Houellebecq, czyli uległość jako rewers nadmiaru wolności

Biorę się do tego tekstu jak przysłowiowy pies do jeża. Ciągle go odkładam, wyszukuję sobie inne zajęcia, coś tam doczytuję, łudząc się, że pomoże mi to wyrobić szerszą perspektywę. A czas od przeczytania książki nieubłaganie mija i zaraz może być za późno. Rety, ileż ja w ten sposób tematów zmarnowałem! Tylko że zazwyczaj powoduje mną lenistwo albo jakieś inne naprawdę pilne obowiązki. Tu też już chciałem się czymś wymówić. A to że nie wpadł mi do głowy odpowiedni tytuł – a nie mając go, rzadko zaczynam pisać – a to że pod maską bloga wypadałoby pogrzebać, bo jakieś aktualizacje. Bla, bla, bla!

Prawda jest taka, że żongluję tą książką niczym gorącym kartoflem. Bo jakkolwiek strasznie się do jej lektury zapaliłem – do tego stopnia wręcz, że musiałem sam ze sobą walczyć, by ją odłożyć na później – to gdy myślę o zdaniu raportu z tej przygody, ogarnia mnie obawa, że mogę wdepnąć na minę. Ba, na całe ich pole! Cholera, przecież to Houellebecq! A to jego słynna i kontrowersyjna „Uległość” – dzieło nie dosyć, że być może prorocze, to jeszcze osnute tragicznymi kontekstami, wzmacniającymi jego wymowę i skłaniającymi do mocno instrumentalnych doraźnych użyć. Fatalna sprawa, łatwo skrewić.

Ale z drugiej strony może właśnie daję sobie związać ręce iluzją? Nie przeczę, że „Uległość” ważna jest, ani że towarzyszące jej zaistnieniu na literackim rynku okoliczności – zamach na „Charlie Hebdo” tuż przed premierą i fala islamskiego terroryzmu, która skąpała Francję we krwi w ostatnich miesiącach – trudno całkiem odsunąć na bok. Tylko że to jednak literatura. Przede wszystkim literatura. Nawet jeśli programowo zaangażowana i nie tworzona dla celu rozrywkowego.

No dobrze, zacznijmy więc po kolei. Od tego co zawsze – od rozpoznania gruntu. Od tego, że jak już się zwierzałem w notce o filmie „Porwanie Michela Houellebecqa”, mam pewien iście fundamentalny problem z jego głównymi bohaterami. Nie lubię ich. Drażnią mnie. Chciałbym nimi potrząsnąć, wrzasnąć im prosto w twarz, żeby przestali wydziwiać i zebrali się wreszcie do kupy. Serio: jeśli Houellebecq tak trafnie, jak twierdzą, portretuje wyjałowioną mentalność przeciętnego mieszkańca ojczyzny swobód obywatelskich oraz rozdętego do monstrualnych rozmiarów aparatu administracji publicznej, to nie wiem, czy chcę mieć z nimi cokolwiek do czynienia. Nazwijcie mnie frankofobem. Choć podobno największym frankofobem jest sam Houellebecq, więc może to stąd.

houellebecq

Ale tu niespodzianka: François, zblazowany profesor literatury na Sorbonie, a także narrator powieści, który apogeum życia intelektualnego ma już za sobą, budzi we mnie coś w rodzaju podszytej współczuciem sympatii.. Nadal niespecjalnie go lubię, jednak podchodzę do niego z wyrozumiałością, jaką zwykle okazuje się przypadkom beznadziejnym. François stanowi jak gdyby ukoronowanie houellebecqowskiej antropologii – doskonale pusty w środku ostateczny produkt liberalnej zachodniej kultury.

Fakt, że nie czytałem wszystkich dotychczasowych książek Houellebecqa, niemniej w dotąd poznanych protagoniści zwykle jakoś usiłowali zagłuszyć immanentną nicość swych wnętrz – ot choćby seksturystyką. François już nawet tego się nie chce. Owszem, miewa jakieś kobiety, nawet jedną z nich – oczywiście młodszą o ponad dwadzieścia lat – darzy czymś w rodzaju miłości, ale wypada to wszystko szalenie automatycznie. Jest to człowiek na skraju zgaszenia, człowiek otępiały, prześlizgujący się przez czas niczym pozbawiony ambicji trójkowy uczeń przez kolejne klasy. Ale ma także swój jednoosobowy zakon: pisarza, którym się zawodowo zajmuje – Jorisa-Karla Huysmansa.

Chyba to najbardziej ociepla mój stosunek do François. Po pierwsze dlatego, że każdy z nas, biednych humanistów, miał kiedyś swojego pisarza, tudzież twórcę innej gałęzi, w którym do upadłego dłubał, a poza tym słyszę tutaj jakby odległe echo houellebecqowskiej admiracji dla Lovecrafta, której dał wyraz w debiutanckiej książce, a którą podzielam. Huysmans, mimo iż pozornie jedynie się przez opowieść przewija w charakterze przywoływanego przez François w chwilach krytycznych punktu odniesienia, odegra w niej – właśnie jako ów punkt – znaczną rolę. Ale do tego wrócę nieco później.

Na razie skupmy się jeszcze na wyjałowieniu. W „Uległości” cały świat wydaje się być nim przesiąknięty. Wszystko, włącznie z polityką, którą François z doskoku się pasjonuje, jest w nim ponowoczesnym, pozbawionym samoistnego znaczenia spektaklem. Przychodzi mi do głowy jedno określenie: zbędność. Zbędność, która zmienia się w egzystencjalny koszmar, co szczególnie urzeczywistnia się w środowisku akademickim. Zbędny jest proces dydaktyczny, w którego trakcie znudzeni studenci absorbują zbędną wiedzę, by potem otrzymać dyplom i najprawdopodobniej zasilić samoreplikującego się – w gruncie rzeczy też zbędnego, gdy się nad tym zastanowić – molocha administracji publicznej.

W owym strasznym, przeraźliwie szarym świecie tylko jedna rzecz oferuje jeszcze namiastkę przyjemności. A mianowicie jedzenie. François spożywa wręcz namiętnie, a potrawy opisuje z takim pietyzmem, że czytelnikowi mimowolnie zaczyna burczeć w brzuchu. No dobrze, ciut może przesadzam, niemniej nacisk na konsumpcję, na celebrowanie jej, narzuca się w takim stopniu, że ciężko go zignorować. Jedzenie urasta do rangi nawet nie tyle jakiegoś substytutu sensu czy w ogóle celowości, co wręcz do miana ich ostatniego bastionu.

Antytezą tego wypatroszonego aksjologicznie i etycznie świata jest Huysmans. Przeszedł on ścieżkę dokładnie odwrotną niż François, a tak naprawdę w domyśle cała houellebecqowska Francja. Za młodu dekadent, skandalista i gwiazda paryskich salonów, później zwrócił się ku katolicyzmowi i pod koniec życia został benedyktyńskim oblatem. François nie wyjaśnia do końca przyczyn swego wieloletniego zainteresowania nim, ale możemy domniemywać, że po prostu pragnął zrozumieć jego wybór, a kto wie – może i czerpać z niego wzór. Bo jednak jakieś metafizyczne ciągoty zdradza, jakoś mu ta pustka uwiera. Tylko że z Huysmansem jest jeden zasadniczy problem. Huysmans to przeszłość. Przyszłość kreuje kto inny.

galaktyka

I tu pojawia się islam. No nie, właściwie się nie pojawia. Jest cały czas obecny. Zaś obecność ta, choć oswojona – wszak mamy do czynienia z rzeczywistością zglajchszaltowanego multi-kulti – od pierwszych stron zdradza pewne napięcie. Islam w tej książce jest jak kot, który już wie, że mysz utknęła w zastawionej przez niego pułapce, i powoli, bardzo powoli, szykuje się do skoku. Im bliżej do wyborów prezydenckich, w których trzeci w kolejności muzułmański kandydat najprawdopodobniej skorzysta na wzajemnym zaszachowaniu się pozostałej dwójki, tym śmielej wyznawcy Allacha sobie poczynają. Na przykład na wydziale François pojawiają się grzeczni młodzieńcy pilnujący czci i bezpieczeństwa swych arabskich sióstr.

Bo też trzeba powiedzieć, że islam u Houellebecqa nie jest już religią przemocy. Nie musi nią już być. Zwyciężył po prostu siłą swej kultury. Nowe muzułmańskie elity – w tym także coraz więcej rdzennych Francuzów – gardzą prymitywnymi ekstremistami urządzającymi awantury na ulicach. Tutaj islam jest wysublimowany, estetyczny, salonowy. A też i podszyty swoistą metafizyką, której ilustrowany fotosami galaktyk wykład François otrzymuje od nowego rektora Sorbony.

Mniej więcej od połowy książki, po zwycięstwie Ben Abbesa, jej fabuła staje się groteskowa. Narracja, dotąd raczej realistyczna, nagle zaczyna uderzać w iście kafkowskie tony. Instalacja nowego reżimu postępuje tak szybko, że momentami trudno w to uwierzyć. Drobne zmiany, jakie François dostrzega po powrocie do Paryża z czegoś w rodzaju podróży w głąb siebie – brak alkoholu w miejscach, w których zawsze go serwowano, zakrywające coraz więcej stroje kobiet itp. – kumulują się w gęstą, niepokojącą atmosferę. Aż w końcu uświadamiasz sobie, iż źródłem owego poczucia nierealności nie jest niemożliwość zaistnienia takiej sytuacji, ale coś wręcz przeciwnego.

Czy Houellebecq udziela odpowiedzi na kluczowe pytanie, jak mogło do tego dojść? Według mnie tak. I to udziela jej bardzo precyzyjnie. I sedno bynajmniej nie tkwi w poligamii, która dla wielu profesorów wydaje się być koronnym argumentem na rzecz przyjęcia nowej religii. Nie jest nim też konformizm, przez który tę religię przyjmują, by móc powrócić do pracy na „odświeżonej” Sorbonie. Chodzi, ni mniej, ni więcej, o przyrodzoną ludzkiemu gatunkowi potrzebę ładu. W ten oto sposób historia Republiki zatacza upiorne koło: wolność, równość i braterstwo, o które walczyli rewolucjoniści, a później ich pogrobowcy w 1968 roku, pchnęły Lud w objęcia dyktatury być może porównywalnej z tą, której pokonaniem tak się szczycił.

Ostateczne rozstanie się François z Huysmansem ma tu rangę aż nadto czytelnego symbolu. Chrześcijaństwo okazało się za słabe, zbyt wyrozumiałe, zbyt antropocentryczne. Ludzie nie potrzebują miłosierdzia, lecz prostych zasad. Ich poczucie estetyki razi biedny naiwny Bóg, który dał się przybić do krzyża, natomiast Allach – bóg niezmierzonych międzygwiezdnych przestrzeni, zimny, pozbawiony empatii Kreator – budzi podziw i trwogę. Ludzie łakną rózgi żelaznej, a nie ewangelii. I łakną jej tym żarliwiej, im bardziej liberalni i otwarci są w sferze deklaracji. Przyjmą ją pod każdą postacią, byle wystarczająco mocno chłostała.

I w tym sensie rzeczywiście niejaką słuszność mają ci, którzy przekonują, że islam jako taki jest w tej powieści nieistotny. Owszem, do ukazania mechanizmu samozniewolenia człowieka Houellebecq mógł wybrać cokolwiek – choćby i kosmitów – tyle że wybrał to, co wybrał. Zaś „Uległość” ukazała się w takim a nie innym czasie. Abstrahowanie w jej interpretacji od jego uwarunkowań jest intelektualnym eskapizmem.

Polecam również