizualizować, najpewniej czeka nas rozlew krwi i spirala przemocy z obu stron. Już docierają informacje o płonących meczetach. A będzie tego więcej.

Europejskie elity będą zaś do końca zaprzeczać. Coraz bardziej histerycznie, miotając na oślep oskarżeniami o rasizm, islamofobię i Bóg jeden wie co jeszcze. Ich intelektualiści na pewno coś wymyślą. I tylko nie wiem, który scenariusz wydaje mi się bardziej przerażający: że naprawdę ci ludzie są aż tak otumanieni stworzonymi przez siebie fantazmatami, czy że doskonale zdają sobie sprawę z tego, co się wokół dzieje, i w imię jakiejś obłąkanej, licho wie gdzie wykoncypowanej inżynierii społecznej z premedytacją na to pozwalają, traktując eskalację zła jako niezbędne koszty uzyskania przychodu. I nie jestem nawet pewien, czy chcę tę prawdę znać.

Wiemy już – a piszę te słowa dwanaście godzin później – że kierowca z Marsylii nazywał się Idriss H i był synem imigrantów z północnej Afryki. Według dziennika „Le Figaro” leczył się psychiatrycznie. Władze wykluczają, jakoby jego czyn był zamachem. Uśmiecham się z pobłażaniem. Nie, wcale nie dlatego, że im nie wierzę. No bo kim ja niby jestem, żeby to rozstrzygać? Ot, zwykłym blogerem, który jedynie opiera się na tym, czego dowiedział się z mediów. Po prostu wyobrażam sobie reakcję bardzo wielu ludzi – ten ironiczny grymas, te stanowiące wyraz bezradności memy i pełne bezsilnej wściekłości wpisy na Facebooku.

Ale najnowsze krwawe żniwa mają inny symbol. Jest nim mianowicie krążące po internecie zdjęcie siedmioletniego Juliana Cadmana z Australii. Jeszcze do niedzieli uznawano go za zaginionego. Teraz już niestety wiadomo, że jest piętnastą ofiarą mordujących w imię Allaha zwyrodnialców. Islamonazistów – jak nazywa ich, słusznie lub nie, Łukasz Adamski. Różni świętoszkowaci humaniści od dawna chłostają nas po naszych nieczułych na los biednych uchodźców twarzach zdjęciem martwego syryjskiego chłopca na tureckiej plaży. Powinno się odpłacić im pięknym za nadobne.

Tak, to zdjęcie powinno stać się politycznym manifestem. Trzeba je ciskać tym obłudnym pięknoduchom w pysk zawsze, ilekroć zaczną ględzić o nietolerancji. To oni tego dzieciaka zabili na równi z terrorystami. Mają jego niewinną krew na rękach. Nie, nie myślę tak, choć pokusa jest silna. Nie wolno choćby ze względu na jego pogrążonych w rozpaczy rodziców. Ich serca już na zawsze będą złamane.

Po prostu… po prostu chciałbym, żeby to wszystko okazało się złym snem.

Polecam również