Głuchy słyszał, że ślepy widział

Po dłuższej przerwie znowu powracam do wspominków epoki VHS. Od tego filmu właściwie powinienem był zacząć, bo kaseta z „Nic nie widziałem, nic nie słyszałem”, była pierwszą, jaka zjawiła się w naszym domu zaraz po kupnie wideo. No może nie pierwszą w ogóle, ale pierwszą, którą mieliśmy na własność. Nie pamiętam, w jakich okolicznościach się u nas znalazła. Najprawdopodobniej odbyło się to w niezupełnie legalny sposób, o czym świadczy fakt, że na pudełku są oznaczenia wypożyczalni. Gdy teraz o tym myślę, coś mi niejasno świta, że wujek mógł ją nabyć za grosze od jakiegoś kolegi, który wcześniej ją wypożyczył, lecz głód substancji wyskokowych zaciemnił mu sumienie.

Kaseta szybko przeszła na mój osobisty stan posiadania. Ponieważ dość długo była jedyną w mojej obecnie spoczywającej w piwnicy kolekcji, katowałem ją do zdarcia taśmy, ciesząc się, że oglądam film dla dorosłych, a nie jakieś głupie bajki. W sumie chyba właśnie celebracyjny aspekt miał większe znaczenie, niż sama treść, którą w końcu tak sobie wbiłem do głowy, że nawet teraz, ponad dwadzieścia lat później, potrafię bez problemu przywołać całe sekwencje i dialogi.

Stwierdzenie, że jest to typowa komedia sensacyjna z lat osiemdziesiątych, brzmi sztampowo. Chociaż poniekąd to prawda. Mamy do bólu schematycznych nowojorskich gliniarzy, takoż i przestępców. Tyle że typowi raczej nie są główni bohaterowie. W każdym razie tak z marszu nie przypominam sobie, żebym natknął się na podobne postacie w innych produkcjach z tego worka. Wally jest niewidomy. Lub po prostu – bez owijania w politpoprawną bawełnę, czego i on nie czyni – ślepy. Szukając pracy, pewnego dnia odwiedza sklep, którego właściciel Dave jest głuchy. Obaj udają pełnosprawnych – Dave, przed utratą słuchu aktor, nauczył się czytać z ruchu warg – obaj też noszą w sobie spore pokłady kiepsko maskowanego zgorzknienia.

Mimo że ich pierwsze spotkanie nie należy do udanych, łatwo się domyślić, że rychło zostaną kumplami, a komiczny szkielet będzie się opierał na ich kalectwie i wzajemnym uzupełnianiu się. Pokazuje to już kapitalna scena bójki w barze, podczas której Wally spuszcza ostry łomot pewnemu opryskliwemu grubasowi dzięki wskazówkom Dave’a, gdzie lać. Metoda na „która godzina” później jeszcze kilkakrotnie uratuje im tyłki, kiedy przez przypadek wmieszają się w sam środek kryminalnej intrygi.

Sprawa – cóż, jak to w komediach sensacyjnych z lat osiemdziesiątych – nieszczególnie jakoś emocjonująca. Scenarzyści dolepili ją raczej na przyczepkę, by mogła posłużyć w charakterze wyzwalacza serii sytuacyjnych gagów oraz paru efektownych pościgów po ulicach Wielkiego Zgniłego Jabłuszka. Jeden z nich, z udziałem radiowozu i z Wallym za kierownicą, kończy się wśród wieprzowych półtusz. Rzecz jasna, nie mogło się też obyć bez obowiązkowych scen na zatłoczonym posterunku i trzaskaniem fotek aresztantom. Słowem: klimacik, który wszyscy znamy i kochamy. A pod koniec niebanalny twist z udziałem głównego złoczyńcy.

Jest oczywiście i morał, który aż się prosi w historii z niepełnosprawnymi bohaterami. Może i mało oryginalny, ale zaserwowany w formie nie wywołującej zaburzeń perystaltyki. Głosi on, że życie ogólnie faktycznie jest do dupy, a gdy chromasz, z dupy tej opryskuje cię wyjątkowo rzadki kał, ale zawsze warto mieć pod ręką przyjaciela. Choćby po to, by w chwili zwątpienia rozkwasić mu na łbie gałkę lodów. Albo by go zapytać, która godzina, gdy w drogę wejdzie ci oprych w dwurzędowym angielskim garniturze. Krzepiące, nieprawdaż?

W filmie jest sporo akcentów, które w dzisiejszych skrępowanych gorsetem politpoprawności czasach mogą wyglądać, delikatnie mówiąc, kontrowersyjnie. Bezwstydnie zarykujemy się ze śmiechu nad niepełnosprawnością, co samo w sobie pachnie myślozbrodnią. Na dodatek Dave ma semickie rysy, a Wally to murzyn… o, pardon, Afroamerykanin, który ostentacyjnie robi z siebie idiotę. A do tego jest jeszcze buzująca mizoginizmem scena, w której Dave terroryzuje nagą kobietę własną erekcją, pozwalając jej wierzyć, że jest to ukryty w spodniach rewolwer. Nie wiem, czy dzisiaj takie „grube” żarty by przeszły, choć przecież zjawisko poprawności w amerykańskim przemyśle rozrywkowym sięga lat przedwojennych.

W każdym razie „Nic nie widziałem, nic nie słyszałem” oglądane teraz, tym najmocniej mnie zaskakuje. Niemal tak samo jak odtwórcy ról Wally’ego i Dave’a. Przede wszystkim zaś ich wiek. Kreujący Wally’ego Richard Pryor – już wówczas znany i ceniony komik – zbliżał się do pięćdziesiątki. Filmowy Dave, czyli Gene Wilder, był starszy od niego siedem lat. Dałbym im obu nie więcej, niż trzydzieści kilka! Szukając informacji, przeczytałem w Wikipedii daty ich urodzenia parokrotnie, by się upewnić, czy wzrok nie płata mi figla. Rąbnęła mnie także wiadomość, że Pryor zmarł ponad dziesięć lat temu.

Wedle współczesnych standardów braki w podstawowej wiedzy o aktorach kiepsko świadczą o mnie jako o koneserze kina, lecz – tak jak pisałem w tekście o spojlerach – moje pokolenie doskonale obywało się bez tej nadbudowy. Ludzie na ekranie byli dla nas jakby przeźroczyści i zredukowani do swych ról. Miało to swoje niezaprzeczalne plusy, bo pozostawiało margines niedopowiedzenia, którego podłączone do informacyjnego cycka od chwili przyjścia na świat dzieci sieci chyba nie są w stanie pojąć. Richard Pryor niedługo po „Nic nie widziałem, nic nie słyszałem” – a gwoli kronikarskiego obowiązku dodajmy, iż nie była to pierwsza kooperacja jego i Wildera – zachorował na stwardnienie rozsiane, dla mnie jednak pozostanie Wallym.

To zresztą w ogóle zabawne, jak w pamięci tworzą się pewne zrosty. Z powodu braku sprzętu niestety nie mogłem sobie odświeżyć filmu z legendarnej kasety, więc obejrzałem go w wersji bez lektora i cały czas wpierniczał mi się głos Jerzego Rosołowskiego. Tak, tak, nie wszystkie filmy w epoce VHS czytał Tomasz Knapik. Rosołowski co poniektórym zapewne kojarzy się z propagandowymi materiałami z czasów Gierka, jednak w moich wspomnieniach przyrósł do tego właśnie filmu.

Polecam również