Gdzie się podziały tamte pocztówki

Idziemy na spacer z psem. Po drodze sprawdzamy skrzynkę pocztową. No i cóż tam wrzucili? Gazetka spółdzielni, zaproszenie na bezpłatne badanie słuchu, reklama super hiper mega giga telewizji kablowej z pierdylionem kanałów HD i Internetem prędkości tysiąca megabitów na milisekundę, żółty blankiecik potwierdzający, że nadana kilka dni temu przesyłka dotarła do miejsca przeznaczenia… I nagle trafiam na coś twardego i kolorowego, coś, co bezsprzecznie wygląda jak pocztówka. Od kogo? I to jeszcze teraz, w środku lata? Jakaś plaża, jakiś statek na turkusowym morzu. Ani chybi pozdrowienia z wakacji.

Od dosyć dawna pocztówki dostajemy wyłącznie na święta. A i to tylko od jednej wyjątkowo konserwatywnej znajomej. Ja sam nigdy nie należałem do wybitnie gorliwych wypisywaczy. Nudziła mnie zarówno taśmowa powtarzalność wzorów, jak i konwencjonalność pozdrowień kaligrafowanych na odwrocie. Chociaż, nie powiem, dość lubiłem te drobne dowody pamięci otrzymywać. Swego czasu zgromadziłem nawet wcale imponującą ich kolekcję, która wraz z „prawdziwymi” listami, nabazgranymi głównie na wydartych z zeszytów stronicach w kratkę, zajmowała opasłą tekturową teczkę. Zapach zleżałego papieru i taniego tuszu krył w sobie coś nostalgicznego.

Niestety nadawcą tej okazał się niejaki pan Stefczyk, a zamiast pozdrowień z obowiązkowymi dwoma ziarenkami piasku i szczyptą przedwieczornej bryzy, chciał mi wcisnąć pożyczkę na spełnienie wakacyjnych marzeń. Ania i Paweł już wzięli, pan Romek z rodziną pieką się na brąz, mała Agatka z ciocią Helenką wsłuchują się w śpiew muszli, a ty? Nie chciałbyś do nich dołączyć? Szczerze? Nie! I w ogóle serdeczne dzięki za spapranie mi humoru na resztę dnia. Wolę już biwak przy fontannie.

Trudno ocenić, co bardziej mnie wkurzyło – to, że handlarze szczęścia wszelkiej maści coraz bezczelniej pchają się ludziom z buciorami w przestrzeń życiową, jakby ich marketingowcy naprawdę uwierzyli, że wiedzą lepiej od nas, co nam potrzeba, czy to, że w celu wkupienia się wykorzystują różne nasze – by je tak lekko z poetycka określić – małe świętości. Po namyśle doszedłem do wniosku, że jednak to drugie. Namolnego telemarketera można zawsze spławić, ulotkę wyrzucić, ale gdy, dajmy na to, trafia się w telewizji na reklamę, w której kobiecinka wyglądająca i mówiąca tak, jakby reżyser wyłuskał ją z kółka teatralnego przy uniwersytecie trzeciego wieku, udowadnia, że najwyższym przejawem miłości do rodziny jest wykupienie ubezpieczenia w firmie X – bo koszty pogrzebu itd. – to od razu nóż się w kieszeni otwiera.

Prostokątnych kartoników z tandetnymi widoczkami oczywiście nie ma co idealizować, ale i tak nie mogłem się opędzić od poczucia, że ktoś coś tu szarga – coś, co te widokówki jedynie reprezentują. A choćby i pamięć o pani Sosnowskiej, która co roku w sierpniu wyjeżdżała na turnus do Ciechocinka, a potem wracała opalona i rozszczebiotana, i szło się do niej na kawkę wysłuchać najnowszych ploteczek. Pocztówka ze zdjęciem deptaka albo domu zdrojowego na ogół przychodziła dzień-dwa później, co nikomu specjalnie nie przeszkadzało.

A w ślad za tym od razu zjawiła się inna myśl, jeszcze smutniejsza. Przykro nagle zdać sobie sprawę, że dotarliśmy do punktu, w którym zwykła widokówka zmieniła się w marketingowy rekwizyt, a koperta, o ile nie zawiera jakichś urzędowych bzdur, wezwania od komornika lub wyciągu z banku, kojarzy się z coraz mniej zrozumiałym symbolem maila bądź esemesa. Tak jeszcze ze trzydzieści lat i pokolenie tych, którzy dziś uczą się ekranowych palcówek, zanim na dobre wyrosną z pieluch, w ogóle nie będzie wiedzieć, skąd ten dziwny znaczek się wziął. Żal godzin, kiedy ślęczało się przy biurku, pisząc list, bo nawet jeśli była w doku drukarka, to po prostu nie wypadało inaczej niż ręcznie.

Cyfrowy świat w coraz większym stopniu wypiera kulturę materialną. Podobno w niektórych krajach można ściągnąć na siebie podejrzenia, wykładając w sklepie gotówkę. Bynajmniej nie narzekam. Nie śmiałbym, jestem wszak beneficjentem tej nowej rzeczywistości, ona powstała w znaczniej mierze właśnie dla takich i przez takich jak ja. Ma ona zresztą – nie ukrywajmy – sporo niewątpliwych plusów, bilansujących, a nawet przewyższających minusy. Melancholia w tym wypadku nie jest jednak prostą tęsknotą za czymś, co jeszcze tak niedawno było, lecz już minęło i nie powróci. Bo nie pływa się dwukrotnie w tej samej rzece i takie tam. W niej zawiera się pytanie o to, co po sobie zostawimy w elektronicznym piasku.

Dzisiaj wakacyjne impresje wrzucamy na Facebooka czy Instagrama. Przeciętny czas życia treści w mediach społecznościowych wynosi około 90 sekund i jest wprost proporcjonalny do łatwości, z jaką się je publikuje. Ich ciężar emocjonalny oscyluje przez to w okolicach zera, a niekiedy spada na skalę ujemną. Ciężar emocjonalny pocztówek wcale nie był dużo wyższy. Od postów różni je nie tylko to, że przechowywało się je latami i trudniej było się ich pozbyć. Przede wszystkim liczył się wysiłek włożony w ich wybór, wypełnienie oraz wysłanie. Było w tym… co? No serce – po prostu.

Trzaskanie selfie smartfonem z funkcją udostępniania to czysto automatyczny odruch. Wart niewiele więcej niż machnięcie w PhotoShopie fałszywki, która pasożytując na skojarzeniach, ma nam sprzedać określony produkt. To zwykłe oszustwo w biały dzień.