Dziękuję panu, panie Hołdys

I znów – miałem napisać inny tekst. A konkretnie tekst o spotkaniu promującym najnowszą książkę Leszka Żebrowskiego, na które wybrałem się w ostatnim dniu lipca. Jeśli nie zrobię tego w ciągu kilku najbliższych dni, temat zdechnie. Właściwie już teraz jest prawie ostatni dzwonek. Nie wspomnę o paru innych nie cierpiących zwłoki sprawach, które powinienem poruszyć, tyle że nie za bardzo mi się chce, bo raz, że upały, dwa – robota nad prozą, no i trzy – coraz bardziej rozwala mnie tworzenie dla tych kilkunastu, góra kilkudziesięciu osób. I nie żebym was nie cenił. Po prostu… kurde, sami rozumiecie.

Czemu więc zajmuję się Zbigniewem Hołdysem? Dlaczego dołączam do tego tabloidowego chórku, który od wczoraj nie może przestać się podniecać, jak Hołdys zrobił z siebie idiotę, względnie ujawnił prawdziwą twarz pisowskiego reżimu, u Moniki Olejnik? No pewnie dla tych paru kliknięć, co to mi chodliwy temat napędzi. Dla tego słupka ze statystykami, co to raptem drgnie. Dla tych lajeczków, co to się lawinowo posypią. Cóż, dla tego wszystkiego zapewne trochę też, bo przecież i mnie próżność i łaknienie masowego uznania nieobce, ale głównie dlatego, że obserwując ten występ Hołdysa, przeżyłem olśnienie. I za to chcę mu podziękować.

Olśnienie dotyczy tego, co już muskałem w tekście o kulturze jako domu wariatów. Pisałem tam o swoim wyalienowaniu z niej i o tym, jak coraz bardziej mnie brzydzi, kiedy kolejni jej nobliwi przedstawiciele – wielu dawniej uważanych przeze mnie za autorytety – pokazują swą prawdziwą skretyniałą gębę małostkowych politycznych pałkarzy. Tak, tak, prawdziwą! Bo to nie jest coś, co chwilowo ich opętało, ale cecha constans ich duchowego uposażenia, która po prostu teraz, pod wpływem okoliczności, mogła się ujawnić w pełnej krasie. Żmija nie kąsa, dopóki nie czuje się zagrożona. Tak samo z nimi.

I tłumaczę jeszcze raz. Tu nie chodzi o politykę. Przynajmniej nie w tym wąskim, doraźnym, partyjniackim znaczeniu. No, może w niektórych przypadkach. Chociaż z drugiej strony – jeśli ten straszny PiS daje Jandzie kasę na teatr, a ona mimo to dalej gardłuje, jeśli wielka bojowniczka o demokrację Katarzyna Szczot vel Kayah nie odczuwa ujmy na honorze (i też zapewne portfelu), śpiewając przed kamerami pisowskiej telewizji, to i te niektóre przypadki mocno się redukują.

Nie, tutaj po prostu chodzi o pewną strukturę, o pewien poukładany, bezpieczny świat, który nagle im się zawalił. Dopóki cham egzystuje w sprzyjających sobie warunkach, słoma, którą ma w zazwyczaj nietanich butach, może tam bezpiecznie tkwić przez całe lata. Ale gdy traci grunt, ujawnia się jego rzeczywista natura. Zaczyna więc pluć i kąsać. Na oślep, byle tylko jak najszybciej przywrócić to, co było. Tak jak pisałem w tamtym tekście – to jest nic innego jak zwykły odruch. Po prostu według nich pewni ludzie i pewne zjawiska nie mają prawa do istnienia. Nie mają, bo my tu, kurwa, rządzimy! My ustalamy, co jest dopuszczalne a co nie! My sprawujemy rząd dusz i wara komukolwiek od tego! Bo my mamy to zagwarantowane!

Zagwarantowane przez kogo? Ano przez ideologizację kultury, zaprojektowanej tak, by szła zawsze i bezwzględnie tylko w lewo. Stało się tak z wielu powodów. Ale u ich podstawy leży jeden fundamentalny grzech, który Julien Benda w swej wydanej blisko sto lat temu książce nazwał „zdradą klerków”. Owa wciąż dokonująca się w najlepsze zdrada polega na tym, że intelektualiści i twórcy, czyli właśnie klerkowie, dali się uwieźć najrozmaitszym zabarwionym polityką namiętnościom, tym samym dezerterując z krainy rozumu.

Kwestią odrębną jest to, czy klerkizm w czystej postaci, jak rysował go Benda, jest w ogóle możliwy. Nie tylko teraz, ale kiedykolwiek. Wszak każdy ma jakieś poglądy, a angażowanie się artystów w służbę polityki jest zjawiskiem pewnie tak starym jak sama cywilizacja. Choć w czasach nam współczesnych rzeczywiście chyba nabrało szczególnego rozmachu. Bo i stawka bez porównania wyższa. I żeby było jasne – tej zdrady, w mniejszym lub większym stopniu, dopuściliśmy się wszyscy. Ja też.

Czy kultura jest domem wariatów?

W tamtym tekście napisałem, że dla mnie osobiście upolitycznienie było rodzajem ucieczki do przodu. Pomyślałem, że tak będzie uczciwiej, skoro nawet w kulturze nie da się odciąć od polityki. Wiecie, za sprawą czego, lub raczej kogo, to do mnie dotarło? Agathy Christie. Dokładnie tak! Opowiadałem już kiedyś, że przez pracę w radiu polubiłem kryminały. Stały się dla mnie odskocznią i odpoczynkiem od publicystycznego ferworu. A wśród tych, które dotąd przeczytałem, znalazła się powieść Christie „Dziesięcioro murzynków”, znana też pod alternatywnymi tytułami, m.in. „Dziesięcioro żołnierzyków” czy „I nie było już nikogo”.

Zapewne domyślacie się, skąd wzięły się te zmiany. Ano oczywiście stąd, że występujące w oryginale słowo „Nigger” było rasistowskie. Ale to i tak betka. Trzy lata temu powstał w BBC miniserial, do którego wpieprzono jeszcze więcej ideologicznych śmieci. Oczywiście musiał się pojawić motyw kolonialnych zbrodni, oczywiście swoją dolę musiała otrzymać wiecznie represjonowana społeczność LGBT, no i oczywiście – ach, bo jakże by inaczej? – należało do cna wyśmiać konserwatyzm i tradycję. Po prostu aż nogami tam przebierali. Bo jakże to tak? Współczesny produkt kultury bez elementów agitpropu?

No więc pomyślałem sobie: a chuj z tym! Co się będę napinał? Co się będę żyłował, skoro nawet tu nie ma ucieczki? Co to w ogóle za interes, jeśli do wyboru masz albo ideologiczny szajs, albo bandę obleśnych zboczeńców, którzy najpierw obmacują aktorki, a potem stroją się w piórka moralistów? Gdzieś w zwanym międzyczasie mignął mi na „Huff Post” artykulik o jakimś Cześku z kurwidołka dla niepoznaki nazywanego Holyłudem, który to przechwalał się, że razu pewnego, już po wybuchu afery #MeToo, naszczał sobie na dłoń, nim podał ją Weinsteinowi. Po prostu genialne! Szczególnie że akurat ten konkretny Czesiek, jak pisali amerykańscy internauci, też miewa problemy z trzymaniem oszczanych dłoni przy sobie.

I to ma być kultura? Serio do tego mam dążyć? Tego syfu częścią mam być? No i jeszcze na to wszystko nasi arbitrzy elegancji, ludzie światli oraz na pewnym poziomie, do których tak niegdyś aspirowałem. Co trzeba wykonać dziś, by się wkupić? Laleczkę wudu? Jakieś malowanko? Jakiś apelik podpisać? Proteścik? Do Olejnik iść ubrany jak żul i biadolić, jak szyfruję rozmowy z rodziną i jak PiS-owskie UB próbowało mi uniemożliwić dojazd? A jeśli już to zrobię, to będę mógł się uznawać za człowieka światłego oraz na pewnym poziomie? Nagrodę jakąś w Berlinie dostanę? Stypendium? Arte dokument o mnie nakręci?

Tak naprawdę mógłbym tutaj jeszcze wiele napisać. I to wcale niekoniecznie związanego z bieżącym kontekstem. Na przykład o tym, jak to jest, gdy po latach prób w końcu wdzierasz się na ten upragniony parnas, a przynajmniej w pobliże jego podnóża, i orientujesz się, że ludzie, których podziwiałeś, którzy jawili ci się jako nie do końca realni wysłannicy lepszych gwiazd, to zwykli ćwierćinteligenci, nie mający w zasadzie nic poza garścią wyświechtanych frazesów i kiepskich dowcipów o dymaniu Szymborskiej. A jeśli do tego dołożyć, że część z nich dziś maszeruje w pierwszych szeregach obrońców demokracji, robi się tym żałośniej.

Wiem, wiem, trochę to wszystko chaotyczne, niezborne, ale zależało mi, aby ucapić in statu nascendi ów mój stan wydziedziczenia, z którym zmagam się od dość dawna i który, koniec końców, pchnął mnie w ramiona polityki. To przez to najpierw zarzuciłem literaturę, a potem zająłem się komentowaniem bieżączki. Po prostu czułem, że nie ma tam dla mnie miejsca. Może nawet nigdy go nie było. Nie w sensie poglądów – bo te można mieć takie lub siakie – ale w tym, że sama kultura utraciła autonomię na rzecz płytko pojmowanej polityczności.

Ale kiedy zobaczyłem tego głupiego Hołdysa, coś we mnie jakby pękło. Wszystkie emocje z hukiem rozsadziły balon, w którym pęczniały. Dosyć tego! Po prostu dość! Wy nie jesteście samozwańczymi władcami kultury! Nie pozwolę się wam z niej wypchnąć! Bo kultura to nie tylko idiotka Nurowska, lewaczka Holland, histeryczka Janda, niepotrafiący składnie sklecić jednego zdania pijak Olbrychski czy infantylny Hołdys. I właśnie za uzmysłowienie mi tego serdecznie panu, panie Zbigniewie, dziękuję.

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.