Hillary Clinton o przegranych wyborach

Książkę Hillary Clinton „Co się stało” postanowiłem przeczytać głównie dlatego, że coraz bardziej fascynuje mnie amerykańska wojna domowa, która z wielką mocą wybuchła po objęciu prezydentury przez Donalda Trumpa. Pasjami śledzę jej najrozmaitsze przejawy w internecie. Mimo kilku różnic pod wieloma względami przypomina tę, która toczy nasz kraj od czasu zwycięstwa PiS i w szerszej perspektywie stanowi część kruszenia się liberalnej hegemonii pod naporem konserwatywnej kontrrewolucji. A Clinton to jedna z prominentnych twarzy obozu obrony status quo.

I tutaj od razu powinna mi się zapalić czerwona lampka. Zaraz, jakiego status quo? Właśnie jednym z kluczowych zarzutów wysuwanych przez Clinton pod adresem zarówno mediów, jak i jej oponentów było to, że udało im się wykreować jej wizerunek jako strażniczki status quo, podczas gdy ona pragnęła nieść zmianę. Po prostu trochę inaczej definiuję to pojęcie. Dla mnie w tym kontekście „status quo” oznacza całe spektrum liberalnej ortodoksji, zaś dla Clinton – stagnację w jej obrębie, którą można przełamać jedynie ucieczką do przodu. Czyli więcej tego samego, a już zwłaszcza więcej stanowiącego konika Clinton progresywizmu.

Powyższe słowa mogą świadczyć o moim uprzedzeniu do Clinton. I zapewne jest tak teraz, gdy już trochę czasu minęło od lektury i wydestylowały się refleksje. Poza tym nie ukrywam, że nie sympatyzuję z jej opcją, w czym jej książka dodatkowo mnie utwierdziła. Mało tego – choć nie mam powodu, by pałać miłością do Trumpa (a odkąd jego administracja wspólnie z Netanjahu wydymała nas w sprawie nowelizacji ustawy o IPN, mój stosunek stał się tym chłodniejszy), lektura ostatecznie przekonała mnie, że gdyby to Clinton wprowadziła się do Białego Domu, nie czekałoby nas od niej nic dobrego.

A nie czekałoby, bo jako demokratka do szpiku – nie tylko w sensie przynależności partyjnej – jak amen w pacierzu spiknęłaby się z białobrodym imć Timmermansem w trosce o naszą zagrożoną praworządność. Dorzucić tu graniczącą z bałwochwalstwem proamerykańskość PiS i odtrąbiona jako sukces rejterada w kwestii kar za „polskie obozy” mogłaby się okazać najmniejszym z ustępstw, jakie biedna TVP musiałaby obsypywać brokatem. Tak czy siak – może niestety, a może właśnie na szczęście – w „Co się stało” o Polsce nie znajdziemy nic.

Zatem owszem, jakieś uprzedzenia się w moich słowach niewątpliwie manifestują. Nie są to może uprzedzenia o charakterze płciowym i seksistowskim – a owe czynniki Hillary Clinton również punktuje jako fundamentalne dla swojej klęski – no ale zawsze. Niemniej w trakcie czytania nadzwyczaj łatwo przyjąłem jej punkt widzenia, utożsamiłem się z nim, a wręcz niejednokrotnie przyłapywałem się na tym, że szczerze jej współczuję. Zostało to osiągnięte z pomocą banalnej sztuczki: zaprezentowania się Clinton jako przede wszystkim człowieka, a dopiero w dalszej kolejności jako polityka. Mamy więc Clinton oglądającą seriale, bawiącą się z wnuczką, głaszczącą psy, chodzącą z mężem na długie spacery i zamartwiającą się o zdrowie współpracowników, od asystentki po agentów ochrony.

Czy ten obraz jest prawdziwy? Nie wiem, ale odruchowo pragnąłem wierzyć, że tak. Tak jak zakładam optymistycznie, że była sekretarz stanu USA napisała tę książkę sama i od serca, a nie krył się za tym sztab ghostwriterów i PR-owców. Wierzyłem w jej załamanie nerwowe po przegranej, w to, że naprawdę obchodził ją los bezrobotnych górników z Appalachów, a nawet w to, że po skandalu z Monicą Lewinsky była w stanie odbudować związek z Billem. Tak, wierzyłem jej. Fakt, że wyznaję inne poglądy, nie oznacza, że odmawiam jej szczerości intencji.

Autentycznie głęboko wstrząsnęły mną fragmenty o szalejącej po USA epidemii uzależnień od opioidów, które, doprowadzając do sięgania po narkotyki, zabijają więcej Amerykanów niż rak. Ściskało mi się gardło, gdy czytałem o spotkaniach Clinton z matkami dzieci, które zginęły w strzelaninach, i zgadzałem się z nią, że w kwestii dostępu do broni powinno się coś zrobić. Podobnie jak ona jestem zdania, że choć postęp techniczny wymusza zmiany na rynku pracy i od tego nie uciekniemy, nie można ludzi zostawić na pastwę społecznego darwinizmu. Co więcej przypuszczam, że te diagnozy podzieliłoby wielu jej rodaków, którzy ostatecznie oddali głos na Trumpa. Co zatem poszło nie tak?

Największy paradoks polega na tym, że gdyby Clinton startowała na przykład w Polsce, to by wygrała w cuglach. Przypomnijmy, że liczbowo uzyskała nad Trumpem przewagę około trzech milionów głosów. Sytuację na jej niekorzyść rozstrzygnęła dziwaczna i archaiczna – także w opinii Clinton – amerykańska ordynacja wyborcza oparta na głosach elektorskich. Clinton poświęca temu zagadnieniu stosunkowo mało miejsca, wychodząc z założenia, że za takim a nie innym rozkładem głosów stał cały splot rozmaitych okoliczności.

Większość z nich już w telegraficznym skrócie zasygnalizowałem. Kiedy teraz zastanawiam się, którą uznać za kluczową, dochodzę do wniosku, że byłby nią gniew. Jest w tej książce jedna absolutnie porażająca konkluzja. A mianowicie, że wyborcy nie szukali kogoś, kto by im zaoferował jakąś konstruktywną propozycję, lecz kogoś, kto byłby tak samo wściekły jak oni, a w każdym razie dobrze to markował. Według Clinton Trump doskonale wstrzelił się w ten populistyczny klimat. A skąd gniew? Oczywiście z nienadążania za tempem przemian – cywilizacyjnych, obyczajowych, kulturowych; z uwiądu klasy średniej, z lęku, że imigranci z Meksyku zabiorą białym pracę.

Trump pokazał tym ludziom, kogo powinni obwiniać. Jak każdy podręcznikowy populista i kandydat na dyktatora rozniecił w nich poczucie fałszywej, opartej na tożsamościowości dumy. Za forsowanym przez niego hasłem „Make America Great Again!” kryła się obietnica wskrzeszenia starej, dobrej Ameryki z lat pięćdziesiątych, w której biały mężczyzna dzierżył ster, kobieta siedziała w kuchni, a kolorowi, pederaści oraz inne dziwolągi byli obywatelami drugiej kategorii. Oczywiście uczynił to wszystko cynicznie, o czym świadczy fakt, że zaraz po wyborach wycofał się z większości obietnic i zaczął realizować interesy korporacji, przed którymi przysięgał swych rodaków chronić.

Dla każdego, kto interesuje się polityką na trochę wyższym poziomie niż memy i twitterowe przepychanki, ta diagnoza nie jest żadną rewelacją. W kręgach lewicy, zarówno w Europie, jak i na Wschodnim Wybrzeżu, obowiązuje dziś w zasadzie jako dogmat. Syntetycznie ujął ją – przywołany zresztą przez Clinton – Thomas Frank w bestsellerze „Co z tym Kansas”, w którym analizował, jak zainfekowani radykalną prawicą Republikanie zdobyli serce biednej robotniczej prowincji, przesuwając akcenty w dyskusji z ekonomii i gospodarki na problemy kulturowe.

Na to nakładają się wspomniane już kwestie płci. Clinton, bezustannie podkreślająca swoje zakorzenienie w tradycji sufrażystek, poświęca im spore partie książki. Usilnie przekonuje, iż kobieta na stanowisku prezydenta USA byłaby naturalnym dopełnieniem feministycznego marszu rozpoczętego w połowie XIX wieku. Ale także kamieniem milowym emancypacji w ogóle, której poprzedni etap stanowił wybór prezydenta czarnoskórego. Niekiedy trudno się oprzeć poczuciu, że ten motyw był dla niej równie ważny jak cały pozytywny przekaz, który pragnęła sprzedać Amerykanom – jeśli nie ważniejszy.

Cóż jednak z tego, skoro nawet w głowach wielu progresywistów pokutuje ugruntowany od dawna stereotyp, że kobieta nie nadaje się do rządzenia. W takiej sytuacji nie może dziwić, że Trumpowi mogło ujść na sucho ujawnienie nagrań, w których otwarcie przyznawał się do seksualnych napaści na kobiety, podczas gdy Clinton grillowano za w sumie trywialną aferę z mailami. Nie ona pierwsza i zapewne nie ostatnia korzystała do służbowej korespondencji z prywatnej skrzynki, ale tak się składa, że większość tych, którzy robili to przed nią – m.in. Colin Powell – nosiła w rozporku penisa.

Temat poczty Clinton całymi miesiącami grzały media. Co ciekawe, nie tylko te tradycyjnie wrogie Demokratom jak Fox News albo Breitbart, lecz także i te, które na ogół stają po ich stronie, jak „New York Times”. Również media – od prawej do lewej – uporczywie lansowały zafałszowany obraz Clinton jako przedstawicielki zepsutego, oderwanego od rzeczywistości waszyngtońskiego establishmentu. W tępej pogoni za klikalnością rozdmuchiwały każde jej potknięcie, chociażby słynne wymiotowanie podczas obchodów piętnastej rocznicy 9/11.

Jeśli idzie o nieszczęsne maile, szczególnie mocno oberwało się od Clinton FBI, najbardziej zaś jego ówczesnemu dyrektorowi Jamesowi Comeyowi. Rola Comeya w nagłym zwrocie losów kampanii o 180 stopni jest rzeczywiście frapująca. Przypomnijmy: w lipcu 2016 roku ogłosił, że FBI zamyka śledztwo w sprawie maili i nie zamierza wnioskować o postawienie Clinton zarzutów, a pod koniec października nagle poinformował o wznowieniu śledztwa, co według Clinton, ale też i wielu komentatorów, miało decydujący wpływ na zmianę nastrojów. Tuż przed wyborami równie niespodziewanie wszystko odkręcił.

To z kolei prowadzi do wątku jeszcze bardziej niepokojącego. Mianowicie do domniemanej ingerencji Rosji w proces wyborczy. Clinton dość rozlegle rozwodzi się o prowadzonej przez Kreml operacji dezinformacyjnej z wykorzystaniem internetu. Pisze więc o fabrykach trolli, o zalewie fejkowych kont na Facebooku i Twitterze, a także o wpływie, jaki miały wywierać na poglądy wyborców. Celem miało być stworzenie komory pogłosowej dla najbardziej nawet szalonych teorii, poczynając od oskarżania Clinton, że jest reptilianką, a kończąc na głośnej również wśród naszych foliarzy aferze Pizzagate.

O co chodziło zimnemu czekiście Putinowi? Po części o osobistą zemstę na Clinton, jednak przede wszystkim o… osadzenie w Białym Domu Trumpa. W kontekście Rosji spod palców Clinton padają pod jego adresem najcięższe oskarżenia. W całej książce nie szczędziła mu cierpkich słów, kreśląc jego portret jako zadufanego w sobie kretyna, który nawet nie potrafi sensownie sformułować argumentów w debacie, ale tu sugeruje zupełnie wprost, że jest on marionetką Putina.

Lecz nad tym wszystkim unosi się zwykły ludzki żal. Żal, że nie udało się wypełnić zadania. Żal do własnej partii, że jest w niej za dużo liberalizmu, a za mało solidaryzmu. Żal do ludzi, że dali się tak łatwo zwieść. Nawet do Baracka Obamy za… właściwie nie do końca wiemy za co. Chyba po prostu za to, że śmiał wygrać przed nią. A ja, choć ten żal czysto po ludzku rozumiem, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że czegoś w owych wyznaniach brakuje. Czego? Ano po prostu dostrzeżenia własnych win.

Nie tak, że całkiem go tam nie ma. Owszem, Clinton przyznaje, że Demokraci zamknęli się na problemy zwykłych Amerykanów, za bardzo skupiając się na aspektach kulturowych czy emancypacyjnych, lecz zdaje się nie dopuszczać do siebie myśli, że właśnie one mogły ich najskuteczniej zrazić i pchnąć w zwodnicze objęcia Trumpa. Nie chce przyznać, że może to z samą ideą nieuniknionego postępu jest coś nie tak, bo gdzieś po drodze wyabstrahowała się z rzeczywistości. Czyli – jak to na lewicy – założenia słuszne, a błędy powodują ludzkie wady.

Obiema rękami podpisałbym się pod smutną konstatacją Clinton, że wszyscy zagubiliśmy gdzieś tę najzwyklejszą życzliwość i że drenuje nas duchowa pustka. Ale brzmi to mocno kuriozalnie w świetle faktu, że zwolennicy i przeciwnicy Clinton potrafią skakać sobie do oczu nie mniej zajadle niż pisiory i kodziarze. Może tu wypadałoby rozpocząć odbudowę kapitału społecznego. Tylko kto ma na to czas, kiedy trzeba odsuwać Trumpa od władzy?

Polecam również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.