Czy ktoś „obroni” Hollywood?

Kilka dni po wybuchu seks-afery z Harveyem Weinsteinem jeden z obserwowanych przeze mnie publicystów wrzucił na swojego facebooka zdjęcie pustej ulicy z nałożonym czarnym napisem: „Marsz milionów odważnych przedstawicieli lewicy, którzy zaprotestowali przeciw seksualnemu wykorzystywaniu kobiet w Hollywood”. Coś jest na rzeczy, bo skoro wszelkiej maści feministki i nabzdyczeni swoją moralną wyższością obrońcy mniejszości tak ochoczo stepują w obronie kobiet zmuszanych przez katotaliban do rodzenia wbrew ich woli, logika i konsekwencja nakazywałyby również w tej sytuacji oczekiwać czegoś podobnego.

Oczywiście trudno żywić w tej kwestii złudzenia. Ulice od Kalifornii po Kamczatkę zostaną uparcie puste. W każdym razie bardzo bym się zdziwił, gdyby stało się inaczej. A ponieważ większość organizowanych obecnie lewicowych manifestacji – o ile nie wszystkie w ogóle – ma charakter raczej ideologiczny niż merytoryczny, podobnie będzie na przykład z pedofilią, która w Hollywood stanowi tajemnicę poliszynela. Wymieńmy choćby przejmujące wyznania dawnego dziecięcego gwiazdora z takich filmów jak „Gremliny rozrabiają” czy „Wojownicze żółwie ninja” Coreya Feldmana o „kanapie do kastingu”, na której lądowały nie tylko młode aktorki.

I tutaj nawet nie chodzi o jakąś hipokryzję albo podwójne standardy. One są jedynie prostą konsekwencją faktu, że zideologizowany stosunek do rzeczywistości opiera się na czymś, co można by określić jako pakiety, które wraz z daną ideologią się otrzymuje. A elementem takiego pakietu zwykle jest też tzw. „lista naszych sukinsynów”, których postępków może i nie aprobujemy, ale ponieważ są nasi – wspierają naszą walkę o demokrację, narzekają na Trumpa podczas gali oscarowej, Kaczyńskiego skrytykują – jesteśmy skłonni traktować ich, powiedzmy, ciut ulgowo.

Potrafimy nawet zdobyć się na coś w rodzaju próby zrozumienia. Polański zgwałcić może i zgwałcił, ale przecież miał traumatyczne dzieciństwo w getcie. Do tego jeszcze to straszne, jakby żywcem wyjęte z jego filmów, zabójstwo żony, które również odcisnęło na nim piętno i dodatkowo pchnęło go w mrok. Poza tym matka tej „nieletniej prostytutki” – jak raczył był się w 2009 roku wyrazić o Samancie Geiner jeden z czołowych przedstawicieli kina moralnego niepokoju – sama mu ją wepchnęła na kolana.

Zgoda, że w praktyce to nie wygląda aż tak prosto. Czołowy przedstawiciel kina moralnego niepokoju też swoje od różnych lewicowych krzykaczy wycierpiał, a ową kompromitującą go wypowiedź, przez którą długo nie mogłem ponownie przekonać się do jego dzieł, przypisać należy raczej korporacyjnej solidarności. Bo ona też tutaj niewątpliwie swoją rolę odgrywa. Zgoda, że zjawisko relatywiizowania win występuje choćby w Kościele przy okazji kolejnych wychodzących na światło dzienne pedofilskich afer. Warto również mimo wszystko oddać tu sprawiedliwość przedstawicielom lewicy – na przykład „Krytyce Politycznej” – którzy głos w sprawie jednak zabrali.

Już pal licho te marsze parasolek wzdłuż Sunset Boulevard oraz te pikiety pod siedzibami wytwórni, których najprawdopodobniej nigdy się nie doczekamy. A zresztą może to i lepiej. Stanowiąca ich namiastkę akcja #MeToo (w polskiej wersji #JaTez), która rozprzestrzenia się wiralowo po mediach społecznościowych i polega na tym, że kobiety dzielą się swoimi opowieściami o molestowaniu, przeistoczyła się – jak większość tego typu internetowych pospolitych ruszeń – we własną parodię. Poza tym istota sprawy leży jednak gdzie indziej.

Przede wszystkim chodzi tu o skalę szoku, na co w swoim komentarzu na portalu wPolityce zwraca uwagę krytyk filmowy i znawca Stanów Zjednoczonych Łukasz Adamski. Pisze on o amerykańskim społeczeństwie, które przez wiele lat było karmione napuszonymi sloganami o równouprawnieniu, tolerancji czy feminizmie, wygłaszanymi przez ludzi, którzy milczeli na temat powszechnej przemocy seksualnej w Fabryce Snów. A teraz tamtejsze media podają, że najwięksi gwiazdorzy i celebryci byli w pełni świadomi sposobu działania Weinsteina, co nie przeszkadzało mu być najczęściej wymienianą osobą podczas dziękczynnych mów przy Oscarach.

To, że zarząd Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej postanowił wykluczyć go ze swojego grona, wydaje się nie tylko spóźnione, ale przede wszystkim mocno fałszywe i podszyte nielichą dozą bigoterii. W tym kontekście na jedynego niehipokrytę wyrósł Woody Allen, który – samemu chyba mając to i owo na sumieniu – powiedział, że Weinstein będzie miał spaprane życie, i wyraził obawę – moim zdaniem uzasadnioną – że teraz w Hollywood rozpocznie się „polowanie na czarownice”. Poprawnościowa histeria pożre własne dzieci, a gdy skandal przyschnie, sprawy najpewniej wrócą do „normy”.

W międzyczasie z szaf zdąży jeszcze wypaść kilka trupów. Nawet w tej chwili afera wokół Weinsteina, choć napompowana medialnie ze względu na jego stanowisko, nie jest jedyna. Pojawiło się też oskarżenie pod adresem Bena Afflecka czy znacznie mniej znana w Polsce sprawa reżysera Victora Salvy, skazanego pod koniec lat 80. za pedofilię, który mimo to (a może dzięki temu?) zdołał zrobić karierę w Hollywood. W tej sytuacji trudno uciec od pytań, ilu pałających dziś świętym gniewem eks-przyjaciół Weinsteina jutro wskoczy w jego buty. Do tego dochodzi wątek polityczny. Skompromitowany producent przeznaczył 50 tysięcy dolarów na rzecz Hilary Clinton podczas ostatniej kampanii prezydenckiej.

Ale tak naprawdę sedno stanowi coś jeszcze innego. Coś niby banalnego, choć z punktu widzenia zwykłych kinomanów, do których i ja się zaliczam, fundamentalnego. Po prostu o filmy. Pamiętam, jak jeszcze w dzieciństwie oglądałem „Bill Cosby Show”, marząc, by mieć tak świetną i wyluzowaną rodzinę. Albo jak drżały mi dłonie z podniecenia, gdy wkładałem do magnetowidu przyniesioną z wypożyczalni kasetę z „Wojowniczymi żółwiami ninja”. Po latach dowiedziałem się, że za tymi obrazami stały ludzkie tragedie. Zresztą ileś tam filmów Weinsteina też widziałem.

Jak więc teraz, zdając sobie sprawę ze skali problemu i tego, że jeszcze sporo tej gnojówki może wypłynąć, oglądać te wszystkie produkcje? Załóżmy, że trafi się taka, w której jedną z głównych ról będzie grało dziecko. Jak wyrzucić z głowy myśl o „kanapie do castingu”, na której być może, zaciskając zęby i przełykając łzy, zdobywało angaż? Czy w ogóle powinno się jeszcze te filmy oglądać? Czy aby, kupując bilet do kina, nie stajemy się wspólnikami w zbrodni?

Zresztą Hollywood to w gruncie rzeczy zaledwie czubek góry lodowej. Czy raczej metafora szeroko pojętej globalnej elity, która arbitralnie rości sobie prawo do pouczania maluczkich o moralności, tolerancji, o tym, kogo powinniśmy witać z otwartymi rękami przy granicach, a na kogo nie głosować, bo jest szowinistą, seksistą i populistą, a której przedstawiciele co i rusz okazują się zwykłymi skurwysynami. Co jakiś czas po prostu trzeba poświęcić kozła ofiarnego, by samemu bez przeszkód kreować się na wzór wszelkich cnót. Jeszcze ten raz.

Polecam również