Hitler, lewacy i rewizjonizm historyczny

W chwili przystępowania przeze mnie do tego tekstu w internecie gruchnęła wiadomość, że szef Telewizyjnej Agencji Informacyjnej wydał dziennikarzom TVP instrukcję, by w relacjach z 78 rocznicy wybuchu II Wojny Światowej używali określenia „Niemcy”, a nie „Naziści” albo „Hitlerowcy”. Oczywiście, jak można było się spodziewać, wywołało to już burzę w szklance medialnej wody. Na różnych portalach pojawiły się opinie, że TVP idzie na wojnę, przykłada rękę do niszczenia stosunków z Niemcami, a nawet, że to działanie kremlowskiej agentury, bo o bolszewikach nadal wolno mówić „bolszewicy”.

Kilka dni temu podobną aferę rozpętała okładka ostatniego numeru tygodnika „Do Rzeczy” z Adolfem Hitlerem w mundurze przyozdobionym komunistycznymi symbolami. Anonsuje ona artykuł Piotra Zychowicza, w którym autor udowadnia, że „Hitler był lewakiem”, a jego reżim – w przeciwieństwie do utartej powszechnie wiedzy – miał charakter jednoznacznie lewicowy. W sieci pojawiła się między innymi parodystyczna przeróbka ze zdjęciem Stalina i podpisem, że „był prawakiem”, tudzież zaczepne zagajenia, że jeżeli Hitler był lewakiem, to czy o środowisku „Do Rzeczy” można mówić bez ryzyka procesowego, że jest na prawo od Hitlera.

Samego tematu „wojen okładkowych” nie ma sensu rozwijać. Jest do cna zbanalizowany, a poza tym przynależy raczej do dyskusji – też już w dużej mierze wyjałowionej – o kondycji mediów. Ale o powyższych zdarzeniach wspominam, bo jakkolwiek byśmy ich nie oceniali, wpisują się w toczący się obecnie spór o interpretację historii, stanowiąc jego nadzwyczaj nośne odpryski. Dołożyłbym też niedawne kontrowersje wokół Domu Historii Europejskiej, w którym marszałek Piłsudski stanął w jednym szeregu z dyktatorami, a Sienkiewicz został przedstawiony jako nacjonalista, co w europejskiej nomenklaturze stanowi przecież nieomal synonim diabła.

Maciej Świrski z Reduty Dobrego Imienia komentował to w programie „Minęła 20” jako atak elit na tradycyjne wartości, które konstytuują Europę. Nawiasem mówiąc, zaiste powalająca była filipika europosła Bogusława Liberadzkiego, który pocieszał, że przecież zostało tam powiedziane, że drugą wojnę wywołali Niemcy, a nie jacyś enigmatyczni naziści, a nawet, że było porozumienie między III Rzeszą i Związkiem Radzieckim. Nic tylko dąć w fanfary.

To kolejny raz dowodzi, że doniesienia o końcu historii możemy śmiało włożyć między bajki. Ale też że cały czas jest instrumentalnie wykorzystywana w bieżącej polityce. Świrski mówił w tym kontekście o rewizjonizmie, zwracając uwagę, że głównym problemem są sprzeczne spojrzenia na historię, podczas gdy tak naprawdę na poziomie faktów jest ona niezmienna. Mira Wszelaka – też z RDI – oceniła kwestię Domu Historii Europejskiej jednoznacznie jako narzucanie wersji historii widzianej oczami Niemiec, które od ponad pół wieku sukcesywnie zdejmują z siebie ciężar odpowiedzialności za ostatnią wojnę.

Ikonicznym przykładem takiej instrumentalizacji jest także opisany przez Zychowicza kazus Hitlera. Zychowicz wychodzi z założenia, że wbicie ludziom do głów, że ideologia III Rzeszy była skrajnie prawicowa, to jeden z największych sukcesów lewicowej propagandy. Po co to zrobiono? Według Zychowicza przede wszystkim dlatego, iż łatwiej było przedstawić Hitlera jako reakcjonistę – a więc obrzucić go tą samą inwektywą, którą on obrzucał swych wrogów – niż przełknąć gorzką pigułkę prawdy, że korzenie jego idei wyrosły z myśli lewicowej. I to właśnie wskutek tego niebezpieczne, bo wskazujące na lewicową proweniencję, określenie „narodowy socjalizm” zastąpiono nic niemówiącym słowem „nazizm”.

Tekst Zychowicza nie jest może najwyższych lotów. Sprawia wrażenie pisanego na ostatnią chwilę przed zamknięciem numeru, ale przywołuje kilka znanych od dawna i – według mnie – dość dobrze umotywowanych argumentów. Bez wdawania się w zbędne szczegóły: Hitler otwarcie przyznawał, że podziwia bolszewików i rewolucję francuską, która również dla nich stanowiła inspirację, a także że jego polityka wpisuje się w ten sam wzór. Wszak koncepcja obozów koncentracyjnych była bezpośrednią kalką z gułagu. Poza tym sam siebie nazywał proletariuszem i nienawidził ludzi wyżej urodzonych.

W tym sensie jego rasizm też miał charakter przede wszystkim klasowy. Do tego zwalczał chrześcijaństwo, zapowiadając, że po Żydach przyjdzie kolej na kler. Jest książka „Hitler speaks” niejakiego Hermanna Rauschinga, wydana w USA jeszcze przed wojną, w której autor – zresztą uciekinier z Rzeszy – zebrał sporo tego typu wypowiedzi świadczących o lewicowych afiliacjach Hitlera. Od razu zaznaczam, że znam ją tylko we fragmentach, choć mam wrażenie, że Zychowicz obficie ją cytuje. Niestety nie podając źródła.

Tak czy inaczej jego główna teza zasadza się na rzeczywiście dość mocno niepoprawnym politycznie przekonaniu, że różnica między Rzeszą a Sowietami polegała jedynie na tym, że Rzesza miała orientację nacjonalistyczną, a Sowieci – internacjonalistyczną. Reszta to tak zwana kłótnia w rodzinie, do której część z tej rodziny nie chce się przyznać, machając światu przed nosem zbitką nierozerwalnie wiążącą prawicę z chorobliwym nacjonalizmem. Od siebie mogę dodać, że warto pamiętać, iż w radzieckiej ojczyźnie postępu także miały miejsce czystki etniczne na niepewnym klasowo elemencie – choćby na Polakach.

Jak już podkreślałem: to, co Zychowicz prezentuje, nie jest niczym nowym. Czy ma rację? Adam Wielomski uważa, że niekoniecznie, i to jest nieco bardziej złożone. Choć szkoda, że w swojej polemice nie odniósł się do samego tekstu – którego, jak przyznaje, nie przeczytał – a jedynie do okładki. Gdyby jednak spróbował się odnieść, byłoby znacznie ciekawiej. Co nie zmienia faktu, że – jak sam Wielomski przyznaje – ta debata toczy się w środowiskach naukowych od lat. A to oznacza, że sprawa rzeczywiście nie jest aż tak prosta, jak by sobie życzyli tropiciele brunatnych koszul w szeregach prawicy.

Co zaś tyczy się samej historii, trudno nie odnieść wrażenia, że ci, którzy najżarliwiej głoszą jej kres i nawołują do wypchnięcia jej z debaty publicznej, najchętniej korzystają z powstałej w ten sposób próżni, wypełniając ją własną narracją. Całe lata dziewięćdziesiąte kładziono nam do głów, że historia się nie liczy, że to balast, który należy odrzucić, by nie zawadzał w marszu ku świetlanej przyszłości. A potem nagle obudziliśmy się w rzeczywistości, w której o historii jak najbardziej się rozmawia, tyle że obozy koncentracyjne były polskie, a naziści przybyli z wymiaru X i wspólnie z Polakami wymordowali Żydów.

Zresztą jednym z najbardziej znamiennych przykładów – swoistą przestrogą, którą zawsze warto mieć na uwadze – jest przypadek Piusa XII. Wystarczyło kilka lat oraz odpowiednio ukierunkowany młody dramaturg, żeby z papieża, który pomagał Żydom – i któremu Żydzi po wojnie za to dziękowali – zrobić zausznika Hitlera. Czemu więc analogicznie nie zrobić z Hitlera prawicowca? Zwłaszcza jeżeli ma to służyć najzupełniej współczesnym politycznym celom.


Źródła:

https://dorzeczy.pl/kraj/39716/Do-Rzeczy-nr-35-Hitler-byl-lewakiem-Wbrew-komunistycznej-propagandzie-hitlerowcy-nie-mieli-nic-wspolnego-z-prawica.html

http://www.tvp.info/33668487/powinnismy-prowadzic-polska-wlasna-polityke-historyczna-i-dbac-o-prawde

http://telewizjarepublika.pl/wszelaka-reduta-dobrego-imienia-dom-historii-europejskiej-to-niebezpieczna-niemiecka-wizja-historii,52855.html

Polecam również