George Romero – koszmar moich bezsennych nocy

Kiedyś wspominałem, że nie jestem zwolennikiem internetowych egzekwii nad celebrytami. Miniony rok był pod tym względem szczególnie irytujący. Lecz z drugiej strony rzeczywiście trudno przejść obojętnie nad śmiercią kogoś, kto w jakiś sposób był dla nas ważny. Ja też tego nie umiem. A faktem jest, że zmarły wczoraj George A. Romero odegrał w moim życiu znaczącą rolę choćby już przez samo to, że mając trzynaście lat, zaliczyłem przez niego kilka bezsennych nocy. Oczywiście nie wiedząc,że on to on. Bo nawet dziś, kiedy oglądam filmy, rzadko zwracam uwagę na twórców.

Moje dosyć, trzeba przyznać, osobliwe i niezrozumiałe przez większość „normalnych” ludzi zamiłowanie do horrorów datuje się właśnie od „Nocy żywych trupów”, którą pierwszy raz zobaczyłem jako trzynastolatek. Nastąpiło to w szczególnych dla mnie okolicznościach. Akurat zmarł mój dziadek. Nigdy przedtem nie miałem tak bliskiego kontaktu ze śmiercią. Kilka lat wcześniej co prawda odeszła prababcia i nawet widziałem jej ciało w trumnie – to były jeszcze te czasy, kiedy zdarzało się, że żałobnicy zbierali się w domu – ale raz, że po prostu byłem za mały, by naprawdę pojąć, co się wydarzyło, a poza tym prababcia nie była mi zbyt bliska.

Z dziadkiem rzecz miała się zupełnie inaczej. Dopiero wiele lat później w pełni zaczęło do mnie docierać, jak głęboko jego śmierć i towarzyszące jej okoliczności, o których próżno by tu prawić, przeorały moją psychikę. Zainteresowanie się makabrą było chyba pewną próbą odreagowania tej traumy, zmierzenia się z nią zarówno na poziomie czysto biologicznym, jak i duchowym. Co częściowo koresponduje z niektórymi teoriami, tłumaczącymi obecność strasznych opowieści w ludzkiej kulturze – i to jeszcze na długo nim stała się ona pop.

„Noc…” trafiła do moich rąk przypadkiem. Była nagrana jako drugi film na kasecie, którą pożyczyłem od kumpla ze szkoły. Oczywiście początkowo nie zamierzałem jej oglądać i, oczywiście, kiedy skończył się film, dla którego kasetę w ogóle pożyczyłem, i ukazała się charakterystyczna dróżka z niepokojącym podkładem muzycznym, zamierzałem wyłączyć. Ale upłynęła minuta, dwie, pięć, Barbara i Johny złożyli kwiaty na rodzinnym grobie, a ja wciąż gapiłem się w ekran. Potem pojawił się ten powłóczący nogami staruch i brzęczyk w mojej głowie każący się natychmiast wycofać po prostu oszalał. Mimo to pozwoliłem rolkom obracać się dalej.

To była oryginalna wersja z 1968 roku, tyle że pokolorowana. Zombiaki – a raczej upiory, bo tak lektor tłumaczył słowo „ghoul” (na marginesie warto dodać, że termin „zombie” w całym filmie nie pojawia się ani razu) – miały zielonkawy odcień skóry, kojarzący się z nadpsutym mięsem. Szczególnie oddziaływało to w scenach w oblężonym domku, gdy najpierw ranna dziewczynka, a potem jej ojciec przemienili się. Oglądając, nie mogłem się opędzić od myśli o dziadku, który teraz leżał w grobie i być może wyglądał podobnie.

Odebrałem ten film na bardzo pierwotnym, wręcz, powiedziałbym, atawistycznym poziomie. I choć z biegiem lat i kolejnymi obejrzanymi straszydłami coraz bardziej przekonywałem się, jak w istocie chałupniczym, praktycznie półamatorskim dziełem była pierwsza „Noc żywych trupów”, to za każdym razem, sięgając po nią, miałem spocone i zlodowaciałe dłonie. A już wybitnie czerep ryły mi dwa momenty. Ten, kiedy ghoule pożerają chłopaka i dziewczynę, którzy podjęli próbę ucieczki (w tej sekwencji użyto prawdziwych zwierzęcych wnętrzności), i ten, gdzie zzombifikowane dziecko atakuje matkę.

I nawet kiedy już dużo później, w czasach zaawansowanego internetu, zacząłem czytać o kulisach powstawania „Nocy…”, o całym społeczno-politycznym tle i ogólnie wszystkim, co zwykle się w jej kontekście porusza, odnosiłem wrażenie, że robię to nie tyle z ciekawości badacza – choć to oczywiście też – co raczej dlatego, by jakoś ów potworny lęk udomowić, uczłowieczyć. Szczerze mówiąc nawet dziś nie jestem do końca pewien, czy mi się udało, mimo iż obcowanie z „Nocą…” nie wywołuje już we mnie fizjologicznych reakcji.

Posunąłbym się jeszcze dalej. Racjonalnie wiem i potrafię uargumentować, że „Noc…” nie jest najwybitniejszym wykwitem trupiej kontrybucji Romero do popkultury. Nie zgadzam się z ogromną większością zarówno tak zwanych zwykłych fanów, jak również i znawców jego spuścizny, którzy faworyzują późniejszy o dekadę „Świt żywych trupów”. W moim osobistym rankingu szczytowym osiągnięciem tej gałęzi jego twórczości jest „Dzień żywych trupów” z 1985 roku. Wszelako jestem w stanie na tyle wznieść się ponad prywatne doświadczenia, by nie negować powszechnej, i najzwyczajniej słusznej, opinii, że „Noc…” była zaledwie kamieniem węgielnym.

Zresztą „Dzień…” to nadzwyczaj znamienny przypadek. Jest typowym dziełem zepchniętym w cień nie dlatego, że było złe – choć tu i ówdzie można się doczepić, zwłaszcza aktorsko – lecz dlatego, że nie trafiło w swój czas. W połowie lat osiemdziesiątych horror jako gatunek zaczął się degenerować. Poważne tematy z poprzedniej dekady zastępował lateks i guma. Pojawiły się też parodie żywych trupów, choćby „Powrót…”, który trafił do kin w tym samym roku. Źródłem tych procesów było oczywiście globalne odprężenie. Związek radziecki tracił pazury, Amerykanie pod rządami Reagana zarabiali gruby szmal – ogólnie Zachód wkraczał w fukuyamowski koniec historii. Kto w takiej sytuacji potrzebowałby mrocznej, utrzymanej w postapokaliptycznych klimatach opowieści o garstce niedobitków cywilizacji uwięzionych w bunkrze?

A poza tym „Dzień…” w moim przekonaniu stanowi dla Romero punkt przełomowy. Kręcąc go, był już dojrzałym artystą i zdawał sobie sprawę, że film to coś więcej, niż tylko ciekawa fabuła i szokujące efekty, ale nie obrósł jeszcze w piórka komentatora. Po „Dniu…” w trupiej gałęzi jego twórczości rozpoczął się zmierzch, którego raczej smutnym zwieńczeniem była nieznośnie publicystyczna, szyta pod gotowe tezy jak gdyby wprost zerżnięte od aktywistów Occupy „Ziemia żywych trupów”. Można oczywiście powiedzieć, że zabłysnął w niej darem antycypacji i przewidział kryzys finansowy 2008 roku, ale chyba nie o to w sztuce chodzi.

Bo jakkolwiek by Romero nie oceniać, nie był intelektualistą. Nie chcę przez to powiedzieć, że rewolucji w kinie, nie tylko grozy, jaką niewątpliwie była „Noc…”, dokonał przypadkiem, jak małpa, która bębniła w klawisze maszyny do pisania i jakoś tak wyszedł jej Szekspir. Wiedział, że obsadzając w głównej roli czarnoskórego czy pokazując sceny kanibalizmu, przełamuje społeczne tabu, jednak ze wszystkich jego wypowiedzi wynika, że bardziej chodziło o to, by przesuwać granicę konwencji, niż o to, by oddać nastroje epoki.

Każda dobra sztuka, niezależnie od intelektualnego uposażenia twórcy, ma do siebie to, że odbijają się w niej czasy, w których powstawała. To dzięki Romero, choć może nie do końca intencjonalnie, figura zombie stała się dzisiaj niezwykle poręcznym workiem, do którego da się upakować najrozmaitsze zbiorowe lęki, obsesje czy paranoje. Zgoda, że niekiedy na wyrost. Ale to jest jego wkład, który zostanie, i dzięki któremu on sam będzie zapamiętany. To jego filmy stały się impulsem dla wielu badaczy – choćby takich jak Kyle Bishop, autor popularnonaukowych książek o zombie – do ujrzenia w horrorze czegoś więcej niż jedynie taniej, niskich lotów rozrywki

Warto też mieć na uwadze, że George Romero to coś więcej, niż chodzące i powarkujące zwłoki. Zrealizował też między innymi genialną „Mroczną połowę”, którą kiedyś na pewno omówię w cyklu o pisarzach. Fakt, że w ostatnich latach sprawiał wrażenie cokolwiek znudzonego, że plótł straszne banały, a nawet zasłynął fochem na przemysł filmowy za to, że zarżnął jego ideę. Fakt, że przez własną naiwność i gapiostwo doprowadził do tego, że „Noc żywych trupów” znalazła się w domenie publicznej, zamiast na niego zarabiać. Ale… tych dreszczy, jakie wielu z nas dał, nic nie przebije.

A tymczasem internety donoszą o kolejnej ewakuacji z tego łez padołu. Dziś zmarł Martin Landau, znany wielbicielom historyjek z dreszczykiem choćby ze „Strefy mroku” czy roli Beli Lugosiego w biografii Eda Wooda zrealizowanej przez Tima Burtona. Nie ma co, nieźle się ten tydzień zaczyna.

Polecam również