Życie

Gdy spoglądasz na księżyc…

W stronę księżyca zacząłem spoglądać bardzo wcześnie. Najokazalej prezentował się z okna w naszej kuchni. Gdy światło było zapalone, wydawał się błękitny. Gdy je gasiłem, stawał się srebrzysto-zielonkawy. Latarnie nie stanowiły dla niego konkurencji. Na naszej ulicy prawie ich nie było, a te nieliczne zasłaniały korony topól i robinii. O tym, że księżyc posiada twarz i że osadzone w niej oczy odwzajemniają moje tęskne, rozmiłowane spojrzenia, upewniały mnie zarówno rysunki w dziecięcych książeczkach oraz telewizja, jak i moja własna intuicja. Że nie wspomnę o piosence duetu Wodecki – Sośnicka. Wtedy bez przerwy puszczali ją w „Koncercie życzeń”. O księżycu za wiele tam nie było, ale jakoś tak… sam nie wiem.

Intensywnie o tym rozmyślałem, siedząc wiele lat później w pogodną lipcową noc na tarasie pewnego domu w pewnej kresowej wsi. Była to jedna z bardziej metafizycznych nocy mego życia, w czym niebagatelny udział musiało mieć duchowe rozwibrowanie, które wtedy mną trzęsło. Towarzyszył mi kot, a w oborze na dole co i rusz pomukiwały krowy. Fascynował mnie odcień skóry dłoni w tym nierzeczywistym blasku, nieokiełznanym praktycznie łunami cywilizacji. Jak gdyby fosforyzowały, zarazem moje i czemuś dziwnie obce, autonomiczne, odrębne. Gdybym wziął nóż i przejechał po którejś z nich ostrzem, krew, która wypłynęłaby z rozcięcia, sprawiałaby wrażenie czarnej. Obowiązkowo przypominali o tym wszyscy autorzy horrorów.

Prowadziłem wówczas coś w rodzaju dziennika – takie tam luźne notatki na wzór zeszytów podróżnych Stachury. Gdybym teraz dokopał się do tamtych brulionów, na bank znalazłbym stosowny wpis. Może nawet byłby to szkic wiersza. Albo eseju. Nie pamiętam dokładnych słów, ale było tam coś o księżycu jako metaforze ludzkiego poznania. W sensie, że on świeci blaskiem odbitym od słońca, przez co jest i piękny i, jako że jego naturalną domenę stanowi mrok, zwodniczy.

moon

Ponieważ byłem w tamtym okresie mocno pobudzony eschatologicznie, słońce skojarzyło mi się z Bogiem, a księżyc – z ludzką duszą. Oto dryfujący przez kosmiczną ciemność lodowaty i martwy głaz, który pozory istnienia może zyskać pasożytując na samoistnym źródle światła. I nie dość, że jedyne, co potrafi, to kraść jego żywe, ciepłe promienie, to jeszcze wykrzywia je kamienną obojętnością, a nocny świat pod jego panowaniem zmienia się w cienistą krainę zbłądzeń. Może więc to, że krew w jego poświacie robi się czarna, wcale nie jest optyczną sztuczką? Może ona pod jej wpływem naprawdę zmienia kolor i ukazuje swoją drugą naturę? Pamiętam uczucie iście lovecraftowskiej grozy, które stopniowo, z godziny na godzinę, coraz śmielej oplatało mnie na tamtym tarasie. Ale była w tym i jakaś diaboliczna ekstaza. O, tak – pragnąłem zanurzyć się w gąszcz lunarnych efemeryd i już z niego nie powrócić. Mruczenie kota i łyskanie jego ślepi potwierdzało słuszność tej decyzji.

Aż zaczęło świtać i rzeczywistość jęła się cofać do swych ugrzecznionych konturów. Majaki zblakły w pierwszych różach i indygach, lecz jakiś ślad, jakieś echo syreniego śpiewu tamtej pokusy, już się zasiało na dnie serca, już wpełzło oleistymi ropnymi zaciekami do aort i pięło się nieubłaganie ku górze, do mózgu. Może księżyc faktycznie miał twarz? Może naprawdę, jak w tym wyeksploatowanym cytacie z Nietzschego, odsyłał mi spojrzenia, gdy czteroletni zachłannie przyklejałem czoło i nos do szyby w naszej kuchni? Może czekał, aż będzie mógł mi się pokazać? Już wtedy coś o mnie wiedział. Swój do swego po swoje.

I co, u licha, ma z tym wszystkim wspólnego Jerzy Putrament? A przecież ma. Kiedyś – jeszcze przed przygodą na tarasie – znalazłem cieniutką książeczkę z jego opowiadaniami. Był tam szorcik o strachach dobrych i złych. Wydał mi się na tyle sugestywny, że pod jego urokiem siadłem do komputera i bodaj za jednym zamachem napisałem „Wannę i mrok” – opowieść o strachach dzieciństwa, która dziesięć lat później ukazała się w antologii „Wbrew naturze”, stając się mym oficjalnym literackim debiutem. Bohater Putramenta zagląda w głąb otchłani, w której kłębi się ciemnota ludzkich zabobonów, ale znajduje pocieszenie w tym, że cywilizacja je przezwyciężyła. Niezupełnie wszak, gdyż broń jądrowa itp., itd. Mój dziecięcy protagonista pokonuje mieszkającego w odpływie wanny potwora dzięki dziadkowi, który mu pokazał, że nie ma się czego bać.

W obu przypadkach tak naprawdę chodzi o zracjonalizowanie atawizmu. Z księżycem rzecz przedstawia się podobnie. Urodziłem się dziesięć lat i trzy miesiące po lądowaniu Apollo 11. Nie jestem całkiem pewien, ale przypuszczam, że noc tarasowego wtajemniczenia mogła być nocą z 19 na 20 lub z 20 na 21 lipca 2001 roku. Ucywilizowana część mojego umysłu przez cały czas zachowywała świadomość, że gdzieś tam, w miejscu zwanym Mare Tranquilitatis, wciąż być może ciemnieją wyżłobione w nieznającym wiatru pyle odciski butów Armstronga, Aldrina i Collinsa. Tylko co z tego, skoro tremendum nigdy nie daje się całkowicie zagłaskać, a czarna krew, niczym wilkołak, którego przywołują księżycowe promienie, krąży w żyłach.

Zawsze zazdrościłem tym, którzy mogli doświadczyć lądowania misji Apollo na żywo. Ponoć uczucie, że przez ów krótki moment cała planeta oddycha jednym rytmem, było autentyczne. Transmisję telewizyjną oglądano z takim samym zachwytem po obu stronach zimnowojennej barykady. Duma z triumfu człowieka anihilowała polityczne uwikłania, w których przebiegła operacja. To i wykonane nieco wcześniej zdjęcia i filmy ukazujące wschód Ziemi. Tak bardzo bezbronnej.

A co, jeśli zwolennicy teorii spiskowych jednak mają rację i to wszystko była propagandowa podpucha? To by znaczyło, że muszę cholernie uważać, wchodząc do wanny. I pod żadnym pozorem nie kąpać się przy zgaszonym świetle. Najlepiej trzymać na podorędziu latarkę, na wypadek, gdyby wyłączyli prąd.

Polecam również

  • elka

    Pan mnie zawsze zaskakuje. Kiedy już zaczynam pana mieć za politycznego rozrabiakę pan wrzuca coś takiego że serce bije mocniej. Strasznie pan niekonsekwentny…

    • Dziękuję za uznanie. Po prostu staram się być różnorodny. Rasowym blogerem politycznym wbrew pozorom nie jestem. Jeśli piszę o tych sprawach, to z głęboko wewnętrznej potrzeby, bo coś mnie dotyka, boli, bo nie chcę pozostać obojętny. Tworzenie tych „zaangażowanych” tekstów naprawdę sporo mnie kosztuje. Zawsze przed ich publikacją odczuwam duży stres. Ale też nie chcę sam sobie wyznaczać granicy, że o czymś wolno mi mówić, a o czymś już nie, bo się komuś nie spodoba lub nie wpasuje w konwencję.